Droga mamo, której znowu dziś nie wyszło i która kolejny raz upadła. Długo zastanawiałam się, co ci napisać, kiedy pytasz mnie, co zrobić, jak siebie ratować, co zmienić. Patrzę na ciebie i nie wiem co innego mogłabym powiedzieć, gdy widzę, jak każdego dnia starasz się stanąć na wysokości zadania i wciąż upadasz, znów w swoich własnych oczach dajesz ciała.

 

 

Patrzę na ciebie i widzę Kasię, która poprosiła męża, żeby zajął się jednym dzieckiem, podczas gdy ona karmiła drugie. Pierwsze dziecko coś zepsuło w emocjach, tata zaczął na nie wrzeszczeć, a ty przybiegłaś i wzięłaś je w objęcia, dając ojcu czas na uspokojenie. Ale on nie skorzystał i się obraził. Na ciebie, na dziecko, na cały świat, bo jak śmiałaś nie pozwolić mu krzyczeć na trzylatkę. I zostałaś na tej podłodze, na kolanach trzymając szlochające dziecko, a w gardle rosła ci gula, że znowu ci nie wyszło.

 

Patrzę na ciebie i widzę Anię. Która każdego dnia ogarnia trójkę dzieci, sama jedna, bo ojciec za granicą. Każdego dnia udaje jej się tę trójkę ubrać, dać im śniadanie, z dwójką [jedno w wózku, drugie w nosidle] odprowadzić najstarszą do przedszkola i potem przyprowadzić, zakupy zrobić, obiad ugotować, posprzątać i jeszcze wieczorem, po godzinie mycia i  dwóch godzinach usypiania, rachunki opłacić jeszcze i paść z wyczerpania w makijażu spać z poczuciem totalnej porażki.Bo jedna chciała układać z nią klocki, ale druga płakała, a trzeciej trzeba było pomóc w czymś tam, ale druga płakała, a pierwsza rozbiła szklankę, w którą weszła trzecia i się skaleczyła i to wszystko śmiga przed oczami jak wielka flaga porażki.

 

Patrzę na ciebie i widzę siebie. Siebie wrzeszczącą na młodszego, że znowu rozlał sok na świeżo umytą podłogę mimo że już trzy razy poprzednie wycieraliśmy. I jego płacz i te śliczne, niebieskie przerażone oczy, że mama jest taka zła. I moje trzaśnięcie drzwiami, pamiętam. Przez okno widziałam, jak małymi rączkami drze ręcznik papierowy, żeby wytrzeć jak najszybciej, bo on umie, potrafi, nie rozumie, czemu to rozlanie wściekło matkę, a ja stoję przed domem, zerkam na swoje trzęsące się ręce i pytam sama siebie, czemu znowu dałam ciała, czemu zawaliłam. I potem też, gdy nakrzyczałam, bo po raz pięćdziesiąty zmienił zdanie i tak wrzasnęłam, że sama siebie się przestraszyłam. A on uciekł i schował się pod kołdrę brata. Schował się tam i czekał aż mi przejdzie. Przeszło. Podeszłam do niego. A na sercu miałam ciężar swojego kolejnego upadku.

 

Patrzę na ciebie i widzę Monikę. Monikę, która kolejny raz pisze, że sobie nie radzi. Bo jedno dziecko gryzie drugie, a drugie oddaje biciem. I wciąż słyszy, że jak tak można wychowywać dzieci, które się biją. Nie zawsze zdąży podbiec, nie zawsze zdąży zatrzymać, nie zawsze zdąży zabezpieczyć jedno od drugiego i każdego dnia usypiając dzieci, patrzy na ich siniaki i myśli, że znowu dała dupy.

 

Patrzę i znowu widzę siebie. Z nadruchliwymi, bardzo żywymi i rezolutnymi dziećmi, za którymi z całych sił staram się nadążyć, ale nie zawsze daję radę. Patrzę i widzę siebie, stojącą czasem z załamanymi rękami i obserwującą, jak dzieci pędzą przed siebie, robią nawroty, znów pędzą, skaczą, wiercą się, pędzą, skaczą, kiwają, gibają, tańczą, śpiewają i wciąż słyszę, że powinnam ich opanować, że powinnam sobie lepiej radzić, że powinnam się rozdwoić i jedna ja ma biec za jednym, a druga ja łapać drugiego. Nie umiem się rozdwoić i stoję. Jak dupa blada, cielak taki. Z totalną porażką wypisaną na twarzy.

 

I tą porażką wypisane są twarze większości matek, które kończą swój dzień z myślą, że znowu im coś nie wyszło, że znów coś schrzaniły i usypiają z puszystą kołderką wyrzutów. Tymczasem każda z nich staje codziennie na głowie i robi wszystko, co możliwe i co w jej mocy, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć.

 

RZECZY, KTÓRYCH NIE PRZESKOCZYSZ

 

To nie wina Kasi, że jej mąż nie skorzystał z szansy, jaką mu dała, uspokajając dziecko i dając mu tym samym czas, żeby się uspokoił i trzeźwiej popatrzył, czy zepsuta rzecz była warta krzyku.

To nie wina Ani, że nie znajduje tyle samo czasu dla każdej z córek. Chyba musiałaby władać czasem i mieć osiem rąk, żeby było to możliwe. Ale na razie nie będzie. Czy jest sens się za to biczować?

To niczyja wina, że nie miałam kiedy się wyspać, bo jedno dziecko dostało w nocy krwotoku z nosa, płaczem obudziło drugie i przez to jestem wykończona, a w dodatku samochód się zepsuł, więc nawet na zakupy nie mam czym pojechać i zjadłam na śniadanie pół parówki, którą syn łaskawie mi zostawił. Bo w lodówce pustka. To nie moja wina, że syn zmieniał zdanie akurat w momencie, gdy ja usiłowałam walczyć z niechcącym współpracować piecem i ratowałam zalaną łazienkę, bo pralka znowu się rozkraczyła i wypluła zawartość na podłogę.

To nie Moniki wina, że jej dzieci jeszcze nie potrafią wyrażać emocji tak jak powinny. Są dziećmi. Kierują się instynktem, działają, jak umieją. Monika robi co może, ale nie przeskoczy tego, że dzieci są małe i nie przeskoczy tego, że kuchnię od pokoju dzieli długi korytarz i nie daje rady pilnować dzieci, gdy coś gotuje.

Wreszcie – to nie moja wina, że dzieci biegają i są aktywne. Mogę się tylko cieszyć, że zamiast demolować, psuć i wrzeszczeć, po prostu biegają i są ciekawskie. Nie przeskoczę zaburzeń Si, nie przeskoczę charakteru, nie przeskoczę tego, że są dziećmi i lubią ruch. Po prostu muszę się z tym pogodzić i brać pod uwagę w mojej ocenie samej siebie.

 

BOHATERKI, KTÓRE SIĘ TRZYMAJĄ

 

Każda z nas codziennie staje na wysokości zadania i robi co może. Uczymy się, czytamy, doszkalamy, dowiadujemy się rzeczy, których nie wiedzieli nasi rodzice. Chcemy być coraz i coraz lepsze. I nie zauważamy, że w wielu aspektach już jesteśmy. Że jesteśmy coraz bliżej. Że idzie nam całkiem dobrze, ale wciąż z tyłu głowy szumi, że powinno być lepiej, spokojniej, „po ludzku”, idealnie.

Kochana moja. Nigdy nie będzie idealnie. Żadna z nas nie ma nadprzyrodzonych zdolności, które sprawią, że nasze dzieci przestaną zachowywać się jak dzieci. Żadna z nas nie jest Panem Gadżetem i nie umie gotować, czytać, sprzątać, przewijać, uspokajać i jeszcze rozmawiać przez telefon. Wszystkie te historie dziewczyn, które potrafią, być może są prawdziwie, nie chcę wnikać, ale to, że one to potrafią, nie znaczy, że ty musisz. Ty masz inne dzieci, inne życie, inne warunki i zupełnie inny charakter.

Pamiętaj. Każdego dnia stajesz na wysokości zadania. Usiądź i uczciwie pomyśl, co by musiało się zmienić, żebyś mogła ogarnąć wszystko tak, jak sobie wymarzyłaś. Co by musiało się zmienić, żebyś poszła spać z uśmiechem i przekonaniem, że ci wyszło? Jeśli coś, na co nie masz kompletnie wpływu i żadnej szansy, by to otrzymać,  czy jest sens się samobiczować? Czy to twoja wina, że mąż nie skorzystał z szansy i czuje się zraniony? Czy to twoja wina, że sama masz na głowie cały dom i brakuje ci doby? Czy to twoja wina, że dzieci są jeszcze małe i nie rozumieją? Nie? To wyrzuć swoją kołderkę z wyrzutów i śpij spokojnie. Robisz wszystko, na co się stać. I tego się trzymaj. Nie puszczaj.

 

 


 

Natomiast jeśli interesują cię wpisy ode mnie, zainstaluj sobie, proszę, aplikację na telefon, gdzie będziesz mogła w każdej chwili spojrzeć, czy nie pojawiają się jakieś nowe wpisy: Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo ?  dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj]. 

Photo by Sarah Diniz Outeiro on Unsplash