Moja nowa kuchnia i totalnie nowy plan zakupów na cały tydzień.

Joanna Jaskółka
11 stycznia 2019

Udostępnij wpis

Od jakiegoś czasu dostaję od czytelniczek pytania, czy dalej robię zakupy raz na tydzień, mimo że mam już prawo jazdy*. I jak to wygląda w praktyce. Podobno nie jest najtrudniej zrobić mnóstwo zakupów, ale wykorzystać je tak, żeby większość z nich się nie zepsuła. Problemem są też zachcianki. Bo dziś miała być pomidorowa, ale dziecko chce mielone. Jak sobie z tym poradzić? No już, zaraz ci powiem.

 

*[brak prawka i auta pierwotnie utrudniał mi codzienne jeżdżenie do sklepu i dlatego zaczęłam planować zakupy raz na tydzień. Kiedy pisałam ten i ten tekst, zakupy zazwyczaj robiłam w niedzielę - te czasy już odeszły, chlip].

 

 

Co niebieska lodówka zrobiła mojemu Chłopu? - czyli najpierw pokażę wam nową kuchnię.

 

No dobra, jej kawałek. Bo przed świętami przyszła do mnie nowa lodówka z nowej serii Liebherr Colour Line. I była taka piękna, niebieska, że Chłop popatrzył na nią i stwierdził, że ona jest za ładna dla nas, że nie pasuje, że jak ona tak przy tym burym, oknie, burych drzwiach, w tej naszej kuchni, co przeżyła dwójkę dzieci i widać już po niej zmęczenie. A do tego krzyczała, kiedy jej się drzwi nie zamknęło, że aż nam było głupio. I kiedy chłopcy pojechali po świętach do babci, obudziłam się po 12-godzinnej, regeneracyjnej drzemce, a Chłop stał i malował. Powiedział, że wstyd mieć taką ładną, nową lodówkę i brzydką kuchnię. Odmalował ściany, przemalował framugi z burego koloru na szarość, okno na niebiesko i ponaprawiał podłogę, którą majster źle nam skleił i porobiły się dziury. Z ciemnego, burego miejsca powstał kącik, który mi osobiście bardzo pasuje i jest taki "jaskółkowy". 

 

 

Po co planować posiłki?

Ale kuchnia, kuchnią, zajmijmy się tematem wpisu. Coraz więcej osób zaczyna planować swoje zakupy, chociażby ze względu na kosmicznie rosnące ceny jedzenia i paliwa. Bo cotygodniowe zakupy to zwyczajnie oszczędność czasu i pieniędzy. Kiedy ja zaplączę się w swoim planowaniu i zaczynam kupować codziennie - zazwyczaj wydaję jakieś 100-120 zł na jednorazowe zakupy. A bo coś mi wpadnie w oko, na coś się zawsze skuszę. Co daje mi prawie 800 zł tygodniowo na jedzenie i pierdoły. Tymczasem zakupy raz w tygodniu to w moim przypadku koszt od 300 do 400 zł. Rzadko więcej. Różnicę widać wyraźnie.

 

Jak ja to robię?

Mój sposób jest prosty. Opisałam go już  w tym wpisie. Polega on na tym, że nie silę się na nie wiadomo jakie potrawy, odpuszczam sobie wykwintne dania, po prostu spisuję na karteczce wszystko, co chłopcy jedzą, i raz na jakiś czas wprowadzam w nie jakąś nowość. Z tego planuję posiłki [z reguły cztery dziennie] i odpada mi wówczas martwienie się, czy to, co przygotuję, zostanie zjedzone. Biorę też pod uwagę "preferencje" dzieci, bo bywały takie tygodnie i miesiące, że chłopcy jedli wyłącznie zupy i kanapki i nawet nie musiałam planować. A były takie miesiące [głównie letnie], że z obiadów praktycznie zrezygnowaliśmy, pałaszując non stop sezonowe owoce, sałatki i wieczorami piekąc kiełbaski czy warzywa na grillu.

 

Mój praktyczny jadłospis wygląda następująco. Jest prosty jak budowa cepa. Na karteczkach z chłopcami wypisałam wszystkie potrawy, które oni lubią i bazując na nich, przyklejam sobie karteczki, planując obiady [oraz zakupy] na cały tydzień.

 

PS To nie jest przykładowy, idealny zbilansowany jadłospis, który pasuje każdemu, tylko to, co działa u nas i jest dla nas ok. W moim jadłospisie nie ma na przykład ryb, bo te chłopcy jedzą u babci albo jeździmy na nie do restauracji.

Plan nie jest sztywny. Plusem karteczek jest to, że mogę je przylepić i odlepić, jeśli więc okaże się, że w środę obiad przywiozła nam babcia, albo ja zabawiłam z chłopcami w mieście i zastała nas tam pora obiadu, albo chłopcy stwierdzili, że oni dzisiaj pomidorówki nie i już, zawsze nadmiar mogę przelać do pojemnika, zamrozić. A jeśli muszę zrobić jakiś obiad, bo chłopcy nie chcą tego, co zamierzam zrobić, od tego mam plan, żeby zerknąć w niego, zorientować się szybko, jakie mam możliwości i zaproponować, że zamiast zupy, mogę zrobić szybko makaron ze szpinakiem, albo zapiekankę ziemniaczaną - jeśli pomogą przy krojeniu warzyw do niej.

 

Tak samo mam ze śniadaniami. Mogę je wymienić z kolacjami lub śniadaniami z innych dni, choć zazwyczaj, kiedy są placuszki, to chłopcy nie marudzą. Oni są wychowani w tym systemie. Wiedzą, że jeśli mówię, że nie mam tego, na co mają ochotę, to znaczy, że nie ma i nikt im tego nie kupi, ale zawsze mogę zapisać to, czego chcą i kupić przy następnych zakupach albo przy ich pomocy zrobić coś innego z tego, co jest. Nigdy nie ignoruję ich potrzeb i staram się je zaspokoić, nawet jeśli jedyne, co mogę zrobić, to nazwać te potrzeby i zapisać je na liście zakupów na przyszły tydzień.

 

Muszę też dodać, że mój plan posiłków bierze pod uwagę to, że starszak je swój obiad w szkole. Ja traktuję ten obiad jako lunch albo nawet brunch [bo jest około południa], więc starszak nie dostaje drugiego śniadania, a za właściwy obiad traktuję ten, który je w domu. W związku z tym przekąska pomiędzy obiadem domowym a śniadaniem jest w zasadzie dla mnie i dla Dasia. Chłop zazwyczaj przegryza coś w pracy.

 

Jak w praktyce wyglądają przeciętne zakupy na cały tydzień?

 

Chcesz przykładów - wiem. Jak to wygląda? Oto moje zakupy na zeszły tydzień. Całe. Bo zapas mleka, kasz, migdałów, rodzynek, suszonych żurawin i płatków zrobiłam tydzień wcześniej. Kasze, makarony, cukry, ksylitole i wszelkie bakalie zamawiam zwykle hurtowo z gospodarstwa rolnego [można sobie znaleźć w necie] i robię to raz na miesiąc. Mam na to przeznaczoną sumę z budżetu na jedzenie w danym miesiącu. Tak samo jak na chemię.  Mleka i wszelkie dodatkowe napoje [bo pijemy zwykle wodę z kranu, a soki mamy od mamy] kupuję raz na dwa tygodnie. I moje zwykłe tygodniowe zakupy wyglądają tak:

Nie kupuję wyłącznie w popularnym i obecnym często w dialogach dyskoncie. Mam swoją ulubioną masarnię i tam kupuję ostatnio wędliny, choć moi rodzice coraz częściej robią własne i nam podrzucają. Zaglądam też do mniejszych sklepików, bo tam znajdę rzadsze przyprawy i o wiele lepsze sery i prawdziwe pieczywo. Ale to wszystko jestem w stanie ogarnąć w ciągu dwóch godzin w mniejszym miasteczku. Dwóch godzin w tygodniu! Sam dojazd do sklepu, gdybym jeździła do niego codziennie, zająłby mi łącznie więcej.

W zeszłym tygodniu na obiady planowałam rosół, z którego miała powstać potem pomidorowa, wspomniany już makaron ze szpinakiem, zapiekanka ziemniaczana oraz niedzielna kaczka, którą przez przypadek nauczyłam się robić smakowicie i jest szalenie prosta. Szpinak, przyprawy i makaron miałam już w zapasie, pozostało mi kupić mięso oraz warzywa na rosół i zapiekankę oraz kaczkę. Liczba kupowanych jajek zawsze jest u mnie różna [w tamtym tygodniu kupiłam 30], bo czasami mój tata przywozi mi jajka od swojego znajomego, co ma szczęśliwe kury, ale też zawsze schodzą jak złoto, bo chłopcy uwielbiają je w każdej postaci, a najbardziej w koszulkach, kiedy kładę je na makaronie ze szpinakiem i żółtko robi "lawę".

 

Pieczywo staram się wybierać różnorodnie - i ciemne, i jasne, a to, ile go kupię, zależy do tego, ile już mam zamrożone. W zeszłym tygodniu nie miałam nic, więc kupiłam większy zapas i od razu bochenek chleba z sześcioma bułkami wrzuciłam do zamrażarki. Moja nowa zamrażarka ma funkcje No Frost, dzięki której w szufladach mieści się o wiele więcej rzeczy [bo miejsca nie zabiera lód] i nie trzeba tracić czasu na rozmrażanie, co wcześniej doprowadzało mnie do pasji, bo wciąż o tym zapominałam] oraz funkcję Super Frost, dzięki której szybko można obniżyć temperaturę do -32 stopni i na dłużej zachować świeżość na przykład właśnie pieczywa.

 

Jeśli nie zjemy tego, co zostało i pieczywo się zeschnie, zawsze mogę zrezygnować z jakiejś kolacji czy planowanej jajecznicy i przygotować chłopcom prosty i smaczny chleb w jajku.

Standardowo u mnie królują warzywa i owoce, bo ja osobiście ostatnio stresy przegryzam pietruszką albo jabłkiem. Na zdjęciu nie widać chyba worka ziemniaków, cebuli i dwóch worków jabłek właśnie, które zaniosłam do piwnicy od razu, bo się nie mieściły. Widać za to kawałek czerwonej kapusty. Chłopcy polubili i mi ulżyło, bo wreszcie jakieś urozmaicenie od surówki z pora i mizerii przetykanych buraczkami.

 

Powoli nadchodzi ten moment, który zawsze uwielbiam, czyli rozpakowywanie i układanie zakupów [też to lubisz? Te jeszcze nie zjedzone rzeczy, które można poukładać na półkach i tak pięknie wyglądają jeszcze nietknięte...]. Ale, ale...

Czy to wszystko zmieści mi się w lodówce?

To pytanie jest bardzo ważne, bo jeszcze dwa miesiące temu powiedziałabym, że będzie trudno. Ale teraz mam nową lodówkę i bardzo mi w niej odpowiada rozmieszczenie półek Glass Line [odpowiada mi też ich czyszczenie, bo w poprzedniej strasznie mi się wszystko rozmazywało, a w tej raz dwa się zmywa]. Mam wrażenie, że w chłodziarko-zamrażarce Liebherr, mimo że wizualnie wydaje się mniejsza od mojej poprzedniej, lepiej widać, co mam na półkach [a szczególnie te produkty, które trzeba szybko zjeść, czyli wszystko w dolnej szufladzie z warzywami i w środkowej.

Serce skradła mi funkcja ustawiania temperatury oraz alarm, który się włącza, kiedy ktoś przez przypadek nie domknie drzwi lodówki. Liebherr autentycznie daje sygnał, że halo, drzwi nie zamknięte, zaraz się ocieplę! [Alarm na czas czyszczenia można wyłączyć]. Co najlepsze - jeśli miałabyś zgadnąć, kto najczęściej nie domyka w naszym domu lodówki, pewnie obstawiałabyś dzieci, tymczasem najczęściej lodówka pipa... na mnie. No sorry, jak gotuję, to mi się zdarza.

 

Kluczową dla mnie sprawą, jako że mieszkam w miejscu, w którym nawet światłowód nie zapewnia stałych dostaw prądu, było to, że lodówka Liebherr w trakcie awarii prądu utrzyma bezpieczną dla mrożonek temperaturę przez 26 godzin. W zeszłym roku przez jedną z takich awarii straciłam cały zapas truskawek. W tym roku awaria złapała nas już z nową lodówką i wszystko, co miałam zamrożone, przetrwało.

 

W zamrażarce trzymam głównie owoce do jogurtów/deserów, masła,  resztki zup lub buliony do sosów, pieczywo, pietruszki i koperki oraz mięso, którego w danym tygodniu nie wykorzystałam [bo na przykład moja mama uratowała nas obiadem]. Są w niej również zapasy mięsa dla kotów, bo przecież sierściuchy też muszą mieć zapasy.

Kiedy opowiadałam na instastories o moim planie posiłków raz na tydzień, padło pytanie, w jaki sposób poradzić sobie z jogurtami? Kiedy zostają albo kiedy ich brakuje. Mi z pomocą przyszły takie pudełeczka w pastelowych kolorach, które kiedyś dostałam w prezencie. One mają otwarcie z obu stron. Do takich przelewam resztki jogurtu, dokładam do tego owoce i spokojnie mogę taki jogurt zamrozić. Kiedy chcę go potem wyjąć, to po prostu otwieram pudełko z jednej strony i wypycham taki jogurtowy lód. Mam gotową przekąskę dla chłopców i to dość atrakcyjną, głównie zimą.

 

Z nadmiarem jogurtów i śmietan [tych bardzo płynnych, acz z krótkim terminem przydatności] radzę też sobie przelewając je do woreczka  na lód. Potem, kiedy potrzebuję trochę do sosu, wystarczy wziąć kilka kostek i już!

 

Jeśli kupujesz sobie nową lodówkę, zwróć uwagę na funkcję, którą ma Liebherr, czyli DuoCooling, dzięki której między komorami zamrażarki i lodówki nie dochodzi do wymiany powietrza i zamrażarka nie przesiąka zapachami z góry.

 

Najczęstsze obawy związane z planowaniem posiłków na tydzień:

 

Bo mi się znudzi - to pojawia się bardzo często, bo zamiast naprawdę zrobić sobie plan z potraw, które lubimy my i nasi domownicy, kombinujemy jak koń pod górę i codziennie wstawiamy nowy posiłek, który trzeba ugotować. A ma być prosto i przejrzyście. Jeśli lubisz zupy, to ugotowanie rosołu nie sprawi ci kłopotu. A z rosołowej bazy możesz zrobić szybko każdą praktycznie zupę. Jeśli lubisz sałatki, to w internecie znajdziesz mnóstwo przepisów na sałatki z kaszą, które z powodzeniem możesz zrobić na dwa dni i wytrzymają tyle w lodówce bez utraty smaku czy świeżości.

Czy nie jest monotonnie?  - No nie jest. Chyba że ci się znudzi potrawa, którą lubisz. Ale najczęściej możesz ją zamrozić. Albo odmrozić inną.

Co jak nie ma czasu? - Po to wymyślono 10 litrowe gary, żeby czas zaoszczędzić. Ja w takim właśnie gotuję zawsze rosół. Dlatego też zupę jemy przez trzy dni. A jeśli jest nudno [patrz: wyżej], to resztę zupy zamrażam, wyjmuję coś innego, ratuję się babcią, albo jemy na mieście. Lub robimy kanapki. A czas właśnie będziesz mieć. Nawet jeśli sklepy masz blisko, robiąc zakupy raz na tydzień, oszczędzasz jakieś 30 minut na łażenie do sklepu, po sklepie i stanie w kolejce.

Co jak mi czegoś zabraknie? - To kupisz. Wyjątek od reguły nie jest przestępstwem, a zawsze może być tak, że czegoś nie przewidzisz.

 

Czemu lepiej robić to raz w tygodniu?

 

  • Bo oszczędzasz kasę. I to sporo.  Kiedy nie planuję [a zdarza mi się w miesiącach letnich, kiedy to problemem jest przechowywanie psiego mięsa i chcąc nie chcąc musimy po nie jeździć raz na dwa dni i rozwalamy sobie system], wydaję od 800 do nawet 1200 zł więcej na jedzenie niż kiedy posiłki mamy prawilnie zaplanowane na tydzień.
  • Bo oszczędzasz czas. I to znów sporo. Biorąc pod uwagę, że przeciętna wizyta w sklepie po podstawowe rzeczy zajmuje ok. 20-30 minut bez dojazdu, łatwo sobie policzyć, ile tygodniowo oszczędzamy czasu na zakupy robiąc je raz w tygodniu.
  • Bo uczysz dzieci planowania i szanowania jedzenia. Na żywo. Bo one widzą, jak funkcjonujesz i czują te zasady. Nie trzeba im gderać i tłumaczyć, prawić morałów i straszyć głodnymi dziećmi z Afryki. W lodówce jest to i to, można z tego zrobić to i to. Nie chcesz czekać? To pomóż! Chcesz coś innego? Przejrzyj książkę kucharską, pokaż, co byś chciał i zrobimy takie zakupy za kilka dni.
  • Nie kupuję impulsywnie. Swego czasu, kiedy wpadałam do sklepu, pierwsze, co robiłam, to patrzyłam na promocje z rzeczami do domu i różnymi pierdołami. Wydawałam na nie ogromne sumy, mimo że wszystko było teoretycznie "OKAZJĄ!". O wiele bardziej wolę na pokuszenie wystawiać się raz w tygodniu, szczególnie kiedy mam pełny wózek i widzę, że dużo za niego zapłacę. Od razu nie chce mi się wydawać więcej na głupotki.
  • Nie marnuję jedzenia. Bo planując swój jadłospis, planuję też plus minus swój tydzień. I jeśli coś mi się kończy w czwartek, a zakupy planuję w sobotę, to staramy się kombinować z tego, co mamy. Tak nauczyłam się robić na przykład kluski lane z mąki kukurydzianej, wspomniane kanapki ze smażonym jajkiem w toście i samodzielnie peklowaną szynkę na kanapki.
  • Jem zdrowiej. Bo nie mam wyjścia i pokus. Jak w domu jest sałata i marchewki, chleb i ciemne pieczywo, nasiona amarantusa, rodzynki, ksylitol i żadnej czekolady, bo byli goście i zjedli, to w sumie najmniej zdrową rzeczą, jaką sobie z tego zrobisz jest... budyń. Albo kanapki.

 

A ty? Jak często robisz zakupy? I jakie masz swoje sposoby na planowanie? Pisz mi koniecznie!

 

Wpis powstał przy wsparciu marki Liebherr. 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
11 lipca 2019
Pierwsze półkolonie mojego dziecka - czy warto było szaleć tak?

-  Co ja zrobiłam? - myślałam pierwszego dnia, kiedy przyjechaliśmy nad Zegrze na półkolonie dla dzieci. Stałam w holu budynku, obserwując moje dzieci, które stały w rządku na placu przydzielane do wacht obozu żeglarskiego. - Co ja zrobiłam? - myślałam, kiedy moja koleżanka, znudzona, ponaglała mnie, żebyśmy wracały do pokoju i nie szpiegowały dzieci. - […]

19 czerwca 2019
Pierwsze świadectwo szkolne, czyli jakie wyróżnienie dostał syn na koniec pierwszej klasy

Cały czerwiec na grupach i profilach fejsbukowych trwała walka o to, czyje dziecko zdobędzie lepsze lub gorsze świadectwo.  Któremu dziecku czerwony pasek lub jego brak ułatwi start przyszłość, a któremu zniszczy życie i dostanie się na wymarzone studia. Kompletnie nieprzygotowana weszłam w ten szkolny świat. Z totalną ignorancją, jakie świadectwo przyniesie syn na koniec pierwszej […]

17 czerwca 2019
Jeśli ogarnięcie budżetu domowego i wydatków jest dla ciebie taką czarną magią, jak kiedyś dla mnie, to patrz na to...

Czemu? Czemu? Pamiętam na studiach zajęcia z ekonomii, marketingu, nudne jak schabowe z ziemniakami i mizeria na słodko. Praktycznie niczego z tych zajęć nie pamiętam, mimo że zawsze miałam kolorowe, piękne notatki i piątki w indeksie. W rzeczywistości nie umiałam tej wiedzy ani przełożyć na pracę, ani na życie. Realnie nic nie było tak proste, […]

19 maja 2019
Szymbark - wycieczka, w którą zostałam wrobiona i w którą ja nikogo nie wrobię

Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku to jedno z miejsc, które mi wpadło w oko podczas wyjazdu na Kaszuby. Wybraliśmy się tam w majowe popołudnie, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać, ale chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Kaszubach i ich historii. Wstępnie powiem tak - wzięliśmy za mało pieniędzy.  

16 maja 2019
Po wizycie w ośrodku Zawiaty - czy ucieknę z Mazur i przeprowadzę się na Kaszuby?

Jeśli przeżyjesz wyjazd z rodziną na wakacje i nie wrócicie pokłóceni, przeżyjesz wszystko - tak mi kiedyś powiedziała znajoma. Czyli jestem już jak najbardziej zahartowana, bo pięciodniowy wyjazd majowy mam za sobą, wróciliśmy i nikt się z nikim nie pokłócił. No dobra. Nie wróciliśmy pokłóceni. ZAWIATY

7 maja 2019
Bądź z dzieckiem wtedy, gdy najbardziej cię potrzebuje, a nie tylko wtedy, kiedy jest grzeczne

Jedną  z najcięższych dla mnie rzeczy, które musiałam przepracować, było przepracowanie tego, co dzieje się ze mną, kiedy moje dziecko krzyczy. I kiedy dziś rozmawiałam ze znajomą, która ma małe dziecko, potwierdziłam kolejny raz swoje przypuszczenia. Kiedy dziecko krzyczy lub źle się zachowuje, mamy ochotę uciekać w najdalszy zakątek świata i wrócić jak się uspokoi. […]

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official