Na wsi jest wszystko za darmo...

Joanna Jaskółka
8 stycznia 2015

Udostępnij wpis

 

 

Raz na jakiś czas dostaję taki komentarz lub mail i za każdym razem mam problem, żeby na niego jasno i prosto odpisać. Komentarz to jeszcze pal licho, moi czytelnicy sobie  z takim poradzą, ale co zrobić z mailem,  w którym dziewczyna pisze, że chciałaby porady, jak się przeprowadzić na wieś, do sielanki [jak moja, w sensie], bo życie w mieście strasznie dużo kosztuje, a na wsi to jajka swoje, mięso swoje, warzywa swoje, za kanalizację się nie płaci, drewno za płotem, na wsi jest wszystko za darmo... No jak?

 

 

Spróbuję więc nakreślić mniej więcej moje subiektywne [czyli oparte na osobistych doświadczeniach mieszkania ośmiu lat w Warszawie i reszty życia w środku lasu] wnioski i jako takie kosztorysy. Na początek [uwaga! niektórzy mogą przeżyć szok!]:

 

 

Nie ma nic za darmo

 

 

No nie ma. Jak to powiedziała Stella, za darmo to można na wsi sztachetą z gwoździem pod żebro dostać, ale na świecie tyle dewiacji, że i to niekoniecznie bezpłatnie. A na chłopski rozum, nie ma w Polsce chyba miejsca, w którym nie płaci się podatków [od nieruchomości, za grunty]. nie płaci się za prąd [cena przesyłu prądu przekracza czasem cenę samego prądu!],  abonament telewizyjny i kablówka są za darmo, a rafinerię każdy ma swoją osobistą, prawda?

 

 

 

Jakie koszty, inne niż w mieście, są związane z mieszkaniem na wsi?

 

 

Zostawmy podatki, u mnie są wysokie i płaci się je raz w roku, ale weźmy takie klimatyczne albo, bulwersujące [bo dla wielu nie do pomyślenia]: szambo. Tak! Jeśli nie na wsi nie ma doprowadzonej kanalizacji [a w wielu wsiach nie ma], to owszem, nie płacisz za wodę, możesz brać jej tyle, ile chcesz, ale wcześniej musisz sobie wykopać studnię, musi ona przejść odpowiednie badania, testy, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce na jej wykopanie i raczej nie myśl o kosztach kopania nowej [lub pogłębiania starej] w razie ewentualnego wyschnięcia [ja nie myślałam, a potem zabrakło wody przy murowaniu werandy i zemdlałam :D] . A jak już masz studnię - ładnie powiedz dzień dobry panu szambiarzowi [koszt budowy szamba - minimum 3 tysiące], który raz w miesiącu zabierze cały twój syf z kibla i jeśli studnia ci nie wyschła - módl się o brak deszczu, którego nadmiar spowoduje, że szybciej i częściej będziesz musiała mówić portfelem dzień dobry panu szambiarzowi [koszt od 100 do 300 zł miesięcznie]. Bywa też ciekawie, kiedy szambo jest pełne, ty masz kupę prania, a szambiarz mówi, że najbliższy termin dopiero za dwa dni...  Strach się wtedy myć 😀 Oczywiście, można sobie wybudować przydomową oczyszczalnię ścieków, ale jeśli ktoś szuka domu na wsi, bo "wszystko za darmo", to raczej niechętnie wyda kilkanaście tysięcy na takową. [tak wiem, nie biorę pod uwagę tego, że ktoś już może mieć takie rarytasy, ale mówimy o uświadomieniu kosztów, jakie mogą wystąpić przy przeprowadzce na wieś, prawda?].

 

 

Ubabraliśmy się w szambie, doczyściliśmy wodą ze studni, jedźmy na zakupy! W tej kwestii zawsze wybucham śmiechem, kiedy ktoś mi mówi, że na wsi w sklepach taniej 😀 Prowadziłam wiejski sklep z rodzicami 18 lat i jakoś nie pamiętam, żeby ceny w nim były niższe niż miastowe. Jedna sprawa, że hurtownia nie zawsze mogła dowieźć nam towar, więc musieliśmy sami po niego kilkadziesiąt kilometrów jeździć [czasem dwa lub trzy razy dziennie], inna, że musieliśmy zarobić na tym sklepie na wszystkie podatki, zapłacić pensje, faktury i różne takie... W pewnym momencie zdecydowaliśmy się zamknąć sklep, bo żeby wyjść na zero, musielibyśmy podnieść maksymalnie ceny, a tego, z założenia, nie chcieliśmy. Nie będę już wnikać w koszty prowadzenia wiejskiego sklepiku, wiadomo, że więksi płacą za wszystko mniej, ale wcale się nie zdziwiłam, kiedy pojechałam studiować do Warszawy, tym, że w małym sklepiku było czasem dwa razy drożej niż powiedzmy w takim Tesco. Swoją drogą, konia z rzędem temu - kto znajdzie u mnie Tesco w okolicy? Ostatnio mało nie umarłam ze szczęścia, kiedy zobaczyłam, że mają sklep online, a potem umarłam niemal drugi raz, kiedy zobaczyłam, że do mojej wsi nie dowożą 😀 A jakimś cudem, kiedy czegoś szukam, Tesco jest najczęściej polecanym przez was sklepem! Chyba nie każdy wie, że nie ma go w każdym mieście i... wsi 😀

 

 

No i to jest ten problem zakupów - chcesz kupić taniej, płać za benzynę i dojeżdżaj [to są spore koszty, jeśli sam dojazd do pracy to 100 km dziennie]. Pewnie dlatego wyspecjalizowałam się w instruowaniu Chłopa smsem, co ma dokupić, wracając z pracy, a na większe zakupy raz w tygodniu jeżdżę z półkilometrowa listą i zwitkiem banknotów w portfelu? Jeśli chodzi o zwitek - warto go mieć zawsze w domu, żeby nie drałować 15 kilometrów do najbliższego bankomatu, by zapłacić za prenumeratę czasopism [nie ma kiosku pod domem], paczkę kurierowi, weterynarzowi czy za pomoc w ogrodzie. Myślenie w przód - jedna z rzeczy, którą na jakiś czas zatraciłam w mieście. Nie była mi do niczego potrzebna, bo wszystko miałam na wyciągnięcie ręki pod blokiem.

 

 

 

Jajka od krowy, mleko od kury, hajs z bankomatu

 

 

Ok, ok, nawet jeśli ktoś jest dobrze zorganizowany, przezorny, oszczędny i uda mu się koszty utrzymania domu i podwórka na wsi mniej więcej wyrównać do kosztów mieszkania w mieście [słyszę wybuchy śmiechu :D], to... niech nie liczy na darmowe mleczko i jajeczka. Jeśli sam sobie ich nie wyhoduje. To jest to, co pisałam o królikach - żeby je kupić, mieć, gdzie trzymać, wykarmić przez zimę, potrzebne są monety, a koszt prawdopodobnie zwróci mi się  po kilku latach [albo i nie]. To jest to, co napomknęłam delikatnie przy planowaniu własnego ogrodu - jeśli Chłop pojedzie na poligon albo będzie w robocie, to żeby przekopać pole, będę potrzebowała kogoś do pracy. I nie zapłacę mu uśmiechem, tylko konkretną stawką za godzinę. To jest też to, o czym poniekąd pisałam podczas pierwszych prac w ogrodzie - opał. Cieszyłam się jak dzika, że ścięliśmy starą gruszę [drzewka owocowe można ścinać bez specjalnego pozwolenia], bo dzięki niej uzyskałam sporo gałęzi na rozpałkę czy letnie ognisko! Wiecie - Lasy Państwowe nakładają spore kary za kradzież drewna, a nawet chrustu z lasu, więc jeśli ktoś pali w piecu drewnem [nie drzewem, pamiętajcie - drzewo rośnie, drewno leży #jezykowypiatek], to musi się liczyć z wydaniem kilku tysięcy rocznie na opał. Albo kary za kradzież 😀

 

 

 

Ta swojska kiełbasa z dzika

 

 

Uprawianie ogródka kosztuje [same nasiona to już wydatek]. Hodowanie królików kosztuje. Nie myślę nawet o kupnie innych zwierząt, bo taka krowa czy owca też musi mieć paszę, opiekę weterynarza, samo dojenie jej dwa razy dziennie skutkuje tym, że w zasadzie jesteś udupiony w chałupie, bo ani na święta wyjechać, ani na weekend. Dojenia nie można sobie odpuścić. Znajoma ma stado kóz - i fajnie, mają sery, kozie mleko... Ale żeby wyjechać na kilka dni muszą ostro kombinować. My bez krowy i kóz intensywnie myślimy, kto zajmie się naszym zwierzyńcem, kiedy zechce nam się opuścić granice województwa. Planując ogród, już wiem, że okres wiosenno-letni, bez opłaconej oddzielnie osoby do podlewania i karmienia króli, będę siedzieć w domu...  Nie wiem nawet, czy będę miała czas, zajmując się ogrodem, dziećmi [jak to brzmi :D], psami, królikami, wekować kolejne przetwory z dzika czy jelenia. O! Przynajmniej to myśliwi mają za darmo - powiecie... Nic bardziej mylnego, bo za każdą upolowaną w lesie zwierzynę musi zostać uiszczona odpowiednia opłata. Opłata za kilogram, czyli również za kilogram bebechów, futra, kości, głowy i reszty. Czasem więc płacimy spore pieniądze za dzika, którego połowa jest nie do zjedzenia, ale upolowanie to nie koniec zabawy - trzeba jeszcze wybebeszyć, oskórować, podzielić, porąbać, część na świeżo przygotować do obróbki, część zamrozić, a potem samemu kręcić z tego przemrożonego mięcha kiełbasę albo szynki. Jeden dzik -średnio tydzień pracy non stop. Sporo jak na "za darmo", prawda?

 

 

 

Wieśniaki na cadillaki

 

 

Oni byli od zawsze. "Ci, co mają rodzinę na wsi". Przyjeżdżali na kilka letnich tygodni, na cale wakacje nawet i jedyne, co można było usłyszeć przy wyjeździe, to "dziękujemy", a i to nie zawsze, bo pakowanie w paczki wiejskich darów zajęło czas i mózgi. Pamiętam zdziwienie mojej cioci, gdy rodzice poprosili ją o dołożenie się chociaż do szamba [zużywała maksymalną ilość wody i szambiarka przyjeżdżała co tydzień]. Ciocia jest osobą kulturalną, dobrze wychowaną i spokojną, kiedy więc usiadłam z nią wieczorem na pogawędkę, powiedziała mi wprost, że do tej pory nie zdawała sobie sprawy, że życie na wsi kosztuje. Byłam grzdylem wtedy, podlotkiem, nie zdawałam sobie sprawy, o czym mówi konkretnie, bo i rodzice nie obarczali mnie problemem kosztów wiejskiego życia. Ale te jej słowa zapamiętałam. I zdaję sobie sprawę, że wciąż niektóre osoby myślą, że na wsi wszystko spływa z rosnących sobie bez żadnej pomocy drzew i krzewów i obowiązkiem wieśniaków jest dzielenie się tymi dobrami. Że na wsi wszystko jest tańsze. Patrząc się na to, ile wydawałam w Warszawie, trzymając pod bokiem kilkumiesięczne dziecko i karmiąc je drogim mlekiem modyfikowanym, śmiem twierdzić, że łącznie z kosztami wynajmu mieszkania wydawałam o wiele mniej niż tutaj.

 

 

Wsie się coraz bardziej cywilizują. Chodzą słuchy, że nawet u mnie niedługo pojawi się internet na kabel i... KANALIZACJA. Nawet z takimi udogodnieniami wiem, że moja wieś dalej zostanie tym swojskim, cichym miejscem, jakim do tej pory było, ale nie będę ukrywać, że za zachowanie tej ciszy i spokoju spodziewam się w przyszłości dużo, ale to dużo płacić.  Wiecie, dlaczego? Bo kosztami i stylem życia wsie coraz bardziej upodabniają się do miast. Bardzo łatwo można żyć w domku pod lasem za taką samą kwotę jak w Warszawie. Owszem, na razie trzeba się naskakać, pokombinować, poszukać kilku znajomych, co jeżdżą do pracy w tym samym kierunku [zaraz się pojawią sugestie - a dlaczego nie autobusem albo pociągiem? - odpowiadam więc - nie ma]. Naprawdę można. Ale jeśli się chce czegoś więcej, czegoś, co przynajmniej kształtem przypomina wiejską sielankę, to trzeba najpierw wysupłać trochę więcej pieniędzy niż za obiad w restauracji co tydzień, a potem... zwyczajnie wziąć się do roboty. I zapierniczać od świtu do nocy.

 

 

Bo tak - praca gospodarza też ma swoją cenę. Żeby coś mieć, trzeba na to zapracować i przypomnę ciekawą uwagę człowieka, z którym ucięłam sobie pogawędkę w sklepie:

 

 

 

Bo wie pani co, ja lubię dawać ludziom to, co wyhoduję. A to rodzinie podrzucę jajeczka, a to mięsko z krówki, a to jakieś warzywka znajomym. To jest przyjemne, bo wiem, że jak oni będą mieli czegoś więcej, to też mi dadzą albo się odwzajemnią podlaniem ogródka, przypilnowaniem przychówku, czy nawet zwykłą sympatyczną rozmową.  Ale nie znoszę, wie pani czego? Tego dopytywania się, a kiedy przywiozę, a kiedy dam, a ile tych jajek będzie, a czy przyjmiemy na wakacje... Niektórzy to wręcz żebrzą,  żeby się moją pracą wyręczyć za darmo, a wie pani, co ja myślę o żebrakach, o takich, co mówią, że wszystko za darmo?
- No co?

 

 

- Powinni zostać w mieście.

 

 

 

 

 

Tekst został napisany na podstawie osobistych doświadczeń [i wydatków]. Ma na celu urażenie niektórych, ale nie jest stworzony w celu pokazania "jak strasznie ciężko jest na wsi".  Wieś wsi nierówna, to po pierwsze, a po drugie - Legionowo czy Przasnysz to nie wieś 🙂  Nie rozpatrywałam również kosztów życia na wsi pod kątem sporego gospodarstwa rolnego [przede wszystkim dlatego, że te w tym momencie ukierunkowane są na jeden rodzaj - albo same krowy, albo sad, albo truskawki], miałam na celu pokazanie, jak te koszty MOGĄ się kształtować na moim odludziu. Koniec końców - każdy wybiera takie życie, jakie mu pasuje, mi moje pasuje bardzo, natomiast widzę, że sielankowa wizja zamazała niektórym oczy i chcą jechać za mną, wbrew wszystkiemu, nie bacząc na to, że każda przyjemność w nadmiarze może skończyć się wrzodami żołądka 🙂 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
5 grudnia 2019
KSIĄŻKI GEOGRAFICZNE: Z czego korzystał mój syn, gdy uczył się wszystkich flag, państw, stolic i wysp świata?

Któregoś razu powiedziałam przy znajomych, że syn interesuje się flagami. Znajomych to zaciekawiło. Zapytali starszaka, czy zna wszystkie państwa w Afryce. Syn zwrócił ku nim swoją wówczas jeszcze ciemno blond główkę i zapytał poważnie: - Od najmniejszego do największego czy odwrotnie? W wieku pięciu lat znał wszystkie państwa świata i potrafił dopasować do nich flagi. […]

2 grudnia 2019
Nie styrana matka-polka - jak ogarnąć chałupę, żeby nie zdychać ze zmęczenia w święta?

Nie obchodzę świąt. Ale lubię, kurde, bardzo lubię, kiedy wreszcie nadchodzi wolne i ja mogę się się rozkoszować czystym i ogarniętym mieszkaniem. To nawet nie chodzi o święta, bo podobny tryb sprzątania mam na wiosnę. I w wakacje też jeszcze porządkuję - zdarza mi się. Niemniej zimowe porządki to zazwyczaj świąteczne porządki, tak też je […]

28 listopada 2019
Czy naprawdę widzę w ciemności i nie oślepia mnie światło aut? [miesiąc w soczewkach Zeiss]

Kiedy zaczęłam prowadzić auto, nie stresowało mnie samo prowadzenie czy przepisy lub dostosowanie się do prędkości, ale w zasadzie... wyłącznie inni kierowcy. Nawet jeśli nie chcieli mnie denerwować, to denerwowali. I to ostro. Tak ostro, że Chłop załamywał ręce, kiedy na widok nadjeżdżającego na światłach z naprzeciwka samochodu zwalniałam dramatycznie do trzydziestu - zdecydowanie gorzej […]

21 listopada 2019
Dialogi z drogi, czyli czy warto robić prawo jazdy po 30, będąc ślepym kretem

  Nigdy nie chciałam mieć prawa jazdy. To nie było moje marzenie. I nigdy brak prawka mi zbytnio nie przeszkadzał. Ani w mieście, ani na moim zadupiu. Żyłam sobie spokojnie i pewnie - bez prawa jazdy, poruszając się tylko na nogach i będąc pewna, że na nogach nie zrobię nikomu krzywdy, ewentualnie ktoś mi może […]

20 listopada 2019
Dwie książki o uczuciach, które koniecznie musisz mieć w domu

"Nauczenie malucha rozpoznawania, wyrażania i kontrolowania emocji należy niewątpliwie do najpiękniejszych prezentów, jakie możemy mu ofiarować." - napisała Marine Duvouldy, pedagog. I pięknie to brzmi, ale w praktyce ciężko rodziców szafujących tym prezentem, bo większość z nas nie była tego nigdy uczona. Uczeni byliśmy "być cicho i się słuchać". Mało kogo interesowało, czemu zachowujemy się, […]

18 listopada 2019
Ile wydałam na żarcie w tym miesiącu i co, do diaska, poszło nie tak?

  W ostatnim miesiącu jeden wyjazd przeganiał drugi. Ciężko było cokolwiek zaplanować, więc poszłam na żywioł. Nie planowałam. Zapisywałam tylko to, co kupiłam i to, co zjedliśmy. Pomyślałam, że warto zrobić takie zestawienie, żeby pokazać, że wcale nie trzeba sztywno planować tego, co się zje za tydzień, a jednocześnie zarządzać posiłkami tak, żeby nic się […]

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official