To było niecałe pół roku temu. Nie było mi na rękę trzymanie Kosmyka za rękę  [miałam na smyczy psa, a w kieszeni dzwoniący telefon] i na prośbę „Mamo, daj łapę”, spytałam się, czy umie sam przez chwilę pobiegać dookoła drzew. Nie byłam wiele starsza od niego, gdy samodzielnie penetrowałam pola, i mimo zaszczepionej przez społeczeństwo troski o każdy krok najmłodszych, o każdy zabezpieczony róg, o każdy szczegół zapewniający maksymalny klosz bezpieczeństwa, nie wyobrażałam sobie na każdym kroku martwić się, czy coś się mojemu dziecku przypadkiem nie stanie.

 

Zresztą, już to kiedyś delikatnie starałam się wyjaśnić w  „Bezpieczeństwie dziecka nad jeziorem„. Dzieci nie są głupie, mimo że usilnie staramy się to wmówić sobie i im. Jeśli spadną z pomostu do wody, będą starały się następnym razem uważać. Jeśli zlecą z płotu, następnym razem będą wchodzić ostrożniej, o ile mamusia nie dostanie rozwolnienia, że jej dziecko ryzykuje życiem na sztachecie.

 

Nie ucz dziecka tylko czytać

Kilka dni temu pojechaliśmy z Chłopem na zakupy. Spore, bo tygodniowe, i długie, bo z Kosmykiem. Tuż po odejściu od kasy Kosmykowi zachciało się „tych luzowych zelek”. Nie wiedziałam, o jakie żelki chodzi, nie chciało mi się wracać do kasy, bolał mnie kręgosłup, a Chłop już poszedł rozpakowywać wózek do samochodu.

 

– Pamiętasz, jakie cyfry były pod tymi żelkami?

– Nie.

– To biegnij, zobacz.

Pobiegł.

– Mamo! Dwa, zero i zero!

– Ok, to masz dwa złote, weź te żelki, pokaż pani, niech piknie na nie i daj jej pieniądz, ok?

– Ok!

 

Tak mój trzylatek zrobił swoje pierwsze zakupy, a ja, wyrodna matka, w ogóle mu nie asystowałam. Nawet mu tych żelek nie poniosłam do samochodu. Sam je tachał. Nic takiego, zwykły zakup, maksymalnie kontrolowany, bo przecież cały czas miałam go na widoku. A kiedy rozmawiałam ostatnio z koleżanką nauczycielką, to ta powiedziała mi, że w jej szkole dzieci mają problem z zapłaceniem za bułkę w sklepiku szkolnym.

 

Bułkę. W sklepiku szkolnym.

 

Bo nigdy wcześniej nie musiały wykonać tak prostej czynności. Nikt ich z nią nie oswoił. Wszystko mama albo tata  i broń boże nie rób sam, bo jeszcze ktoś cię oszuka albo się pomylisz. A przecież samodzielności nikt się z dnia na dzień nie nauczy! I już nawet nie o samodzielność chodzi, ale o zwykłe przekonanie, że niektóre czynności wcale nie są takie trudne, jak nam się wydaje! Przykład z brzegu? Urzędy. Nigdy nie musiałam ich odwiedzać, rodzice zazwyczaj sami załatwiali w nich sprawy, więc pierwsza moja samodzielna w jakimś urzędzie wizyta była nie większym stresem niż pierwszy egzamin na studiach. Brr… do dziś mam ciarki i konsekwentnie zabieram Kosmyka na pocztę czy jakiegoś urzędu. Żeby się oswoił. Że to wcale nie jest straszne. Tym bardziej, że takie przerejestrowanie samochodu z dzieckiem u nogi faktycznie wychodzi sprawniej [sprawdzone przez Chłopa].

 

Całą kwestię samodzielności świetnie opisał Blog Ojciec w kilku zaledwie zdaniach:

 

Nie mogę patrzeć na rodziców, którzy za dziećmi w wieku szkolnym latają z piciem i z czapeczką, bo ja już oczami wyobraźni widzę, jak te dzieci, gdy będą miały dwadzieścia lat, nie będą myły zębów, jak im ktoś nie powie, że trzeba. Nauczenie naszego dziecka samodzielności to jest ta jedna rzecz, jaką jesteśmy mu winni, powołując go na ten świat. Nie hodujmy pasożytów, którzy aż do naszej śmierci będą do nas przylepieni, bo nie będą potrafili oderwać się od gniazda. Wychowujmy dzieci samodzielne, świadome swoich potrzeb i potrafiące o siebie zadbać. Wychowujmy dzieci, które pewnego dnia z radością wylecą z rodzinnego domu, aby poszukać własnego miejsca w świecie. A jeśli nam się to uda? No cóż, wtedy będziemy mogli powiedzieć, że byliśmy dobrymi rodzicami.

 

 

Jak mu wmówisz, że nie będzie umiał, to nie będzie umiał

 

Najprostsza rzecz może być najtrudniejsza, jeśli nikt nam nie pokazał, że wcale nie jest trudna. Problemem są rodzice, którzy dla własnego komfortu lub z obawy o dziecko, nie chcą zwyczajnie pokazać lub pozwolić zbadać dziecku osobiście, na czym dana rzecz polega. Znam sporo dzieci, które nigdy nie trzymały noża w ręku. Znam masę dzieci, które myślą, że króliki są w stanie zaatakować człowieka. Mój były chłopak swoje pranie woził do mamy. 120 kilometrów. „Maciuś nie nauczy się obsługi tej pralki, bo ona jest taka skomplikowana”, mawiała jego macierz. No pewnie, że się nie nauczy. Mów mu regularnie, że nie da rady się samodzielnie wysikać, to pewnie za jakiś czas przyjdzie i poprosi, żeby mu założyć pieluchę.

 

Wiecie, jakiego zdania praktycznie nigdy nie słyszę z ust matek?

 

 

 

 

WIERZĘ, ŻE CI SIĘ UDA. POTRAFISZ.

 

Ten brak wiary rodziców w możliwości dzieci jest czasami schizofreniczny. Bo z jednej strony, wmawiamy dzieciom, że coś jest dla nich za trudne, za niebezpieczne,  mamusia zrobi to lepiej lub [co kiedyś usłyszałam od czytelniczki] „on się nigdy tego nie nauczy, nie wymagaj od niego za wiele”, a z drugiej chcemy, żeby nasze pociechy z uśmiechem na ustach podbijały świat i wiodły prym w wyścigu szczurów, w którym nikogo nie obchodzi, że mama umarła i dlatego nie ma kto koszuli wyprasować. Zawsze mnie to zadziwiało u rodziców, to odwieczne „nie ruszaj” i „ja to lepiej zrobię”, a po chwili wkurzenie, że dziecko nic w domu nie robi i niczego nie potrafi.

 

To się pomylisz! To spadniesz! To zniszczysz!

 

Współczesnym rodzicom dość trudno jest się pogodzić z krzywdą dziecka. Nawet jeśli samo chce ją sobie wyrządzić. Chcemy dobrze. Tłumaczymy. Wściekamy się, gdy potnie nożyczkami swoje spodenki, płaczemy, gdy zleci z pomostu do wody, drżymy, gdy wchodzi na płot czy ambonę. Bo trzeba będzie kupić nowe, bo może spaść, może się przewrócić, zniszczy. Szczerze? Mam to w nosie. Chciałeś zrobić mi na złość i pociąłeś nożyczkami swoje ubranie? To twoje ubranie, nie kupiłam go dla siebie. Chciałeś wejść na płot? Ostrzegam, że to niebezpieczne, ale próbuj, jak masz ochotę. Na ambonę? A proszę cię bardzo, tylko pamiętaj, że ja cię z niej nie ściągnę, wejdź tak, żebyś mógł sam zejść [nie ściągnęłam, sam zszedł].  Pomosty? Och, te przeklęte pomosty… ile ja się nasłuchałam o swojej nieodpowiedzialności, że nie trzymam dziecka nad wodą w kapoku i na łańcuchu… A przecież im bardziej mu wmówię, że w kapoku i łańcuchu jest bezpieczny, tym mniej będzie na siebie uważał w ogóle, nie myśląc nawet o tym, co zrobi, gdy kapok się zepsuje albo łańcuch urwie… Czy w ogóle odważy się wyjść z domu?

 

Marysia z Mamy Gadżety napisała:

 

Jest coraz bezpieczniej. W 2012 roku w Polsce liczba ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych była tylko o 10% większa niż w 1965 roku, podczas gdy zarejestrowanych pojazdów (tylko osobowych) było ponad 4000% więcej a liczba ludności wzrosła o ponad 20%. Przestępstw też z roku na rok jest coraz mniej. Naprawdę nie wiem, z czego to wynika, ale powinniśmy mocno zastanowić się nad tym, czy naszą nadmierną opiekuńczością, nie wyrządzamy dzieciom krzywdy. Janusz Korczak pisał o 3 najważniejszych prawach dziecka: prawie dziecka do śmierci, prawie do dnia dzisiejszego i prawie do tego by było tym, czym jest. Śmiem twierdzić, że współcześni rodzice z każdym z tych praw są na bakier, a prawa do śmierci w ogóle nie uznają. I nie chodzi tu o to, żeby celowo narażać dziecko na niebezpieczeństwo, ale żeby dać mu wolność do życia, która co prawda czasem może prowadzić do groźnych sytuacji, ale pomimo to da dziecku więcej korzyści, niż wyrządzi szkód.

 

 

Oprócz wciskania dziecka w klosz, jednym z takich największych grzechów rodziców [moim też, przyznaję się bez bicia!] jest… nadmierne przywiązywanie wagi do rzeczy. Te lamenty, bo pomazał szafkę, wrzaski, bo pociął spodenki, zawodzenie, bo zepsuł wiaderko. No ok, zniszczył, popsuł. To nie powód, żeby teraz izolować go od narzędzi zbrodni, karać nadmiernie lub, o zgrozo, drzeć się „Coś ty narobił?” i tłumaczyć godzinami, miesiącami wypominać, jak bardzo złe jest dziecko, bo zepsuło, zniszczyło. Ok, straciliście wiaderko, macie porwane zasłony, kanapa praktycznie rwie się na strzępy. Nie będziecie tego pamiętać, gdy za 20 lat będziecie prosić i błagać, żeby wpadł z żoną na obiad. Serio. A poza tym – nie chcesz, żeby dziecko coś ci zniszczyło? To tego, kurde pilnuj!

 

Wiecie, co powiedziała moja babcia, gdy jako kilkulatka wycięłam na samym środku jej nowiuśkiego futra idealny kwadrat?

 

– Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś, bo wiesz, taki równy kwadrat to masa roboty!

 

Nigdy jej tych słów nie zapomnę, choć sama nie miałabym odwagi powiedzieć tak dzieciom  🙂

 

 

 

Pozwól się dziecku pomylić, daj mu się ubrudzić

 

Nie będę cię pilnować, Kosmyku. Biegaj sobie po polach. Tarzaj się w pozostałościach topinamburu. Penetruj bagniste brzegi rzeki. Potykaj się. Brudź się. Mocz nogi w rzece. Nigdy nie będę tą matką kwoką, co śledzi każdy krok i baczy na każde potknięcie.  To tylko buty. Tylko kurteczka. Tylko zadrapanie. Oddychaj, dziecko tym powietrzem i czuj całym sobą powiew tych resztek czystego wiatru na twarzy. Zapamiętaj ten świat, bo będziesz miał takie dzieciństwo, jak mama, a to okazuje się być luksusem, gdy coraz częściej słychać na ulicy:

 

Nie biegaj, bo się przewrócisz.

 

DSC_0083

 

Unknown-17

 

Unknown-15

 

 

 

Unknown-12

 

 

Unknown-14

 

Unknown-8

 

 

Unknown-10

 

Unknown-11

 

Unknown-13