Czekam na pozew. Już któryś miesiąc. Czekam i czekam i się doczekać nie mogę.  I prawdopodobnie wynika to z tego, że żyję w bańce. Bańce, w której każdy w miarę ogarnięty człowiek wie, jak bardzo taka wizyta jest potrzebna. No ale cóż. Bańka pękła. Okazało się, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, a samo pytanie, czy ktoś myśli o tym, żeby skonsultować coś W TYM gabinecie, może skutkować oburzeniem i zapewnieniem wizyty w sądzie. No to czekam. Wspierajcie mnie. O ile pozew do mnie dotrze.

 

Wynikło to w jakieś rozmowie. Ktoś miał jakiś problem, pisał o pomoc, doradzałyśmy, ale problem stawał się coraz większym problemem, aż w końcu dałam za wygraną:

– Słuchaj, a może pomogłaby ci wizyta u psychologa?

I tak, nie powinnam była tego napisać. Nie naciska się na siłę, żeby ktoś spotkał się z psychologiem, bo psycholog nie pomoże, jeśli ktoś sam z siebie nie chce się udać do tego specjalisty.  Ale zachowanie kobiety w dyskusji było tak histeryczne i jakieś takie dziwne, że desperacko spróbowałam naprowadzić ją na ten trop. Mój błąd. I się zaczęło.

Dzwonienie mesengerem, pisanie wiadomości na mail, na fanpejdż i wreszcie ciężkie działa: mój prawnik się z tobą skontaktuje, zapłacisz za to, że posądziłaś mnie o to, że jestem wariatką.

 

Moja szczena na podłodze. Ale ok. Czekam. Wciąż czekam. W ogóle samo przeinaczenie moich słów mnie nie dziwi. Ostatnio zapytałam kogoś, czy nie wypił za dużo wina i ten ktoś stwierdził, że nazywam go alkoholikiem, więc na takie zagrywki nawet nie drga mi powieka, ale dziwi mnie jedno…

 

WCIĄŻ NAJBARDZIEJ WSTYDLIWĄ WIZYTĄ JEST TA W GABINECIE PSYCHOLOGA 

 

Ginekologa oswoiliśmy. Nawet gastrolog nie jest taki straszny. Ale psycholog? O matko…

 

– Aśka, ja nie pójdę do psychologa. Naprawdę chcesz, żeby wszyscy myśleli, że jestem pierdolnięta? – napisała mi koleżanka, którą serdecznie namawiałam na tę wizytę.

– Tak. Naprawdę chcę, żeby tak myśleli. Bo każdy z nas jest trochę pierdolnięty. Jeśli ktoś uważa, że nie jest, to on ma problem, a nie ty.

 

I hahaha, można sobie myśleć, że takiego myślenia już nie ma. No może nie ma. Ale w miastach. Na wsiach jest stale obecne, a przecież na wsi mieszka około 40 procent ludności tego kraju. 40 procent ludzi, prawie połowa. A wśród nich zatęchłe wioski, gdzie problem chętniej zamiecie się pod dywan niż się mu przyjrzy czy spróbuje rozwiązać. Ciężkie przypadki, choroby, no jasne, to wtedy tak. Ale zdrowy człowiek? Po kij mu chodzić, on nienormalny? Pogięło go? Rozwiódł się? Matka mu umarła? A to nie wie, gdzie wódkę schował, tylko po gabinetach lata?

 

Już sam dostęp do jakiegokolwiek psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry na terenach wiejskich woła o pogrom do nieba. O orzeczenie dla dziecka jest ciężko, terapia SI dla malucha z zaburzeniami to wiadomo, że tylko prywatnie, ale do kosztu doliczyć też trzeba kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset kilometrów jazdy raz lub dwa razy w tygodniu. I pewnie byłoby lepiej, gdyby zapotrzebowanie na takie wizyty było większe. Albo inaczej: gdyby była świadomość tego, że takie wizyty są potrzebne. Ale jedyna świadomość na razie – to wstyd. Bo pomyślą, że jestem pierdolnięta.

 

 

BO KAŻDY Z NAS JEST TROCHĘ PIERDOLNIĘTY 

 

Co najlepsze, wizyta u psychologa wcale ci tego nie udowodni. Nie mając żadnych większych problemów sama konsultuję się raz na jakiś czas z moją psycholog, bo rozmowa z nią nie tyle mi pomaga, ale pozwala spojrzeć z dystansu na to, co robię i jak się zachowuję. Nie, nie robią tego komentarze czytelniczek, które psioczą, że skoro odpisałam na ich negatywny komentarz, to na pewno nie mam dystansu do siebie [jakby one miały, bulwersując się, że miałam czelność odpisać :D]. Ale nie, nie one. Obca osoba, której opowiadam moją wersję, a ona drąży i pyta. I sama dochodzę dzięki temu do odpowiednich wniosków. Mieszkając na moim odludziu niewiele mam takich osób obok siebie i część głównie przez telefon [pozdrawiam Agatę!]. I ok, mam las i ciszę, spokojnie mogę z tego korzystać, ale czasem po prostu trzeba ze sobą i o sobie pogadać. Ot tak.

 

I piszę o tym dziewczynom, które mailowo pytają mnie o radę. Głównie dziewczynom ze wsi właśnie. Szukaj, dowiedz się, pojedź sama, z dzieckiem pojedź, z mężem, psycholog spojrzy z innej perspektywy, pozwoli ci ogarnąć i nazwać emocje, trochę się oczyścisz z tego wszystkiego, co się w głowie kłębi, złapiesz dystans i one nawet by chciały, ale przecież ktoś zobaczy, ktoś powie, to by trzeba do większego miasta… a to daleko.

 

I tak sobie żyjemy w tej bańce, w której co roku kończą studia setki wykształconych do zawodu ludzi, którzy walczą o pacjentów w mieście, bo na wsi – mało kto chce do nich chodzić, a wszelkie sugestie, że warto, odbierają jak atak na swoją godność. Prędzej chce im się znaleźć prawnika niż dobrego specjalistę, który pomógłby zrozumieć emocje, pobudki i samego siebie.

 

Żyjemy w bańce, w której myślimy, że wszystko z nami w porządku. a jednak nie do końca. Bo jeśli boimy się rozmawiać otwarcie o naszych emocjach, to jednak nie do końca je akceptujemy. Bo jeśli od pięciu lat wspominamy zaznane krzywdy od sąsiada, to jednak nie do końca lejemy na to ciepłym moczem. Bo jeśli zwykła odpowiedź na komentarz sprawia, że gotujemy się z wściekłości i angażujemy pół rodziny, żeby napisali durnej blogerce, gdzie jej miejsce, to nie do końca jest z nami wszystko w porządku i warto by przestać marnować siły na nic nie dające przepychanki.

 

Ale szczerze? Niewiele znam osób, które otwarcie przyznają, że nie mają ze sobą żadnego problemu, nad którym by nie musieli pracować. Wszyscy byli lub zamierzają iść z tym do psychologa. Ci, którzy uważają, że nic w sobie nie muszą zmieniać i są doskonali, wciąż tkwią na tym samym jednym poziomie  i nie ruszają się z niego o krok do przodu. Przypadek? Nie sądzę.

 

Więc nie, nie polecę nikomu wizyty u psychologa. Zostawię pod rozważenie. Czy to serio taki wstyd dbać o swoje zdrowie psychiczne lub o zdrowie psychiczne swojego dziecka? Jeśli tak, to bardzo, ale to bardzo współczuję.