Trzy z trzech bardzo poważnych wypadków, moje dzieci doświadczyły, kiedy ja lub ich ojciec byliśmy tuż obok. Każde z tych wypadków kończyło się poważną raną i leczeniem i przed każdym z nich nie zdołaliśmy uchronić synów, mimo że byliśmy dosłownie kilka centymetrów od dziecka. Tak się mówi, że rodzice mają dbać o bezpieczeństwo. Ale powiem ci jedno i jako matka aktywnych dzieci powiem ci to wprost: nie dasz rady uchronić swojego dziecka przed każdym niebezpieczeństwem. Nie istnieje coś takiego jak bezpieczne dzieciństwo.

Jasne, możesz sobie mówić, że zrobisz wszystko, żeby uchronić swojego maluszka, ale to woda na młyn losu, który sprawi, że dziecko walnie się skronią o wannę akurat w momencie, gdy ty sięgasz po szampon i tracisz równowagę, bo na podłogę prysnęło trochę wody. Który sprawi, że dziecko rozbije sobie łuk brwiowy o kant, mimo że prawie je złapałaś, ale nie dałaś rady utrzymać, bo zamiast spać w nocy, ratowałaś pierwsze dziecko od krwotoku z nosa i pod wieczór już nie masz takiego refleksu i siły, jaką powinnaś mieć. Który sprawi, że jedno dziecko będzie się bujać na huśtawce, a ty nie zdążysz złapać drugiego, który podbiegnie od tyłu do pierwszego i dostanie bombę w nos rozpędzoną, bujającą deską.

STANIESZ NA GŁOWIE, A NIE UPILNUJESZ

To wszystko były sytuacje, które przytrafiły się mi, mi osobiście. Pod czujnym okiem doszło do najgorszych wypadków moich dzieci i prawdę mówi jakieś powiedzenie, że im bardziej pilnujesz dziecka, tym bardziej ono jest skłonne do ryzyka. Bo czuje na plecach twój wzrok, czuje się bezpieczniej. Więc mniej się obawia i jest bardziej skłonne do ryzyka. I im bardziej ty się starasz, tym bardziej dziecko się stara zapewnić cię, że masz po co. Już dawno porzuciłam tę metodę. Nie pilnuję moich dzieci. Wiecie o tym od czasu tego tekstu. Im ja ich mniej pilnuję, tym one mniej szaleją. Ale to nie wszystko.

NIE ISTNIEJE COŚ TAKIEGO JAK BEZPIECZNE DZIECIŃSTWO

Nie oszukuj się i nie obarczaj się winą. Pamiętam, kiedy pierwszy raz przyjechałam na SOR ze starszym synem, słowa lekarza, który go zszywał: Nie umiała pani dziecka przypilnować? Myślałam, że uderzę go w twarz, bo pilnowałam, byłam tuż obok. Sięgnęłam po szampon i w tym momencie on się poślizgnął, mimo że wcześniej nawet się nie ruszył i przelewał sobie wodę w kubeczki. Jaka w tym moja wina? Zrobiłam wszystko, co mogłam: siedziałam, pilnowałam, patrzyłam, tylko sięgnęłam po szampon na pół sekundy dosłownie. A teraz mam zakrwawionego syna, stres podczas szycia, stres, czy zostanie blizna [została] i stres podczas formalności, a jeszcze mam sobie w głowę strzelić, że pół sekundy zaważyło o tym wszystkim? TO SIĘ ZDARZA. Nie unikniesz tego i nie rób sobie wyrzutów, że do tego dopuściłaś. Stało się. Nie odstanie. Nie jesteś robotem, który czuwa 24 godziny na dobę i nie zabezpieczysz dziecka przed każdym wypadkiem. Nie istnieje coś takiego jak bezpieczne dzieciństwo.

CO WIĘC ZROBIĆ, ŻEBY CZUĆ SIĘ BEZPIECZNIE?

Czasem wrzucę jakieś zdjęcie na instagram albo na fejsa i dostaję pytania, czy nie boję się puszczać chłopców samych na lód, czy nie boję pozwalać im bawić się na pomostach, czy nie drga mi serce, kiedy widzę, jak wspinają się na drzewa i na nich wariują. Owszem. Drga. Drga za każdym razem. I boję się, boję się bardzo, dlatego też od początku staram się zaznajomić ich z tym, co niesie niebezpieczeństwo. Żeby oni byli świadomi, że lód może pęknąć, że nie da rady wejść na każde drzewo, że pomosty są śliskie, woda w kwietniu wciąż zimna. Z każdą tych rzeczy zapoznawani są od najmłodszych lat. Obaj uczyli się chodzić na pomostach i serce mi pika z radości, gdy widzę, jak sprawdzają przed wejściem, czy deski są śliskie i czy można na nich biec, czy raczej trzeba iść ostrożnie. Mam ochotę pęknąć z dumy, gdy obaj sprawdzają przed wejściem otoczenie drzewa i odrzucają patyki albo kamienie, które pod nim leżą. Tego ich uczyłam, pozwalając na eksploracje. Mieszkamy w środku Mazurskiego Parku Krajobrazowego, w otoczeniu jezior, bagnisk, torfowisk, zrębów, ostoi zwierzyny, strumyków, rzek i zwierząt. Mogę starać się wmówić moim dzieciom, że tych rzeczy nie ma i nie pozwolić im się do nich zbliżać. Ale mogę im też pokazać, jak to działa. Że podmokła ziemia może wessać nogę, że jeśli lód na kałuży lub przy bezpiecznym płytkim brzegu się łamie, to może się też złamać na środku jeziora i trzeba sprawdzać trzy razy, zanim się na taki lód wejdzie. Że drzewo może się złamać, szczególnie jeśli jest zwalone jak na tym zdjęciu. To konkretne, zwaliło się akurat w całości i nie było większego ryzyka, ale bywają drzewa, które za korzeniem są obcięte i wtedy cała ta masa może się zwalić. Czysta fizyka, warto o tym pamiętać, wybierając miejsce zabawy:


DWIE RZECZY, KTÓRE MOŻESZ ZROBIĆ, ŻEBY TWOJE DZIECKO BYŁO BEZPIECZNE

1.Przygotuj je na niebezpieczeństwo.

Naucz, jak powinien się zachować lub pokaż mu, jak ty się zachowujesz w sytuacjach groźnych. I obrazowo to tłumacz, jak wołowi na miedzy, bo dziecko nie czyta między słowami:
– Rozglądanie się pomaga zobaczyć, czy jedzie samochód, po to robię, bo przechodzimy wtedy, kiedy nic nie jedzie.
– Idę wolno, bo jest ślisko i mogę się przewrócić.
– Zobacz, kiedy staję tu nogą, lód się łamie, lepiej na taki nie wchodzić.
– Jasne, wejdź na drzewo, ale najpierw sprawdźmy, czy nic pod nim nie leży, bo może będziesz musiał z niego zeskoczyć i w coś możesz walnąć.
– Zobacz, zacięłam się nożem, bo nieuważnie kroiłam. Noże są ostre i trzeba z nimi uważać.

To są proste rzeczy, o których my starsi zapominamy, żeby o nich mówić, bo są dla nas oczywiste. A dziecko o nich nie wie. I jeśli odważy się którejś z nich spróbować, a od rodziców dostane odzew, że absolutnie nie wolno, to spróbuje wtedy, gdy rodzice nie będą widzieć lub gdy ich nie będzie w pobliżu. I zrobią to bez podstawowych informacji, jakie my posiadamy i możemy im przekazać.

Kwiecień 2015, jestem w wysokiej ciąży, nie mogę za nim wejść. Wchodzi sam, zanim zdążę podbiec. Krzyczę, że ma wejść tak, żeby sam mógł wejść, bo ja nie dam rady go ściągnąć. Wchodzi do połowy. Schodzi sam.
Kwiecień, 2015. Wie, że jak coś mu wpadnie między żaglówkę a pomost, to nie wkłada się tam rąk. Wziął więc kawałek trzciny, żeby zabawka wypłynęła trochę dalej, za żaglówkę, żeby móc się po nią schylić.

A tutaj sprawdzanie lodu. W miejscu, gdzie w wakacje są wyciągane kajaki, więc brzeg jest sztucznie wydłużony i bardzo płytki. Dodatkowo tuż obok domu, więc szybko można ogrzać, jeśli próby pójdą źle i dzieci zamoczą buty [bo tam woda raczej do kostek]. Realne zobaczenie, jak pęka lód pod nogami, nawet na zwykłej kałuży, sprawia, że chłopcy z większą ostrożnością wchodzą na lód w ogóle, a starszak nie przekroczy progu zamarzniętego jeziora, jeśli nie ma w pobliżu nikogo, kto to widzi.


2. Naucz się sam, jak ratować.

Pamiętam mój tekst o tym, jak pomóc dziecku przy zakrztuszeniu. Wiedziałam, jak to zrobić, bo sama z siebie przed pierwszym porodem odbyłam kurs pierwszej pomocy, do tego ten kurs był chyba darmowy, organizowany w jednej z bibliotek. Potem aktualizowałam wiedzę dzięki cudowi zwanemu Youtube i temu, że można tam dostać takie filmiki:

Żałuję, że przejście takiego kursu i zaliczenie go sprawdzianem wiedzy nie jest obowiązkowe do posiadania dziecka. Ile mogłyby sobie matki oszczędzić paniki przy takim karmieniu, gdyby wiedziały, jak się zachować. A to nie jest trudne. Wystarczy sobie obejrzeć i ta wiedza zostanie w głowie, choćby o tym, żeby pochylać głowę podczas krwawienia i nie podnosić rączek do góry, gdy się krztusimy,

NIEBEZPIECZNE DZIECIŃSTWO MOICH DZIECI

Zamiast chronić moje dzieci przed tym, co i tak prędzej czy później spotkają na swojej drodze, przygotowuję ich do tego spotkania. Pokazuję, jak można się zachować, na co uważać i przy mojej lub ich ojca asyście chłopcy zaspokajają swoją ciekawość na tyle, że jestem w stanie patrzeć się na nich i nie asystować w każdym kroku.

Niemniej i tak zdaję sobie sprawę, że stanę na głowie i nie upilnuję. Jestem tylko człowiekiem. Nie przewidzę wszystkiego. W dodatku mieszkamy na Mazurach, wśród kleszczy, dzikich owoców, zwierząt, grzybowych lasów i mnóstwa rzeczy, które tylko kuszą dzieciaki do spróbowania. I mimo że „nie pilnuję” to i tak chodzę za dziećmi, obserwuję i nie raz, nie dwa ostrzegałam przed krzakiem wilczych jagód czy lizaniem muchomora. Czy dam sobie rękę uciąć, że kiedy odwrócę wzrok będą zawsze robili, co im każę? Nie.

W tym roku, oprócz standardowych szczepień na kleszczowe zapalenie mózgu, wykupiłam starszakowi dodatkowe ubezpieczenie [tutaj znajdziecie], które chyba jako jedyne można wypłacić w momencie zgłoszenia się do lekarza. Zresztą powiem wprost – skusiła mnie reklama Nationale-Nederlanden i fakt, że faktycznie jasno mówią, czego możemy się spodziewać.  Nawet nie jest potrzebne porzeczenie lekarskie, po prostu samo zdarzenie jest powodem do wypłacenia pieniędzy za wypadek. I ono działa 24 na dobę, czy również wtedy, gdy puszczam dzieci na ich drzewa, żeby się bawiły i poznawały świat. We wrześniu starszak idzie już do szkoły i regularnie będzie chodził na basen, więc istotne było dla mnie to, że ubezpieczenie pokryje też zwichnięcia i skręcenia. Ja sama, trenując pływanie, miałam takich mnóstwo i one nigdy nie były brane pod uwagę przez ubezpieczyciela, a tutaj mówią wprost, że skręcenie czy zwichnięcie jest akceptowane. A w ramach pakietu można otrzymać środki na opłacenie korepetytora lub rehabilitanta. Dla mnie to dość istotne, bo same dojazdy do szkoły będą pochłaniać sporo pieniędzy, więc wszelka pomoc ze strony ubezpieczalni mile widziana. I będę spokojniejsza.

Bo mimo że nie pilnuję, wciąż się boję. Boję się, że coś zjedzą, że coś ich ugryzie, że coś się stanie, że wpadnie im do głowy taki pomysł, którego ja nie będę w stanie przewidzieć, mimo że staję na głowie i mam wrażenie, że prawie każdą rzecz już omówiliśmy. Ale wiem też, że nie istnieje bezpieczne dzieciństwo. Mogę się tylko ubezpieczyć na wypadek, który, choć wcale nie musi, to jednak może się zdarzyć.

Wpis powstał przy wsparciu Nationale-Nederlandem 

KAMIL