Czy popełniłam błąd, posyłając sześciolatka do szkoły? Pierwsze refleksje.

Joanna Jaskółka
9 września 2018

Udostępnij wpis

Żeby ten tydzień skończył się dobrze, potrzebowałam dokładnie trzech lat pracy. Od dnia, w którym zorientowałam się, że potrzeby mojego syna są tak duże, że muszę się naprawdę ogarnąć, żeby im sprostać. Trzy lata pracy. Ciężkiej pracy. I oto jest.  Pierwszy tydzień szkoły jako sześciolatek za nami. Jak było? Czemu puściłam dziecko wcześniej do szkoły? Czy miałam rację, że to zrobiłam?

 

 

 

Dlaczego zdecydowałam się puścić sześciolatka do szkoły?

 

  • Bo jest na to gotowy. Po prostu. Pomijam cudowną pochwalną opinię, jaką o synu wydało przedszkole, że czyta, że zna wszystkie państwa świata, że liczy, jest zafascynowany przyrodą itp., bo ona nie zawsze jest miarodajna i nie zawsze świadczy o psychicznym przygotowaniu dziecka do wejścia w szkolne mury. Po prostu syn był gotowy i tyle. Kolejny rok w przedszkolu pewnie by mu się nie przysłużył. Garnie się do pisania i czytania, jest bardzo komunikatywny i elokwentny, ogarnia siebie sam i swoje emocje również. Czasem lepiej niż ja 😀 Nie wiem, ile w tym mojej zasługi i pracy, nie mi oceniać. Podejrzewam, że po prostu współczesne dzieci są o wiele dojrzalsze od takich nas 30 lat temu. Mają więcej rozwijających zabawek, więcej uwagi, więcej zrozumienia i empatii dorosłych. Ja już rok temu myślałam, żeby puścić syna jako pięciolatka do szkoły i szczerze do dziś nie jestem pewna, czy sześć lat to nie za późno. Ale przez ostatni rok na tyle wynudził się  w przedszkolu, że ta nuda z pewnością też mu dużo dała, więc ostatecznie cieszę się, że poczekałam i mieliśmy ten rok "spokojny".
  • Bo ja jestem na to gotowa. A to jest równie ważne jak gotowość dziecka. Jestem gotowa na wzloty i upadki, na porażki i kupę emocje, które są z nimi związane.
  • Bo znaleźliśmy fajną szkołę. Szkołę w której SI nie jest czymś "dziwnym", szkołę, w której klasy mają ok. 10 dzieci i nauczyciel ma czas zająć się każdym, szkołę, w której telefony oddaje się do pudełeczka i można odebrać je po zajęciach, szkołę, w której nacisk kładzie się na zdrowe jedzenie i podejście do dzieci jest fantastyczne, a sama szkoła jest doskonale na sześciolatki przygotowana [dość powiedzieć, że syn nie jest jedynym sześciolatkiem w swojej klasie, nawet nie jednym z dwóch czy trzech :)]. Tak, to nie jest szkoła publiczna, ale wiem, że i publiczne są przyjazne dla dzieci 🙂

 

Koszty związane z rozpoczęciem szkoły

 

Tak, syn chodzi do szkoły społecznej. I to do tej samej szkoły, do której chodziłam ja. Z racji tego, że syn jest sześciolatkiem, ominęło nas 300 zł od państwa na rozpoczęcie nauki - muszę to jeszcze sprawdzić, bo wciąż nie mogę uwierzyć.  Ale na szczęście koszt wyprawki i nie przekroczył 300 zł, które wyciągnęliśmy z własnej kieszeni. Wszystkie książki Kosmyk dostał w pakiecie szkolnym, zestaw plastyczny zamknął się w 100 zł, buty mieliśmy Bobuxa kupione jeszcze w wakacje, o numer za duże, więc "nie chodzone". Musieliśmy kupić tylko okularki, klapki i czepek na basen, a że akurat byliśmy w Warszawie, to dokupiliśmy synowi sportowy strój na wuef i to on podbił trochę ogólny koszt wyprawki. Piórnik kupiłam w biedrze, a plecak mieliśmy już od czerwca. Wiem, że później może być gorzej, ale ten pierwszy start w szkole nie zrujnował nas tragicznie. Czesne  w szkole wynosi 100 zł. Tak. Tylko 100 zł w podstawówce [w liceum już chyba 400 lub 500].  Szkoła ma naprawdę bardzo dobre wsparcie społeczne i działa dość prężnie, więc rodzice nie muszą umierać co miesiąc robiąc opłaty, a o jej jakości nauczania mogę powiedzieć tylko tyle, że sporej grupie rodziców opłaca się dowozić swoje dzieci 10 km na przystanek autobusowy, z którego dzieci jadą kolejne 15 km i płacić 150 zł za bilet miesięczny, żeby tylko ich dzieci uczyły się tam, a nie gdzie indziej. Tym bardziej że szkoła stale dostaje dofinansowania do wycieczek, dzięki czemu koszt wyjazdów jest bardzo niski i tych wycieczek szkoła organizuje sporo. Już 7 września dzieci z gimnazjum były na jednej.

W szkole można jeść obiady i dowozi je catering - to w sumie największy koszt: 180 zł miesięcznie. No i trzeba też doliczyć 10 zł za korzystanie z fajnie wyposażonej świetlicy z dwoma paniami, które pomagają odrabiać lekcje. Zapisałam syna, bo czasami w mieście jest moja mama albo ojciec, Chłop wraca z pracy w piątki o 14 więc syn może poczekać na nich chwilę, a ja nie muszę się ruszać z domu. Do wszystkich opłat dochodzi jeszcze koszt ubezpieczenia, ale o tym za chwilę.

 

Pierwszy tydzień sześciolatka w szkole - jak wyglądał?

 

Poniedziałek był lajtowy, bo rozpoczęcie roku było dopiero o 16 - żeby rodzice mogli z pracy zdążyć [a w ogóle lekcje zaczynają się o 8.15, bo część uczniów dojeżdża i na przystanku jest równo o ósmej]. Pierwszaki na krótkiej akademii dostały baloniki, żeby nie zgubiły się w tłumie [a szkoła to podstawówka i liceum, więc mimo małych klas, to wciąż sporo ludzi]. Syn był podekscytowany, zero strachu, i pełen emocji. We wtorek jechał na pierwsze zajęcia przeszczęśliwy i krzyczał, że to najlepszy dzień w jego życiu. No cóż, po zajęciach wyszedł ze szkoły trochę przygaszony, bo myślał, że nikt go nie polubił i ciężko mu było zrozumieć, że jeszcze nie może wyjść na dwór pobiegać. Słuchałam, oczywiście, pozwalałam mu się wygadać i tyle. Środa była o niebo lepsza. Okazało się, że w klasie jednak go lubią, angielski jest rewelacyjny, a wuef na sali po prostu znakomitą zabawą. Dzieciaki bawią się w różne ruchowe i sprawnościowe gry i nie chcą po zajęciach wychodzić z sali, tak jest fajnie.

 

Dlaczego nie ubezpieczyłam dziecka w szkole? 

 

To po tym wuefie właśnie postanowiłam starszakowi wykupić ubezpieczenie. Po raz pierwszy zrezygnowałam z masowego ubezpieczenia szkolno-przedszkolnego i podobnie jak przed wakacjami zafundowałam synom o wiele lepsze ubezpieczenie w Nationale-Nederlanden, które jest dla mnie jasne i czytelne i w pełni odpowiada naszym potrzebom. Tym bardziej że starszak cały rok w ramach zajęć będzie  dwa razy w tygodniu chodził na basen. Ja na basen chodziłam tylko w liceum, cztery lata po pięć, sześć godzin, bo pływałam dużo i jeździłam na zawody.  Średnio raz na trzy miesiące miałam a to skręconą, a to zwichniętą kostkę, której leczenia ubezpieczyciel szkolny w żaden sposób nie rekompensował i nie uwzględniał, więc po jakimś czasie stosowałam metodę "na rozchodzenie". Stan moich kostek jest obecnie katastrofalny. Chłopcom wolę tego oszczędzić i jeśli ubezpieczyciel pomaga w takich sytuacjach, to dobra moja. W przypadku ubezpieczenia "Bez przerwy", kwoty wypłacane w ramach pakietów za skręcenie czy złamanie wyglądają następująco:

 

 

I -  co najlepsze - wypłata w razie zdarzenia, następuje po okazaniu dokumentacji medycznej i nic więcej nie potrzeba. Kwota jest do tego stała - nie trzeba liczyć i sprawdzać w tabelkach, ile ubezpieczyciel wypłaci mi za zwichnięcie, a ile za skręcenie. Jeśli coś się zdarzy, wiem, że dostanę w jednym i drugim wypadku tyle samo pieniędzy na doprowadzenie dziecka do zdrowia, z tego szkolnego masowego nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, ile dostanę i czy w ogóle cokolwiek będzie rekompensowane [co, niestety nas spotkało]. Wszystko jest jasne i przejrzyste jak w tabeli, nie muszę niczego szukać ani zastanawiać się, jak wysoka będzie wypłata i kiedy dostanę pieniądze. Ja wolę tak, jasno i klarownie, niż niejasno i nieklarownie, jak to zwykle bywa z ubezpieczeniami w szkole. Ubezpieczenie Bez Przerwy działa cały rok non stop, czyli od momentu zakupu, również przez następne wakacje, nie tylko w ramach zajęć. Oprócz więc właściwych zajęć na basenie, spokojnie możemy jeździć z dziećmi na basen w weekendy. Dodatkowo można też wykupić dodatkową ochronę, w ramach której ubezpieczyciel pokryje koszty leczenia, transportu, rehabilitacji czy korepetycji. Tak to wygląda:

 

Ubezpieczenie też wykupiłam, bo w czwartek już starszak szedł na pierwszy basen. I tu była cała moja zgryzota. Ci, co widzieli go kiedykolwiek na basenie, wiedzą, że nawet założenie okularków było problemem. O z SI pisałam tutaj. Pracowaliśmy nad tym i odwrażliwialiśmy go cały maj, czerwiec i lipiec, w sierpniu już było ok, ale na samą myśl, że on pójdzie sam na ten basen i będzie się musiał sam rozebrać i założyć te okularki i czepek, ciarki mnie po plecach przechodziły, a w głowie miałam wizję, jak to wpada w szał, bo coś go gniecie, uwiera, drapie i moje dziecko ucieka w szalonym tempie z basenu prosto pod auto. I jechałam po niego z ciężkim sercem, a okazało się, że... wszystko było w porządku. Nawet pani nie poprosił o pomoc, sam się ubrał i rozebrał w przebieralni i hasał zadowolony na basenie z dziećmi. W czepku. I okularkach. Bo dużo też nurkował.  W czwartek wieczorem otworzyłam szampana za te wszystkie lata udręki z tymi jego włosami, oczami i nosem nie do dotykania 🙂 W piątek moje dziecko już miało pierwsze spotkanie z logopedą i wróciło do domu z odrobionymi na świetlicy lekcjami.

W sobotę Kosmyk wstał o 5.30 i obudził mnie o szóstej rano, w pełni ubrany i z plecakiem na plecach gotowy do szkoły. Postanowiłam mu to wybaczyć 🙂

 

Wszystkie sześciolatki do szkół! - ?

 

Zabawne, że koszmarnie martwiłam się startem młodszego w przedszkolu [miałam powody], a totalnie nie stresowałam się starszakiem. Miałam przeczucie, że będzie ok. Ale po pierwszym tygodniu mojego sześciolatka w szkole mam taką jedną myśl, że... w tym niestresowaniu się byłam głupia. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia i tak naprawdę bardzo niewiele zależy od nas - rodziców. Choćbym nauczyła syna różniczkowania [czego nie zrobię, bo nie chciało mi się uczyć go nawet czytać, a czytać umiem, różniczkowania za to nie], to bez szczęścia pierwszy tydzień mojego sześciolatka w szkole mógłby wyglądać zupełnie inaczej i nie byłby tak radosny. Mieliśmy szczęście, że syn trafił na fajnych kolegów w klasie i że wśród nich są też inne sześciolatki. Mieliśmy szczęście trafić na fajną szkołę dostosowaną dla maluchów i nauczycielkę, która ogarnia temat. Mieliśmy szczęście, że poradziliśmy sobie z SI w obrębie głowy i że syn chciał w ogóle się uczyć i rozstać z przedszkolem. Gdyby jakiś punkt z tych wszystkich nie zadziałał, kiepsko widziałabym szkolny sukces syna i jego funkcjonowanie w pierwszej klasie. Dlatego też nigdy nie byłam za zmuszaniem każdego sześciolatka do przymusowej nauki. Każdy ma swoje tempo i swoje powody do puszczania lub niepuszczania dzieci wcześniej czy później.

 

My ostatecznie jesteśmy zadowoleni. I ja, i syn, który codziennie z chęcią wsiada do samochodu i pędzi do szkoły jak na skrzydłach. Ciekawe, ile to potrwa... 😀 On na razie pędzi jak na skrzydłach, ja jak oszalała zerkam non stop w dziennik elektroniczny, choć nawet nie jest jeszcze uzupełniony, a plan dopiero szkicowy. Ale i tak zerkam. Nie wiem, po co, skoro i tak nie wierzę w oceny 😀 Nie wiem, może czekam na pierwszą uwagę za nadmierną ruchliwość? Pewnie i taka się trafi, bo mimo że syn ma cztery godziny wuefu w tygodniu [a chce chodzić na jeszcze dodatkową], to i tak popołudniami w swoim wolnym czasie, możecie nas spotkać na leśnych drogach, gdzie biega niemalże jak "za karę" przed samochodem, bo Dasio może i jest wytrzymały, ale odpada po trzecim kilometrze przebiegniętym z bratem 🙂 A co z Dasiem? Czy pójdzie do przedszkola? Hm... to już temat na inny wpis chyba. Dość powiedzieć, że wspaniały start starszaka musiał być połączony z kiepskim startem Adasia w przedszkolu. Jak to w życiu. Nic nie jest zawsze różowo, niestety. Będę musiała jeszcze rok poczekać. Rok pewnie intensywnej terapii. Ale chyba damy radę, prawda?

 

 

Zdjęcie: Michał Parzuchowski.

Wpis powstał przy wsparciu Nationale Nederlanden

 

 

Udostępnij wpis

Chcesz wiedzieć o każdym nowym wpisie na blogu? Zainstaluj sobie aplikację, dzięki której w każdym momencie będziesz mógł sprawdzić, co nowego napisałam!
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
Obserwuj nas też na Instagramie
A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
19 lutego 2019
Po czym kobieta poznaje, że jest w ciąży? Wszystkie ściemy, które ci wciskają i w które nie powinnaś wierzyć.

Rozmawiam z wami, mailuję, koresponduję, wreszcie - zdarza się, że spotykam. I zawsze tak się dziwnie składa, że większość z was ma dzieci albo... mieć je zamierza. Temat ciąży i tego, jak się w niej czułyśmy, wraca więc jak bumerang i dodatkowo jesteśmy bombardowani tymi objawami na każdym forum i w każdej kobiecej gazetce. Ale […]

13 lutego 2019
Dlaczego warto odpuścić sobie komedie romantyczne dla dobra twojego związku?

Węszę pismo nosem,  a raczej nie węszę, tylko czytam wiadomości i wpisy, w których kobiety zbrojnie i drapieżnie szukają romantycznych komedii, by przy nich umilić sobie walentynkową kolację z Chłopem. Rzućcie bagnety, zejdźcie z tropu, złóżcie broń, to nie ma żadnego sensu, mówię wam.  

12 lutego 2019
Najcudowniejsza zabawka dla dziecka, które tęskni już za wiosną i zabawą w piasku

Moja grupa Wiejskich Matek jest najlepsza na świecie i mało gdzie znajdzie się równie kreatywne dziewczyny. I ja wiem, że one sa kreatywne, ale i tak szczena mi opadła, jak zobaczyłam zabawkę, którą dla swojej córki zrobiła jedna z nich, jedna z nas, konkretnie moja czytelniczka. A mianowicie zrobiła makietę.  

10 lutego 2019
Co musisz zrobić, żeby stać się najlepszą matką na świecie i po czym tę matkę poznać?

Kiedyś, kiedy kolejny raz ktoś mi zasugerował, że jetem złą matką, zaczęłam się zastanawiać, czy w polskim słowniku w ogóle funkcjonuje przeciwstawne pojęcie "dobrej matki". Czy ktoś kogoś tak kiedykolwiek nazwał? Czy od swoich matek usłyszałyście chociaż raz taką pochwałę? Czy usłyszałyście to od kogokolwiek?   Oczywiście, wiadomo, jaka jest zła matka. Jej definicja jest […]

7 lutego 2019
Zamiast mówić do dziecka "Uspokój się" od razu każ mu zbudować samochód

Dziś szybko. Szybko i sprawnie. Bo jakiś czas temu rozmawiałam z czytelniczką i zapytałam jej, w jaki sposób nazywa ona emocje swoje dziecka. Nazywanie emocji, nauka odczytywania ich,  rozpoznawania, to moim zdaniem jedno z ważniejszych elementów wychowania. Cóż usłyszałam?  

4 lutego 2019
Największa bzdura, którą ci wmawiają, że chłopa musisz sobie wychować

Nie wychowałaś, to masz - tak najczęściej komentuje się utyskiwania kobiet, że ich mąż/partner to taki owaki i niczego w domu nie robi. Bo trzeba sobie faceta wychować - radzą koleżanki. Super triki, żeby facet pomagał w domu - piszą w gazetach, na blogach i wpisach na fejsie. Wszystko to o kant dupy rozbić.  

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official