Nie jestem zwolenniczką dziecięcych zajęć dodatkowych po szkole. Kiedyś bawił mnie trend na poniedziałkowe balety, wtorkowe judo, środowe konie, czwartkowe garncarstwo, piątkowy niemiecki, teraz mnie przeraża. Pewnie dlatego, że mam syna w pierwszej klasie, który wraca do domu koło 13 lub 14 i ma ochotę po prostu leżeć ze słuchowiskiem i odpoczywać.

 


Wyobrażam go sobie, jak po lekcjach, które często jeszcze zabiera do domu, choć na razie nie są jakieś trudne, miałabym go wozić dodatkowo gdziekolwiek i wracać wieczorem, przypominając, że jeszcze praca domowa. Pewnie za jakiś czas to się zmieni, dojdzie jakaś nowa pasja inna niż czytanie, rysowanie i tworzenie, w ramach zajęć syn już chodzi na dodatkowy basen, ale na szczęście muszę go tylko dwie godziny później odebrać, nie muszę go nigdzie zawozić.

A na początku września zapisałam syna na angielski. Syn sam wyrażał chęć i żałował, że w planie lekcji ma tylko dwie godziny angielskiego i że chciałby już normalnie mówić w innym języku, żeby szybciej mieszkać w Kandzie [jego marzenie, myśli, że szybciej się zrealizuje, jak będzie umiał już język]. No i zapisałam syna na ten angielski, ale od początku roku nie zawiozłam go na zajęcia ani razu. Bo tak.

 

Lekcje angielskiego w domu

 

W ogóle o ten angielski to mam tyle zapytań na instagramie, że nie daję rady odpowiadać. Postaram się więc zbiorczo, tutaj, wszystkim. Wykupiłam Kosmykowi lekcje w szkole Novakid, która oferuje dzieciom lekcje online z native speakerami. Wszystko polega na tym, że trzeba mieć tylko komputer i internet w domu. Nie musisz nigdzie jeździć [w moim przypadku to by to było dodatkowe kilkadziesiąt kilometrów], nie musisz do nikogo dzwonić, co najlepsze – nie musisz mieć żadnych dodatkowych książek, zeszytów, notatek, wystarczy sam komputer i internet.

 

Wszystko opiera się na dedykowanej platf,ormie szkoły Novakid przez którą łączysz się z native speakerem i rozmawiasz z nim wyłącznie po angielsku oraz rozwiązujesz opracowane przez zespół i nauczycieli zadania [zdjęcie wyżej]. Szkoła realizuje swój własny program do nauki języka  i nie są to takie ćwiczenia, jakie robi się w szkole. Do tego zajęcia dostosowywane są indywidualnie do dziecka. Na przykład Kosmyk po trzeciej lekcji dostał uwagę, że dotychczasowy materiał ma już całkowicie przyswojony i można ruszyć dalej. Nie mam pojęcia, czy to dobrze, że po 3 lekcji, czy to źle i kompletnie mnie to nie interesuje. Istotną informacją jest to, że robi postępy.

 

Pierwsze wrażenia z lekcji

 

Po pierwszej lekcji, którą pokazywałam na instastory, a raczej pokazywałam moją reakcję po wszystkim, dostałam kilka oburzonych pytań, czemu się tak chichram z mojego dziecka. No, chichrałam się strasznie. Wiesz, syn miał angielski w przedszkolu przez trzy, oglądał też sporo bajek uczących angielskiego i nawet po angielsku bez lektora. Ale… to wszystko jak krew w piach, bo w kontakcie z kimś, kto mówi żywym językiem syna totalnie zatkało i nie mógł wykrztusić ani słowa. W nim widziałam siebie, pierwszy raz za granicą, po sześciu latach nauki języka na piątki i szóstki, a dukającą jak trzylatek, gdy w sklepie kupowałam wodę i bułki. Ale ja byłam starsza, a syn o wiele młodszy. Ze sceptycyzmem patrzyłam, jak usiłuje się dogadać z obcokrajowcem i myślałam, że wyskoczę z siebie, żeby samej zacząć dogadywać się z native speakerem. Powstrzymałam się, a platforma, dzięki której nauczyciel i uczeń widzą siebie, swoją gestykulację, mogą sobie wzajemnie coś na ekranie pokazać, narysować, objaśnić, sprawiła, że lekcja jakoś poszła. Na kolejnej po pięciu minutach piłam już spokojnie kawę zdziwiona, jak szybko Kosmyk zaczął bez stresu rozmawiać z wykładowcą. Na trzeciej nagrałam kilka instastory i wyszłam z pokoju. Syn nie potrzebował mojej pomocy, potrafił dogadać się z obcokrajowcem samodzielnie.

 

Na każde zajęcia syn czeka z niecierpliwością, z reguły 15 minut przed czasem już waruje przed komputerem. Dla mnie takim najbardziej emocjonalnym było wydarzenie, kiedy to nauczyciel ledwo się połączył, a syn już krzyczał: Hi! How are you! To było już na drugiej lekcji, gdzie na pierwszej przez pierwsze 15 minut bał się usta otworzyć 🙂

 

Podsumowując – lekcje mamy dwa razy w tygodniu, każda z nich trwa 25-30 minut. Do tej pory uczyliśmy się z trzema nauczycielami, ale raczej będziemy mieć dwóch na zmianę, zapewne Clintona i panią Aleksandrę. Zresztą sami mogliśmy to sobie ustalić – zarówno z kim, jak i kiedy lekcja ma się odbywać [można sobie robić urlopy].  Zajęcia zamawia się w pakietach – najtaniej wychodzi pakiet 40 lekcji [po 38 zł za lekcję]. Na początku chwytałam się za głowę, że drogo, ale popatrzyłam na postępy syna i stwierdziłam, że w grupie nigdy by się tak na obcy język nie otworzył. Spotkanie twarzą w twarz i po prostu mówienie bez otaczającego muru oceniających spojrzeń kolegów i ze stuprocentową uwagą nauczyciela wyłącznie do dziecka dyspozycji daje więcej niż 10 lekcji w grupie pełnej dzieci.

 

I tym samym angielski zagościł w naszym planie dnia na stałe [następna lekcja jutro, trochę pokażę na instastory, zaobserwuj nas i zobacz], a ja dotrzymałam słowa – na dodatkowe zajęcia nie będę go na razie wozić. Ma dodatkowy basen w ramach szkoły, ma angielski z native speakerem w domu, ma do tego matkę polonistkę, co czyta książki nawet przy obiedzie. Na razie mu chyba wystarczy? Na jakie zajęcia dodatkowe chodzą twoje dzieci?

 

 

Recenzja powstała na prośbę szkoły Novakid,

w której uczy się mój syn po lekcjach 🙂