Utarło się, że żeby dzieci miały świetne wspomnienia, trzeba gdzieś z nimi wyjechać. Bez wyjazdów nie poznają świata, nie zdobędą nowych doświadczeń i nie spędzą cudownych wakacji. I to prawda. Ale nie do końca. Bo nie trzeba daleko wyjeżdżać jeśli mieszka się w miejscu pełnym atrakcji turystycznych. A bywa też, że takie najzwyklejsze wyjazdy, gdzieś blisko czy do rodziny, stają się jakimś cudem magiczne i to właśnie je pamiętamy, a nie zagraniczne wycieczki.

 

 

A gdzie jedziesz na wakacje? A gdzie wyjeżdżacie z chłopcami? – pytały się dziewczyny, a ja wzruszałam ramionami. Patrzyłam na synów, na młodszego, trochę rozbitego tym, że cały maj i czerwiec zapierniczałam jak głupia, a jego ojciec był jednocześnie na kursie i kończył studia, więc biedny Adasio skazany był na matkę wyłącznie. Na starszaka, który ewidentnie przeżywał jakiś gorszy okres i miał spore zapotrzebowanie na uwagę i zainteresowanie. I na siebie – trochę już przemęczoną i zaczynającą warczeć, zamiast mówić.

 

 

Sorry, nie lubię wyjeżdżać z dziećmi, na razie

 

W wakacje kilka razy zdarzyło nam się podjechać z chłopcami do Warszawy i w pewnym momencie tak mi się spodobały te nasze wycieczki, że zaczęłam sobie marzyć o wspólnej wyprawie samochodem do Bułgarii. Tak, samochodem. Na żywca i tylko z mapą. Takie wyprawy lubię. Ale potem chłopcy wyszli z auta i zaprezentowali spektrum swoich możliwości po 3 godzinach siedzenia na pupie, że przeformułowałam moje marzenia 😀 W wakacje wolę się nie stresować. Jest jedna główna zasada, której matka powinna się trzymać, żeby nie stać się drącą, jęczącą i wiecznie niezadowoloną matką: nie robić czegoś, co ją wykończy 😀

Tak, wiem, są dzieci, z którymi świetnie się podróżuje i pewnie pojawią się tu komentarze, że „ja z moimi podróżowałam i było super”. Ok, to ty i twoje dzieci i twoje sytuacje. Ja z moimi nie czuję się na siłach, co nie znaczy, że już zawsze nie będę się czuć. Bułgarię przesunęłam na przyszły rok 😀 A i na jesieni może gdzieś wyskoczymy.

 

Co biedne wiejskie dzieci robiły na wakacjach? 

 

Ale ja sobie tu teoretyzuję, a faktem jest, że zrezygnowanie z wakacji w moim przypadku nie jest zrezygnowaniem z wakacji, bo mieszkamy w jednym z atrakcyjniejszych miejsc turystycznych w Polsce. Dnie spędzaliśmy w lasach, nad rzeką, nad jeziorem, na kajaku, na rowerze wodnym, na rowerach lub w Klubie Mila Kamień, o którym już pisałam w zeszłym roku, a jedzenie w dalszym ciągu nie jest najlepsze 😀 Młodszy nauczył się pływać, a starszy pokonał swój rekord biegnąc ciągiem osiem kilometrów. Chłopcy spotkali masę kolegów i koleżanek, wchrzaniali lody na śniadanie i na kolację, pędzlowali ryby prosto z jeziora, łapali żaby i tropili padalce i wszystko to bez nerwów, że trzeba zdążyć i wcześniej położyć się spać, bo jutro przedszkole. Starszak miał swoją dramatyczną wakacyjną przygodę, kiedy to zgubił nas w Kamieniu [poszłam na chwilę do łazienki z młodszym] i stwierdził, że pobiegnie przez las do babci, zadzwonić do mnie, gdzie jestem,  i jacyś ludzie go złapali i gonili po krzakach, bo myśleli, że się zgubił, mimo że wyraźnie krzyczał do nich, że mieszka tutaj i tutaj, jest stąd i biegnie tylko do babci po telefon 😀 [Swoją drogą, ja go w tym Kamieniu z Adasiem szukałam jak głupia i pocieszałam się, czekając na telefon od Chłopa, który szukał starszaka, że jak jeszcze nie wypłynął z wody, to znaczy, że się nie utopił]. Z jednej strony – fajnie, że starszak pamiętał, żeby nie wsiadać z nieznajomymi do samochodu i niczego od nich nie brać [twierdził, że chciano mu dać zatrutą wodę i nawet łyczka nie wypił], z drugiej szkoda, że nie pamiętał o tym, że jak nie ma mnie w jakimś miejscu, to trzeba usiąść i czekać, aż go znajdę. No. Tym razem chyba zapamięta 😀

 

Oprócz tego jednego incydentu starszak stwierdził, że miał cudowne wakacje.

 

 

Zbieram wszystkie moje statusy z ostatnich pięciu lat i trafiam na taką perełkę ❤️ – Mamo, a jak ci się żyje bez pindola? – zapytał dziś starszy syn, zafascynowany, że są na tym świecie ludzie, którzy sikają na siedząco, bo muszą. – Normalnie. – Ale nie chciałabyś sikać na stojąco? – Hm. W sumie to bardzo wygodne. – Bo ja może mógłbym ci ulepić takiego pindola, albo wyciąć i ci przyczepić, miałabyś takiego samego jak ja! – Kuszące, ale chyba wolę bez pindola. – Czemu? – Bo jakbym miała pindola, to nie urodziłabym mojego synka – ciebie. – Aaaaa… a to o to chodzi… Nie wiedziałem, że mamy oddają swoim synkom pindole. W ogóle to przepraszam, że ci zabrałem! #storylife #instamatki #motherfrommasurianlakes #motherandson #mother&son #motherlife #lovingyou #havingfun #goodstory #goodfun

Post udostępniony przez Asia Jaskółka (@matkatylkojedna)


 

W ogóle to nasze wakacyjne  plany trochę krzyżują nam też zwierzęta. Koty, jak to koty, one sobie poradzą, ale Pit jest totalnie zależny od nas. Raz wyjechaliśmy rano i rodzice mieli po niego po południu przyjechać. Do tego czasu zgryzł połowę ocieplenia przy drzwiach wejściowych i same drzwi. U rodziców z kolei też musi być pod stałą obserwacją, bo i u mamy wygryzł listwę tylko dlatego, że na chwilę wyszła z domu coś zrobić nad jeziorem. A że moi rodzice całe wakacje przyjmują gości, to ciężko im na głowę zrzucić wymagającego Pita. Siostra ma z kolei niemowlaka i dość z nim zachodu, żeby jeszcze mi psa pilnować. Z Pitem jakikolwiek wakacyjny wyjazd będzie wyzwaniem.

 

Kolejny powód do siedzenia w domu. Ten kawaler musi mieć odpowiednią opiekę, bo ślepy jest całkowicie, średnio znosi podróże, a oddam go w ręce tylko siostry lub rodziców.

 

Wolny czas w wakacje wykorzystaliśmy maksymalnie. Przygotowywaliśmy drewno na zimę, co jest ulubioną rozrywką [tak, rozrywką] chłopców, Chłop stwierdził, że sam ułoży podjazd kamienny w bramie, uporządkowaliśmy zakątek przy drugiej furtce i realizowaliśmy sprytny plan Chłopa, jak odgrodzić się od przejeżdżających i zaglądających nam w okna ludzi.

 

 

Korzystaliśmy z elektronarzędzi Greenworks, o których pisałam już tutaj. Mamy kosiarkę, która ma taki fajny myk, że jak trzymam czerwony kluczyk, to dziecko nie może samo włączyć kosiarki 😀 To samą moc akumulatora ma jednocześnie pilarka, która, mimo że akumulatorowa i mój ojciec, wyznawca spalin, nie wierzył, że da radę, potrafiła pociąć te wielkie kołki drewna na drobniutkie szczapki. Kupując dwa narzędzia z tą samą mocą, mamy jednocześnie aż cztery akumulatorki, które po naładowaniu spokojnie wystarczają na ogarnięcie/skoszenie 16 arów działki.

 

Niżej świeżo zrobiony zakątek. Tu była pożoga totalna. Chłop wyrównał teren i posialiśmy trawę, którą ja całe wakacje kompulsywnie, acz z audiobookiem podlewałam. Moim pomysłem było zrobienie kamiennej ścieżki, co było strzałem w 10, bo chłopcy bawią się na kamieniach „w lawę”, czyli muszą skakać po kamieniach, a jak spadną, to wpadają w lawę. Furtka prowadzi do naszego kosza na śmieci, z którego korzystają również turyści i wolę tak, niż żeby mi wrzucali obsrane majtki pod płot [serio! hit tego roku, mimo że kosz już stał], koło kosza mamy też worki na plastiki i szkło i da się jeszcze szybko furtką wyjść na spacer do lasu na przeciwko i na ukochane zwalone drzewa chłopców. W lasku na przeciwko jest też od groma poziomek <3

 

 

A tutaj nasze ogrodzenie, na którym już się wspina mieszanka różnych bluszczy. Nigdy nie byłam zwolennikiem odgradzania się od ulicy, miałam ideały, że wszystko będzie otwarte, jak na wsi, a słoneczniki będą radośnie pozdrawiać przechodniów, ale w tym roku moje ideały legły w gruzach, kiedy dwóch facetów, każdy oddzielnie, zwyczajnie wleźli mi do kuchni, bo sklepu szukali, a jakaś dziewczyna zatrzymała się przed moim domem, dokładnie obejrzała moje gołe nogi i zaspaną twarz i wsiadła do samochodu mówiąc do kierowcy:

– Tak! To ona!

 

I se pojechała 😀 Spotkanie z podglądaczem „z drogi” lub zakrzykującym „Hej, czytam ciebie!” nie zdarzyło mi się pierwszy raz, ale pierwszy raz w życiu poczułam się tak nieswojo na swoim własnym podwórku, że kiedy Chłop zakrzyknął, że ma wizje z tym płotem, tylko pokiwałam głową z aprobatą 😀 Kto mnie czyta, ten wie, że herbaty nigdy nie odmawiam, ale słodyczy w domu nie mam prawie nigdy. Utrzymają się góra godzinę 😀

 

 

A tu projekt Chłopa [który i tak będzie musiał poprawiać]. Ktoś na insta pytał mnie, czy Chłop da jakiś patent na własnoręczne układanie kamieni, to Chłop mi kazał przekazać, że trzeba mieć:

 

  • monowskie spodenki [takie wojskowe, z ćwiczeń]
  • starą koszulkę
  • dłonie zniszczone tak, że nic im nie pomoże
  • dużo kamieni, żeby było z czego wybierać
  • młot Thora, którego na zdjęciu nie widać
  • cierpliwą partnerkę, która przyniesie mrożonej herbaty z cytryną i nie będzie się drzeć, że pół dnia w kamieniach się siedzi
  • muzykę lub ciekawe podcasty, żeby szajby nie dostać
  • brodę. Ale nie wiem, po co.

 

 

Skończony podjazd pokażę, jak się skończy. Na razie dopiero 1/4 zrobiona. Chłop o tym nie wie, ale zrobi mi jeszcze obudowę studni i ścieżkę do ogródka. Nie mówcie mu, bo zabroni mi pielić i jeszcze zacznie narzekać, że kiedy on zajmuje się dziećmi, ja zamiast pisać, siedzę zagrzebana w ziemi i wyrywam chwasty.

 

 

A mam co pielić i co najgorsze mam też wrażenie, że ta robota się nigdy nie skończy. Na szczęście Adasio jest taki kochany, że uwielbia pomagać nie tyle przy pieleniu, co przy podlewaniu kwiatków 🙂

 

 

Co prawda, źle posadziłam moją kannę, bo zlewa się ze zjeżdżalnią, ale jej rozkwit to u mnie najbardziej wyraźna oznaka jesieni [posadziłam ją do gruntu dość późno]. Ona oraz wszędobylskie liście, które już powoli zasypują nasz ogród. Akumulatorowa dmuchawa Greenworks okazała się świetnym zakupem, bo chłopcy odkryli w sobie pasję do dmuchania 😀 I szczerze? My z Chłopem umywamy ręce, to chłopcy są odpowiedzialni za zdmuchnięcie liści na kupę, oni się muszą dogadać, że jeden pracuje na jednym akumulatorze, drugi na drugim, a ja mam ich wtedy z głowy na godzinę i zero liści na trawniku 🙂

 

 

No dobra, sama też se lubię podmuchać…

 

 

I tak nam minęły wakacje. Całkiem zwyczajnie, trochę pracowicie, trochę z dreszczykiem emocji i całkowicie na luzie, bez nerwów, że nie zdążymy i stresów, że nic nie zrobimy. Z organizacyjnych rzeczy udało nam się również w połowie uporządkować ten biały budynek, co jest w tle na zdjęciach, gdzie były graty moich rodziców i składowisko rzeczy „niechcianych”. I Chłop wyklepał trzeci dodatkowy kompostownik, bo nasze stare zapchane aż po kurek. I teraz, wypoczęci [a ja to już maksymalnie, bo chłopcy byli w lipcu u babci] i w pełni zrównoważeni 😀 czekamy na szkołę i przedszkole. Ja już dziś pisałam na Wiejskich Matkach, że tak jak nie obawiam się puścić mojego sześciolatka do pierwszej klasy, tak mam od tygodnia stałą i wkurzającą obawę, że młodszy nie da rady w przedszkolu, że panie mi go zapakują i powiedzą, że mam go więcej nie przywozić i kolejny rok będę pisać albo po nocach albo jak wariatka w łazience pod suszarką i nie zrealizuję połowy tego, co zamierzałam 😀

No ale. Młodszy czeka. Czeka i nie może się przedszkola doczekać. Pozytywne jest to, że naprawdę ma dobre chęci i jest cały podekscytowany tym, że zacznie przedszkolną przygodę. Trzymajmy za niego kciuki!

 

 

I oczywiście napisz mi, jak spędziłaś wakacje 🙂 Nie jestem zazdrosna i chętnie się dowiem, co fajnego w kraju i za granicą można robić z dzieciakami, za rok, wasze wakacje może będą i moimi?

 

Partnerem wpisu i naszych zmian ogrodowych jest marka Greenworks

 


Bardzo mi pomożesz, jeśli skomentujesz lub udostępnisz ten wpis na Facebooku. A jeśli jeszcze nie masz aplikacji blogowej, to koniecznie musisz sobie zainstalować. Dzięki niej w każdym momencie będziesz mógł sprawdzić, co nowego na blogu!  Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo ?  dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].