Dlaczego nie cierpię wakacyjnych wyjazdów i co robiliśmy całe wakacje w domu?

Joanna Jaskółka
2 września 2018

Udostępnij wpis

Utarło się, że żeby dzieci miały świetne wspomnienia, trzeba gdzieś z nimi wyjechać. Bez wyjazdów nie poznają świata, nie zdobędą nowych doświadczeń i nie spędzą cudownych wakacji. I to prawda. Ale nie do końca. Bo nie trzeba daleko wyjeżdżać jeśli mieszka się w miejscu pełnym atrakcji turystycznych. A bywa też, że takie najzwyklejsze wyjazdy, gdzieś blisko czy do rodziny, stają się jakimś cudem magiczne i to właśnie je pamiętamy, a nie zagraniczne wycieczki.

 

 

A gdzie jedziesz na wakacje? A gdzie wyjeżdżacie z chłopcami? - pytały się dziewczyny, a ja wzruszałam ramionami. Patrzyłam na synów, na młodszego, trochę rozbitego tym, że cały maj i czerwiec zapierniczałam jak głupia, a jego ojciec był jednocześnie na kursie i kończył studia, więc biedny Adasio skazany był na matkę wyłącznie. Na starszaka, który ewidentnie przeżywał jakiś gorszy okres i miał spore zapotrzebowanie na uwagę i zainteresowanie. I na siebie - trochę już przemęczoną i zaczynającą warczeć, zamiast mówić.

 

 

Sorry, nie lubię wyjeżdżać z dziećmi, na razie

 

W wakacje kilka razy zdarzyło nam się podjechać z chłopcami do Warszawy i w pewnym momencie tak mi się spodobały te nasze wycieczki, że zaczęłam sobie marzyć o wspólnej wyprawie samochodem do Bułgarii. Tak, samochodem. Na żywca i tylko z mapą. Takie wyprawy lubię. Ale potem chłopcy wyszli z auta i zaprezentowali spektrum swoich możliwości po 3 godzinach siedzenia na pupie, że przeformułowałam moje marzenia 😀 W wakacje wolę się nie stresować. Jest jedna główna zasada, której matka powinna się trzymać, żeby nie stać się drącą, jęczącą i wiecznie niezadowoloną matką: nie robić czegoś, co ją wykończy 😀

Tak, wiem, są dzieci, z którymi świetnie się podróżuje i pewnie pojawią się tu komentarze, że "ja z moimi podróżowałam i było super". Ok, to ty i twoje dzieci i twoje sytuacje. Ja z moimi nie czuję się na siłach, co nie znaczy, że już zawsze nie będę się czuć. Bułgarię przesunęłam na przyszły rok 😀 A i na jesieni może gdzieś wyskoczymy.

 

Co biedne wiejskie dzieci robiły na wakacjach? 

 

Ale ja sobie tu teoretyzuję, a faktem jest, że zrezygnowanie z wakacji w moim przypadku nie jest zrezygnowaniem z wakacji, bo mieszkamy w jednym z atrakcyjniejszych miejsc turystycznych w Polsce. Dnie spędzaliśmy w lasach, nad rzeką, nad jeziorem, na kajaku, na rowerze wodnym, na rowerach lub w Klubie Mila Kamień, o którym już pisałam w zeszłym roku, a jedzenie w dalszym ciągu nie jest najlepsze 😀 Młodszy nauczył się pływać, a starszy pokonał swój rekord biegnąc ciągiem osiem kilometrów. Chłopcy spotkali masę kolegów i koleżanek, wchrzaniali lody na śniadanie i na kolację, pędzlowali ryby prosto z jeziora, łapali żaby i tropili padalce i wszystko to bez nerwów, że trzeba zdążyć i wcześniej położyć się spać, bo jutro przedszkole. Starszak miał swoją dramatyczną wakacyjną przygodę, kiedy to zgubił nas w Kamieniu [poszłam na chwilę do łazienki z młodszym] i stwierdził, że pobiegnie przez las do babci, zadzwonić do mnie, gdzie jestem,  i jacyś ludzie go złapali i gonili po krzakach, bo myśleli, że się zgubił, mimo że wyraźnie krzyczał do nich, że mieszka tutaj i tutaj, jest stąd i biegnie tylko do babci po telefon 😀 [Swoją drogą, ja go w tym Kamieniu z Adasiem szukałam jak głupia i pocieszałam się, czekając na telefon od Chłopa, który szukał starszaka, że jak jeszcze nie wypłynął z wody, to znaczy, że się nie utopił]. Z jednej strony - fajnie, że starszak pamiętał, żeby nie wsiadać z nieznajomymi do samochodu i niczego od nich nie brać [twierdził, że chciano mu dać zatrutą wodę i nawet łyczka nie wypił], z drugiej szkoda, że nie pamiętał o tym, że jak nie ma mnie w jakimś miejscu, to trzeba usiąść i czekać, aż go znajdę. No. Tym razem chyba zapamięta 😀

 

Oprócz tego jednego incydentu starszak stwierdził, że miał cudowne wakacje.

 

 

Zbieram wszystkie moje statusy z ostatnich pięciu lat i trafiam na taką perełkę ❤️ - Mamo, a jak ci się żyje bez pindola? - zapytał dziś starszy syn, zafascynowany, że są na tym świecie ludzie, którzy sikają na siedząco, bo muszą. - Normalnie. - Ale nie chciałabyś sikać na stojąco? - Hm. W sumie to bardzo wygodne. - Bo ja może mógłbym ci ulepić takiego pindola, albo wyciąć i ci przyczepić, miałabyś takiego samego jak ja! - Kuszące, ale chyba wolę bez pindola. - Czemu? - Bo jakbym miała pindola, to nie urodziłabym mojego synka - ciebie. - Aaaaa... a to o to chodzi... Nie wiedziałem, że mamy oddają swoim synkom pindole. W ogóle to przepraszam, że ci zabrałem! #storylife #instamatki #motherfrommasurianlakes #motherandson #mother&son #motherlife #lovingyou #havingfun #goodstory #goodfun

Post udostępniony przez Asia Jaskółka (@matkatylkojedna)


 

W ogóle to nasze wakacyjne  plany trochę krzyżują nam też zwierzęta. Koty, jak to koty, one sobie poradzą, ale Pit jest totalnie zależny od nas. Raz wyjechaliśmy rano i rodzice mieli po niego po południu przyjechać. Do tego czasu zgryzł połowę ocieplenia przy drzwiach wejściowych i same drzwi. U rodziców z kolei też musi być pod stałą obserwacją, bo i u mamy wygryzł listwę tylko dlatego, że na chwilę wyszła z domu coś zrobić nad jeziorem. A że moi rodzice całe wakacje przyjmują gości, to ciężko im na głowę zrzucić wymagającego Pita. Siostra ma z kolei niemowlaka i dość z nim zachodu, żeby jeszcze mi psa pilnować. Z Pitem jakikolwiek wakacyjny wyjazd będzie wyzwaniem.

 

Kolejny powód do siedzenia w domu. Ten kawaler musi mieć odpowiednią opiekę, bo ślepy jest całkowicie, średnio znosi podróże, a oddam go w ręce tylko siostry lub rodziców.

 

Wolny czas w wakacje wykorzystaliśmy maksymalnie. Przygotowywaliśmy drewno na zimę, co jest ulubioną rozrywką [tak, rozrywką] chłopców, Chłop stwierdził, że sam ułoży podjazd kamienny w bramie, uporządkowaliśmy zakątek przy drugiej furtce i realizowaliśmy sprytny plan Chłopa, jak odgrodzić się od przejeżdżających i zaglądających nam w okna ludzi.

 

 

Korzystaliśmy z elektronarzędzi Greenworks, o których pisałam już tutaj. Mamy kosiarkę, która ma taki fajny myk, że jak trzymam czerwony kluczyk, to dziecko nie może samo włączyć kosiarki 😀 To samą moc akumulatora ma jednocześnie pilarka, która, mimo że akumulatorowa i mój ojciec, wyznawca spalin, nie wierzył, że da radę, potrafiła pociąć te wielkie kołki drewna na drobniutkie szczapki. Kupując dwa narzędzia z tą samą mocą, mamy jednocześnie aż cztery akumulatorki, które po naładowaniu spokojnie wystarczają na ogarnięcie/skoszenie 16 arów działki.

 

Niżej świeżo zrobiony zakątek. Tu była pożoga totalna. Chłop wyrównał teren i posialiśmy trawę, którą ja całe wakacje kompulsywnie, acz z audiobookiem podlewałam. Moim pomysłem było zrobienie kamiennej ścieżki, co było strzałem w 10, bo chłopcy bawią się na kamieniach "w lawę", czyli muszą skakać po kamieniach, a jak spadną, to wpadają w lawę. Furtka prowadzi do naszego kosza na śmieci, z którego korzystają również turyści i wolę tak, niż żeby mi wrzucali obsrane majtki pod płot [serio! hit tego roku, mimo że kosz już stał], koło kosza mamy też worki na plastiki i szkło i da się jeszcze szybko furtką wyjść na spacer do lasu na przeciwko i na ukochane zwalone drzewa chłopców. W lasku na przeciwko jest też od groma poziomek <3

 

 

A tutaj nasze ogrodzenie, na którym już się wspina mieszanka różnych bluszczy. Nigdy nie byłam zwolennikiem odgradzania się od ulicy, miałam ideały, że wszystko będzie otwarte, jak na wsi, a słoneczniki będą radośnie pozdrawiać przechodniów, ale w tym roku moje ideały legły w gruzach, kiedy dwóch facetów, każdy oddzielnie, zwyczajnie wleźli mi do kuchni, bo sklepu szukali, a jakaś dziewczyna zatrzymała się przed moim domem, dokładnie obejrzała moje gołe nogi i zaspaną twarz i wsiadła do samochodu mówiąc do kierowcy:

- Tak! To ona!

 

I se pojechała 😀 Spotkanie z podglądaczem "z drogi" lub zakrzykującym "Hej, czytam ciebie!" nie zdarzyło mi się pierwszy raz, ale pierwszy raz w życiu poczułam się tak nieswojo na swoim własnym podwórku, że kiedy Chłop zakrzyknął, że ma wizje z tym płotem, tylko pokiwałam głową z aprobatą 😀 Kto mnie czyta, ten wie, że herbaty nigdy nie odmawiam, ale słodyczy w domu nie mam prawie nigdy. Utrzymają się góra godzinę 😀

 

 

A tu projekt Chłopa [który i tak będzie musiał poprawiać]. Ktoś na insta pytał mnie, czy Chłop da jakiś patent na własnoręczne układanie kamieni, to Chłop mi kazał przekazać, że trzeba mieć:

 

  • monowskie spodenki [takie wojskowe, z ćwiczeń]
  • starą koszulkę
  • dłonie zniszczone tak, że nic im nie pomoże
  • dużo kamieni, żeby było z czego wybierać
  • młot Thora, którego na zdjęciu nie widać
  • cierpliwą partnerkę, która przyniesie mrożonej herbaty z cytryną i nie będzie się drzeć, że pół dnia w kamieniach się siedzi
  • muzykę lub ciekawe podcasty, żeby szajby nie dostać
  • brodę. Ale nie wiem, po co.

 

 

Skończony podjazd pokażę, jak się skończy. Na razie dopiero 1/4 zrobiona. Chłop o tym nie wie, ale zrobi mi jeszcze obudowę studni i ścieżkę do ogródka. Nie mówcie mu, bo zabroni mi pielić i jeszcze zacznie narzekać, że kiedy on zajmuje się dziećmi, ja zamiast pisać, siedzę zagrzebana w ziemi i wyrywam chwasty.

 

 

A mam co pielić i co najgorsze mam też wrażenie, że ta robota się nigdy nie skończy. Na szczęście Adasio jest taki kochany, że uwielbia pomagać nie tyle przy pieleniu, co przy podlewaniu kwiatków 🙂

 

 

Co prawda, źle posadziłam moją kannę, bo zlewa się ze zjeżdżalnią, ale jej rozkwit to u mnie najbardziej wyraźna oznaka jesieni [posadziłam ją do gruntu dość późno]. Ona oraz wszędobylskie liście, które już powoli zasypują nasz ogród. Akumulatorowa dmuchawa Greenworks okazała się świetnym zakupem, bo chłopcy odkryli w sobie pasję do dmuchania 😀 I szczerze? My z Chłopem umywamy ręce, to chłopcy są odpowiedzialni za zdmuchnięcie liści na kupę, oni się muszą dogadać, że jeden pracuje na jednym akumulatorze, drugi na drugim, a ja mam ich wtedy z głowy na godzinę i zero liści na trawniku 🙂

 

 

No dobra, sama też se lubię podmuchać...

 

 

I tak nam minęły wakacje. Całkiem zwyczajnie, trochę pracowicie, trochę z dreszczykiem emocji i całkowicie na luzie, bez nerwów, że nie zdążymy i stresów, że nic nie zrobimy. Z organizacyjnych rzeczy udało nam się również w połowie uporządkować ten biały budynek, co jest w tle na zdjęciach, gdzie były graty moich rodziców i składowisko rzeczy "niechcianych". I Chłop wyklepał trzeci dodatkowy kompostownik, bo nasze stare zapchane aż po kurek. I teraz, wypoczęci [a ja to już maksymalnie, bo chłopcy byli w lipcu u babci] i w pełni zrównoważeni 😀 czekamy na szkołę i przedszkole. Ja już dziś pisałam na Wiejskich Matkach, że tak jak nie obawiam się puścić mojego sześciolatka do pierwszej klasy, tak mam od tygodnia stałą i wkurzającą obawę, że młodszy nie da rady w przedszkolu, że panie mi go zapakują i powiedzą, że mam go więcej nie przywozić i kolejny rok będę pisać albo po nocach albo jak wariatka w łazience pod suszarką i nie zrealizuję połowy tego, co zamierzałam 😀

No ale. Młodszy czeka. Czeka i nie może się przedszkola doczekać. Pozytywne jest to, że naprawdę ma dobre chęci i jest cały podekscytowany tym, że zacznie przedszkolną przygodę. Trzymajmy za niego kciuki!

 

 

I oczywiście napisz mi, jak spędziłaś wakacje 🙂 Nie jestem zazdrosna i chętnie się dowiem, co fajnego w kraju i za granicą można robić z dzieciakami, za rok, wasze wakacje może będą i moimi?

 

Partnerem wpisu i naszych zmian ogrodowych jest marka Greenworks

 

 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
Jestem Asia.
Piszę o tym, jak uciec z miasta i wychowywać dzieci na wsi, z dala od sklepów, ale bliżej siebie.

Naszą historię znajdziesz Tutaj

Ale ona wciąż się pisze, więc zostań ze mną w kontakcie:


    Subscribe
    Powiadom o
    guest
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    View all comments
    14 listopada 2022
    O chłopcu, który przestał biegać

      Biegł przez las na bosaka. Nie widział swoich stóp uderzających miarowo o ziemię, nie czuł muskających jego skórę traw, których dywan rozdzielał dwa pasma rozjeżdżonej leśnej drogi. Było ciepło, to w końcu początek wakacji. Był w spodenkach i koszulce, przygotowany na wyjście nad rzekę, ale nie zdążył nad tę rzekę iść. Teraz musiał zdążyć, […]

    3 listopada 2022
    Jak fajnie ubrać siebie i dzieci, nie wydając na to majątku?

    Kiedy to piszę, mam do spakowania dwie paczki ciuchów, które jeszcze dziś pójdą w świat. Planuję kupić sobie i chłopcom nowe kurtki zimowe i nie chcę wydać na nie grosza z pieniędzy odłożonych na życie. Jak to zrobię? Wykorzystując idealnie to, co mam.  Od lat udaje mi się fajnie ubrać siebie i dzieci, nie wydając […]

    31 października 2022
    Chcesz mieć kury? Ja chciałam i mam [krótki poradnik, jak założyć kurnik]

    Jednym z największych pragnień albo przynajmniej pomysłów do rozważenia każdego mieszczucha przeprowadzającego się na wieś jest to, żeby mieć kury. Ja co prawda ze wsi wyszłam do miasta, a potem wróciłam, ale moja wieś to było turystyczne zagłębie, które krowę widziało w moim wczesnym dzieciństwie. Potem już tylko kajaki i pokoje do wynajęcia. Zaczynałam od […]

    13 października 2022
    Czy warto było zakupić pralko-suszarkę HAIER - fakty i mity po pół roku używania

    W wakacje często rozwieszałam ubrania na dworze. Kiedy tylko widzieliście je w tle, wysyłaliście mi masę dobrych rad, by zainwestować w suszarkę bębnową. Czytając je, uśmiechałam się pod nosem, bo ja przecież już mam pralko-suszarkę, z której jestem szalenie zadowolona! Na dworze po prostu dosuszam rzeczy znad jeziora lub te, które nie zmieściły się w […]

    4 października 2022
    Meltdown, shutdown, ASD i inne dziwne słowa w spektrum autyzmu [część 1]

    Kiedy opowiadam o byciu w spektrum na moich relacjach facebookowych i instagramowych, często używam określeń, które dla mnie są już od lat oczywiste, ale dla moich odbiorców są całkowitą zagadką. Postanowiłam więc troszeczkę rozjaśnić chociażby część określeń, takich jak meltdown, shoutdown czy inne. Znasz już te określenia?     Postanowiłam zrobić mały cykl o spektrum, […]

    5 sierpnia 2022
    Łódź i Druskienniki - nasze budżetowe wakacje i wspaniała lekcja oszczędzania dla dzieci.

      Kiedy kończył się rok szkolny, ostatnią rzeczą, jaką chciałam, to gdziekolwiek z dziećmi wyjeżdżać. Czułam, że nie podołam ani finansowo, ani psychicznie. Jednak przyjazd mojej koleżanki z Norwegii i jej energia do działania sprawiły, że usiadłam i zaczęłam liczyć. Nasze  budżetowe wyjazdy zaplanowałyśmy w ciągu dwóch dni.  

    Obserwuj nas na Instagramie

    instagramfacebook-official