Koszmar, w który, na własne życzenie, zapędzamy siebie i dzieci

Total
6K
Shares

Bo trzeba coś, bo wstyd tak siedzieć, bo czas marnujesz, bo ileż można nic nie robić. Wciąż coś, bo pranie, bo gdzie tak z domu wyjść, jak trzeba ogarnąć, porządek po sobie zostawić. Jak można siedzieć w takim bałaganie, jak można siedzieć w ogóle? Współczesny świat zrobił nam takiego pierdolca w mózgu, że czujemy wyrzut za każdym razem, kiedy po prostu żyjemy nic, kompletnie nic, nie robiąc.

Zapytaj kogokolwiek, zapytaj siebie samą  o ten wyrzut, kiedy spędzasz połowę albo i nawet cały dzień kompletnie bezproduktywnie. Wyrzut ciśnie, bo można by to i tamto, ale w końcu niczego się nie zrobiło, przebimbało cały dzień.

I ten wyrzut przenosimy na dzieci, bo zrobiłbyś coś, siedzisz i nic nie robisz, w ogóle dziś się nie uczyłeś, cały dzień zmarnowałeś, a mógłbyś to i tamto i sramto.

Bo coś trzeba robić

Żyjemy w takim zachłannym kulcie pracy, gdzie jak się nie rusza rękami i nie ma widocznych efektów, to znaczy, że marnujemy czas. Ja sama już nie potrafię zwykłego serialu obejrzeć, bez jednoczesnego przeglądania zdjęć, dłubania w telefonie czy zwykłego pykania w gierkę.

Ale wyrzuty, gdy zdarzy się dzień lub tydzień z brudną podłogą, naczyniami w zlewie lub nieumytą kuchenką, cisną, bo nie ma efektu. Jak nie ma efektu, to znaczy, że nic, kompletnie nic nie zrobiłam.

Uderza mnie to, jak brutalnie przenosimy to na dzieci.

– Macie coś dziś zadane? – spytała się ostatnio matka dziecka w szkole. Szłam tuż za nią i słyszałam odpowiedź.

– Nic, mamo. – odpowiedziało szczęśliwe dziecko.

– Nic? To co ty będziesz dziś robić?  – zdziwiła się matka, a z buzi dziecka zniknął uśmiech.

Z mojej też. Trzymałam syna za rękę, dziękując, że jeszcze się za rękę chodzić nie wstydzi i było mi przykro, bo cóż może robić szkolne dziecko po szkole? Nie, nie bawić się, nie rozwijać te umiejętności, których w szkole nie rozwinie, nie zbijać bąki i gapić się w ścianę. Nie. Dziecko po szkole powinno Z A P I E P R Z A Ć.  Robić coś, bo nie można bezczynnie siedzieć.

 

Jak powinna wyglądać PRAWDZIWA zabawa?

 

– Pobawiłbyś się w coś normalnego z bratem – warknęłam kiedyś na syna, wkurzona tym, że biegają jak dzikie zwierzęta dookoła stołu.

– No mamo, my się bawimy przecież!  – odpowiedziało moje zdumione dziecko. Ale przecież  ja już sama sobie do łba wbiłam, że zabawa musi być EDUKACYJNA. Że żeby dla mnie była pożyteczna, muszę widzieć lub być w stanie przewidzieć jej efekt, co dziecku da, jakich umiejętności nauczy, co w moim dziecku udoskonali. Jakimś dziwnym cudem przez chwilę zboczyłam na te dziwne obszary mózgu, na których, jeśli jakiejś zabawy nie rozumiem lub MOIM ZDANIEM jest bezsensowna, to nie warto uznawać jej za zabawę. Do dziś się za to wstydzę.

 

Naucz się nic nie robić

Pierwsze moje opowiadania powstały w chwili największej nudy. Blog powstał pewnego zimowego wieczoru, gdy po całym dniu z dzieckiem, w środku lasu, mózg mi z nic nie robienia parował, naukowcy wymyślali teorie zmieniające świat pod drzewem albo bycząc się w wannie, wszystkie wpisy [tak wiem, że porównanie wpisu na blogu z osiągnięciami naukowców jest kuriozalne, sorry] powstały nie wtedy, gdy intensywnie pracowałam nad blogiem i strzelałam kolejnymi postami jak z rękawa, ale w chwili największego relaksu, na spacerze z dziećmi, przez dwa tygodnie totalnego nic nie robienia, gdy siedziałam i… nie myślałam o tym, co napisać.

 

Żaden mózg nie jest w stanie twórczo i kreatywnie myśleć, jeśli non stop pracuje na wysokich obrotach. To znaczy jest to możliwe przez jakiś czas, ale wypalenie przyjdzie szybko. Nie raz i nie dwa razy przerabiałam to osobiście. Nic mi tak dobrze nie robiło i nie pomagało wrócić do formy jak tydzień czy dwa totalnego nic nie robienia.

 

Największy luksus, na który nas nie stać

 

Żyjemy w kulturze pracy. Jeszcze, bo powoli to się zmienia. Ale czytam komentarze pod tekstami opisującymi firmy wprowadzające cztero czy pięciogodzinny dzień pracy. Oburzone, że jak to.

Ja sama tkwię w tym  schemacie i niesamowicie zazdroszczę moim dzieciom, które potrafią przebimbać cały dzień oglądając bajki, biegając bez sensu, nudząc się bezczelnie i nie czują, że zmarnowały dzień. Zazdroszczę im tego, bo wciąż wpadają na genialne pomysły i fantastyczne rozwiązania bez żadnej zachęty z mojej strony i wynika to z faktu, że ich głowy nie mają jeszcze wbitego priorytetu, że muszą, koniecznie muszą zrobić coś pożytecznego, wartościowego, rozwijającego. Ale spokojnie. Sami im to wbijemy. Sami je zapędzimy w ten kozi róg.

I kiedy czytam pytania, jakie rozwijające zabawki kupić dzieciom, jak zainwestować w ich przyszłość, kiedy rozmawiam z matką, która chce już swojego trzylatka nauczyć czytać, zastanawiam się, po co sami to niszczymy? Być może ze strachu, bo mnie samą straszono, że nie ucząc syna czytać i pisać, zniszczę mu start w szkole. Syn poszedł do pierwszej klasy jako sześciolatek i po dwóch miesiącach, startując od zera, nauczył się pisać tak dobrze, że sam stworzył swoją pierwszą książkę [tak, wyprzedził mnie] i już samodzielnie czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce.  I kiedy mówi, że nie ma ochoty odrobić pracy domowej – pozwalam mu na to. Póki robi stale postępy, nie musi być najlepszy z każdej dziedziny i niczego nie musi szlifować. Ma być wystarczająco dobry, żeby mieć siłę rozwijać swoje pasje. I tyle.

Bardzo bym chciała, żeby jak najdłużej zachował tę umiejętność odpoczynku od pracy, którą ja często traciłam, wypalając się i zasuwając jak dzika, bo “trzeba” i “nie wypada” i “nic dzisiaj nie zrobiłam”. Lubię ten luksus, kiedy nic nie muszę robić, a mój mózg odpoczywa. I dzieci tego potrzebują najbardziej na świecie. W swoim nic nie robieniu odkrywają siebie, poznają, dowiadują się czegoś, czego dorośli dowiedzą się dopiero na terapii.

Pozwólmy sobie na to. Nie traktujmy odpoczynku i nic nie robienia jako coś, co jest nieodpowiednie. Nie przejedziemy drogi na pełnym biegu. Czasem trzeba wrzucić trójkę albo dwójkę, żeby jechać dalej. A czasem zwyczajnie trzeba wrzucić na luz. Ten luz, za który mamy wyrzuty  i za który wyrzuty robimy dzieciom. A przecież bez tego luzu ani one, ani my nie pojedziemy dalej.

 

Mimo że tak bardzo, tak bardzo tego chcemy.

Autor zdjęcia: Alex Hiller


 

Bardzo mi pomożesz, jeśli skomentujesz lub udostępnisz ten wpis na Facebooku. A jeśli jeszcze nie masz aplikacji blogowej, to koniecznie musisz sobie zainstalować. Dzięki niej w każdym momencie będziesz mógł sprawdzić, co nowego na blogu!  Tu wersja na Android, a tu na IOS.

Zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo.

Dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].

Zostaje jeszcze newsletter, aż mnie głowa boli od tych miejsc, w których jestem, ale newsletter będzie fajny 🙂 Przyjdą do ciebie dwa maile i żeby potwierdzić, że na pewno chcesz, będziesz musiała kliknąć w link potwierdzający, że na pewno to ty i że na sto procent chcesz, żebym specjalnie dla ciebie raz na miesiąc coś napisała.

 

 

You May Also Like