Pierwsze półkolonie mojego dziecka - czy warto było szaleć tak?

Joanna Jaskółka
11 lipca 2019

Udostępnij wpis

-  Co ja zrobiłam? - myślałam pierwszego dnia, kiedy przyjechaliśmy nad Zegrze na półkolonie dla dzieci. Stałam w holu budynku, obserwując moje dzieci, które stały w rządku na placu przydzielane do wacht obozu żeglarskiego. - Co ja zrobiłam? - myślałam, kiedy moja koleżanka, znudzona, ponaglała mnie, żebyśmy wracały do pokoju i nie szpiegowały dzieci. - Co ja zrobiłam? - myślałam, kiedy po dwóch godzinach przyszła do mnie wiadomość, że młodszy tęskni i nie chce już bawić się w żeglarstwo. A za młodszym zatęsknił starszak.

 

 

Z właścicielami Kliwra, a właściwie Biura Turystycznego Kliwer, znamy się od ponad dwudziestu lat. Swoją działalność rozpoczynali razem z działalnością moich rodziców i przez lata wspierali się i utrzymywali kontakt. Oni zaczynali swoją przygodę z organizowaniem obozów żeglarskich i kolonii, moi rodzice z wypożyczalnią jachtów i pensjonatem. Stąd też nasz pomysł, żeby chłopcy w wakacje liznęli trochę fachowej wiedzy żeglarskiej nie od nas, starych żeglarzy, którzy wszystko robią po swojemu, ale właśnie na obozie, z innymi dziećmi, z fachowcami w dziedzinie żeglarstwa. Zapakowałam więc dzieci i w niedzielne popołudnie Chłop nas wywiózł do Białobrzegów do ośrodka AMW Rynia Rewita.

 

ptr

 

Pierwszy dzień...

 

Pierwszy dzień chciałabym wymazać z pamięci. Chłopcy są bardzo ze sobą zżyci, starszy często, kiedy widzi, że młodszy szaleje, stara się szaleć jeszcze bardziej, żeby jego ukochany brat nie był "najgorszy". W połowie dnia, po szeregu rozmów z wychowawcami, ustaliliśmy, że razem z synami będę zwyczajnie uczestniczyła w zajęciach, żeby młodszy bezboleśnie wprawił się w nowy rytm. Dzięki czemu miałam też okazję podejrzeć, jak zajęcia wyglądają od środka. Patrzyłam na zajęcia animacyjne, pomagałam chłopcom uczyć się wiązać węzły żeglarskie i stałam na pomoście, gdy wchodzili na żaglówkę, uczyli się odpalać silnik, przypominali sobie nazwy takielunku i wreszcie odpływali na swój pierwszy rejs.

 

 

Drugi dzień...

 

Pływanie żaglówkami - bez mamy, taty i dziadka, okazało się najlepszą zabawą i najspokojniejszą częścią dnia. Młodszy pokochał pływanie. Ale kiedy schodził na brzeg, atakowały go śmiechy i hałasy, więc ostatecznie drugiego dnia na zajęcia nie poszedł. Poszedł starszak i to był strzał w dziesiątkę, bo starszak bez bagażnika młodszego brata poczuł się o wiele lepiej i w pełni mógł korzystać z dobrodziejstw zajęć i pomysłów wychowawców. Z młodszym obserwowaliśmy przez chwilę godzinkę zabaw na powietrzu  w Baba Jaga patrzy. Niesamowicie było patrzeć na kilkadziesiąt dzieci biegnących z całych sił, a potem zamierających w bezruchu, kiedy Baba Jaga się odwracała. Wiele rzeczy widziałam, ale to wywarło na mnie duże wrażenie, plus brawa dla starszaka, że ruszył się tylko raz - kiedy podbiegł do niego brat : )

 

Trzeci dzień...

 

Trzeciego dnia padał deszcz i pogoda była taka sobie, ale udało mi się dowiedzieć, że zajęcia dały radę - malowanie twarzy [starszak miał namalowaną flagę Norwegii], puszczanie wielkich baniek i ćwiczenie węzłów, podchody czy inne zabawy. Dzieciaki cały czas miały zajęcie, a do domu wracały zmordowane i zmęczone. Trzeciego dnia zorganizowano też nocowanie na jachtach dla dzieci i byłam pod wrażeniem, że tyle dzieci zostało, żeby przekimać się na łajbie. Niestety wieczorem starszak dostał gorączki i dla niego nocowanie było nieosiągalne. [ta opcja z nocowaniem jest dodatkowo płatna].

 

oznor

Czwarty dzień...

 

Czwartego dnia wolałam mieć starszego przy sobie, żeby zobaczyć, co z tą gorączką i zabrałam chłopców na park linowy. Swoją drogą polecam - Park Linowy Radocha. Naprawdę świetne miejsce, cudowne podejście do dzieci i bardzo fajne trasy, w które można puścić dziecko i mieć pewność, że instruktor będzie miał na nie baczenie.

 

Piąty dzień...

 

Piątego dnia starszak wrócił na zajęcia, a ja dowiedziałam się więcej o organizacji takich półkolonii. Autobus przywozi dzieci z różnych miejsc Warszawy nad Zegrze. Tam, w ośrodku Rewita, kadra przygotowuje dzieci do zajęć - w terenie i na żaglówkach. Dzieci dostają drugie śniadanie [naprawdę przekąsek było tam mnóstwo i nie zapychaczy, ale takich zdrowych przekąsek, które sama daję moim dzieciom] i zapas wody, do której mają cały czas dostęp. W ramach półkolonii dzieci dostają też obiad z podwieczorkiem. Ja w poniedziałek brałam udział z chłopcami w obiedzie i przyznaję - nie tylko smaczny, ale też na moich oczach dziecko koleżanki, które zazwyczaj nie je nic, spałaszowało całą porcję. Siła grupy i dużo czasu na świeżym powietrzu robią swoje : D

 

 

Czy warto było szaleć tak?

 

Korzystając z zaproszenia Kliwra [bo zostałam zaproszona, stąd łatwiej mi było odpuścić to, żeby młodszy przestał uczęszczać na zajęcia], miałam na celu jedno: zainteresowanie starszaka żeglarstwem. Bo on mieszka wśród żaglówek, wychował się wśród nich i na nich stawiał swoje pierwsze kroki, ale z racji tego, że szewc bez butów chodzi, w wakacje rzadko mieliśmy okazję z nim popływać, bo wszystkie łódki... pływały z gośćmi. I tak on niby wiedział, co to jest bom, co to są wanty, co to są szekle, wiedział, że za talię się, kurde, nie łapie, jeśli pływamy na żaglach, ale ta jego wiedza była tylko tym, co mówią mu rodzice. Czymś, co dostaje podczas posiłku z dziadkami.

 

Chciałam, żeby zobaczył, że nie tylko on może pływać na żaglówkach, że to jest hobby, pasja, że są dzieci, które specjalnie przyjeżdżają autokarem, żeby wejść na jacht i zrobić zwrot przez sztag. Chciałam też, żeby tę wiedzę, którą dostawał między wierszami, mógł usystematyzować, poczuć ją na żywo, kiedy z drugim dzieckiem trzyma szoty foka i wypatruje dobrego wiatru. Ja nie pokochałam żeglarstwa, żeglując z ojcem. Pokochałam je na pierwszym obozie, robiąc rufę starą dezetą. Nie doceniałam tego, co mam w domu, dopóki po raz pierwszy nie umyłam pokładu obcej łódki po powrocie do obozu. I nie mogłam wejść do namiotu, póki pokład nie był czysty.

 

 

Efekt Kliwra - jak zniszczyłam swoje plany na wakacje.

 

W efekcie dopięłam swego. Wyjazd na półkolonie nad Jezioro  Zegrzyńskie do Białobrzegów zaowocował tym, że całe nasze plany wakacyjne zostały zmienione. Chłopcy w niedzielę jadą do babci na ponad tydzień, ja sobie robię przerwę na pisanie, a nasz sierpniowy wyjazd za granicę został zburzony.  Prawdopodobnie spędzimy sierpień na żaglach i na mazurskich jeziorach. Stało się. Koniec kropka. Będę jeszcze namawiać, żeby ten rejs skrócić kosztem spływu Krutynią. Szkoda. I nie szkoda - bo trochę o to mi chodziło. Żeby chciał. Żeby miał apetyt na wiedzę. Żeby się tym jarał, a nie słuchał wykładów rodziców i dziadków.

 

 

Czy warto wysłać dziecko na półkolonie?

 

Z żalem to przyznaję, ale na Mazurach nie ma takiego programu półkolonii, który byłby w naszym zasięgu. Wszystko, co jest, jest oddalone o godzinę, półtorej drogi od domu i stwierdziłam, że jeśli już musiałabym dowozić syna, wolę pojechać z nim w inny klimat. A na Jeziorze Zegrzyńskim żeglowałam jako dziecko - cudownie było odświeżyć wspomnienia. Zazdroszczę dzieciom warszawskim, że mają dostęp do rozwijania bądź budzenia swoich pasji i zazdroszczę rodzicom, że mogą odstawić dziecko na przystanek i odebrać po południu szczęśliwego potomka. Więc nie pytaj mnie, czy warto. Jeśli masz środki i możliwość zafundowania dziecku wspaniale zorganizowanego czasu połączonego z nauką i przygodą, to warto zawsze. Kadra jest fantastyczna. W poniedziałek łaziłam za tymi moimi dziećmi i dostawałam same uśmiechy i zrozumienie. Kontakt z wychowawcami wzorowy i bezproblemowy. Wachty małe, maksymalnie siedmioosobowe. I przede wszystkim - uśmiechnięte. Serio, żałuję, że u mnie wszystko jest tak daleko i nie mogę skorzystać z podobnej oferty dla starszaka w sierpniu gdzieś bliżej nas. Sama będę musiała płynąć. Trzymajcie za mnie kciuki!

 

 

Wpis powstał dzięki zaproszeniu Biuro Turystyczne KLIWER - Szkoła Żeglarstwa

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
16 stycznia 2020
Ile jest wart szczery, biały i radosny uśmiech bąbelka?

Uśmiech bąbelka wart jest podobno wszystkie pieniądze. Podobno można nim również płacić, choć waluta to niepewna, VATu się z niej się nie odliczy, a i nie wszędzie przyjmują takie rozliczenie. Postanowiłam więc sprawdzić, ile taki uśmiech jest wart. Bo, co jak co, ale piękne oczy nie wystarczą. Uśmiech musi mieć swoją cenę.  

13 stycznia 2020
Do czego służą słuchawki wygłuszające i jak dziwnie wyglądają w nich dzieci na ulicy?

Swego czasu wdałam się w dyskusję na pewnej grupie, w której matka pytała, co może zrobić, kiedy jej córkę denerwuje strasznie hałas w szkole. Że dzieci krzyczą na przerwach i to strasznie córkę męczy. Doradziłam, bo nie wiem, czemu nie trzymałam języka za zębami, żeby kupiła córce słuchawki wygłuszające. Wyszła z tego dyskusja na trzy […]

9 stycznia 2020
Marzenie, które jak cień za mną krąży, na które codziennie się patrzę i które kiedyś wreszcie się spełni

To był maj, pachniała... ulica Anielewicza w Warszawie, a ja podjęłam decyzję, że spadam z tego miasta i więcej tu nie wrócę. Po siedmiu, prawie ośmiu latach mieszkania w stolicy, bogatsza o dwa kierunki studiów i dziecko, pakowałam manatki, bo... w sumie nie miałam nic do stracenia. Po latach ludzie będą mówić, że ej, ale […]

5 stycznia 2020
15 pomysłów, co zrobić z choinką po świętach - spalić, wyrzucić czy oddać?

Co roku o tej porze, niektórzy nawet wcześniej, a niektórzy później, większość zastanawia się, co zrobić z choinką po świętach. Z tym aktualnie rozsypujących się już wrakiem drzewka, które jeszcze tydzień temu cieszyło barwami i blaskiem, teraz jest nieco gorzej, bo ileż można stać, jeśli się zostało uciętym lub totalnie w nie swoim klimacie i […]

19 grudnia 2019
Czy można przeżyć miesiąc za mniej niż 1000 zł na posiłki?

Kolejny miesiąc minął, ja zrobiłam kolejne podsumowanie. Ostatnie w tym roku, bo w grudniu standardowo robię sobie przerwę od planowania i wyciągam wnioski z mojej spontaniczności. Dostałam kilka pytań od czytelniczek, postaram się więc na nie odpowiedzieć w tekście i na końcu wpisu. Na końcu na to najbardziej "gorące". Zobaczysz zresztą sama, że tobie przemknęło […]

9 grudnia 2019
Kredki dla dzieci, które dopiero zaczynają rysować albo zwyczajnie tego nie lubią

Po starszym synu, który rysować uwielbia i każdego dnia poświęca temu godzinę, a nawet więcej, niechęć młodszego do rysowania trochę mnie zaskoczyła. Wszak on bardzo dużo rzeczy robi tak, jak starszy brat i akurat stawiałam wszystko na to, że kredki dla dzieci będą obszarem największym kłótni. I się przeliczyłam.  

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official