Muszę przyznać, że rozszerzanie diety dziecka to dla mnie temat drażliwy. Głównie dlatego, że strasznie się tym przejmowałam przy pierwszym dziecku. Zewsząd dobiegały mnie sprzeczne informacje, położne i pielęgniarki biadoliły nad kiepską wagą Kosmyka, a ja dość często ulegałam zdaniom „pewnie jest głodny” i wciskałam synowi kolejną łyżeczkę papki, która zawsze, ale to zawsze wylatywała mu z buzi i brudziła wszystko wokół. Nie znosiłam karmić mojego syna i dość szybko zrezygnowałam z wciskania mu jedzenia i ku przerażeniu mojej mamy, wsadziłam mu jedzenie do łapy.

 

 

Kiedy kilka miesięcy temu poszłam na jakieś szczepienie Adaśka, pielęgniarka z radosnym uśmiechem poinformowała mnie, że syn skończył już cztery miesiące i mogę zacząć rozszerzać mu dietę. Na pierwszy posiłek zaproponowała soczek. Podziękowałam uprzejmie, a gdy wychodziłam, kręciłam głową z przerażeniem. SOCZEK? Słodki soczek na pierwszy posiłek? W wieku czterech miesięcy?

 

Dla spokojnego sumienia, żeby przypomnieć sobie, czy na pewno rozszerzanie diety dziecka nie stanowi dla mnie problemu, pojechałam do apteki, kupiłam łyżeczkę, potem w innym sklepie soczek i wręczyłam mojej mamie, która wykazuje ogromną chęć, jak ja to nazywam, „pasienia” dziecka z prośbą, żeby podała Adasiowi ten jego pierwszy słodki posiłek. Adaś, zgodnie z moim przypuszczeniem, wszystko praktycznie wypluł. I rozszerzanie diety dziecka przełożyliśmy na później.

 

 

SKĄD LEKARZE I PIELĘGNIARKI CZERPIĄ WIEDZĘ O ŻYWIENIU NASZYCH DZIECI? 

 

Znikąd. Oni nic o tym żywieniu nie wiedzą. To znaczy wiedzą tyle, ile sami gdzieś tam przeczytali i tyle, co pamiętają z zajęć na studiach. Ale specjalistami dietetyki nie są, więc ich porada dotycząca żywienia dziecka nijak się ma do autentycznej wiedzy o tym żywieniu [dopuszczam wyjątki]. Świetny tekst na ten temat napisała Antonoovka „Od tego jest specjalista!„. I chyba tyle w temacie.

KILKA BŁĘDÓW, JAKIE POPEŁNIAMY, ROZSZERZAJĄC DIETĘ DZIECKU

 

  • Przede wszystkim to, co proponowała mi pielęgniarka – słodki soczek. To chyba najgorsze, co możemy zrobić dziecku w początkach jego przygody z jedzeniem – ukierunkować je na słodkie. Czemu na słodkie? A bo wszyscy lubią słodkie, nasze kubki smakowe są na nie bardzo wyczulone, więc łatwiej będzie zmusić czteromiesięcznego malca, żeby połknął. A przynajmniej pomlaskał.

 

  • Czemu zmusić? A bo czteromiesięczne niemowlę prawie z pewnością ma tak zwany odruch wypychania językiem [potrzebny przy ssaniu] jedzenia  z buzi, co skutecznie uniemożliwia karmienie i wprowadza matki w obłęd, bo „nie chce jeść!” i „cały czas wypluwa”. Robi się z tego istna karuzela, w której matka odprawia nad dzieckiem rytualny taniec mający zmusić nieświadome i pragnące jedynie mleka dziecko do posłuszeństwa, a samo dziecko po jakimś czasie zaczyna się świetnie bawić i rozkosznie dalej wypluwa jedzenie, skoro mamusi tak się to podoba [nie no, żart, ale taki wiecie, pół na pół].

 

 

  • Kolejna to taka, że czteromiesięczny brzdąc nie powinien jeść niczego w tym wieku, co nie jest mlekiem mamy lub modyfikowanym. Skąd się wzięło to głupie przeświadczenie o wczesnym rozszerzaniu diety? A stąd, że kiedyś mleko modyfikowane było bardzo kiepskiej jakości i jeśli matka decydowała się na nie, to żeby zapewnić dziecku odpowiednie wartości, zaproponowano wcześniejsze rozszerzenie diety dziecka. A że wiedza na temat mleka matki również nie była na wysokim poziomie, to poszło rykoszetem i na karmiące piersią.

 

Dzieci, które przed 4 miesiącem rozpoczynają spożywanie pokarmów stałych mają większe predyspozycje do różnych problemów zdrowotnych w dzieciństwie i w dorosłości. Jakich? Między innymi do nadwagi, otyłości, cukrzycy, alergii. Postępowanie takie wiąże się też z zakończeniem jakże ważnego okresu wyłącznego karmienia piersią i generalnie ze skróceniem czasu karmienia piersią. [źródło: Mataja, przeczytajcie cały tekst!]

 

 

  • Ulubione mojej babci: „Daj mu, bo się patrzy!”. O rety, dziecko się patrzy na wiele rzeczy i wyciąga rączki po wiele rzeczy. Jakby uśmiechał się do domestosa, też byś mu nalała kieliszeczek na spróbowanie? A poza tym:

„Do znudzenia powtarzane są rekomendacje Amerykańskiej Akademii Pediatrii, WHO, UNICEF i innych wielkich, znanych i szanowanych, według których wprowadzanie nowych posiłków powinno rozpocząć się po 6 miesiącu życia dziecka (nie –pomiędzy 4-6!), pod warunkiem, że jest ono na to gotowe.” [Mataja]

 

  • Moje ulubione „papki”. Nie lubiłam ich z tego powodu, że na mój prosty matczyny rozum nie widziałam sensu we wciskaniu dziecku czegoś, czego ani nie może wypić, ani pogryźć. Wiedziałam, jak silne dziąsła ma starszy syn, wiedziałam, że świetnie sobie radził z połykaniem różnych rzeczy [heh, no co? Każdy ma czasem rozgardiasz] i postanowiłam papki ograniczyć wyłącznie do ukochanych kaszek, a kiedy miał półtora roku – zup mlecznych, które jadł sam, łyżką.

 

 

„Umiejętność gryzienia kształtuje się do końca 24 miesiąca życia, a największe kompetencje do nauki tych umiejętności wypadają pomiędzy 6 a 10 miesiącem życia. Akceptacja dla produktów o konsystencji innej niż papkowata jest tym większa im więcej dziecko ma okazji do ich próbowania. Dlatego zaleca się, żeby dzieci dostawały produkty stałe już w 6-7 miesiącu życia.”

[wpis o tym, dlaczego dzieci powinny jeść grudki i kawałki, Małgorzaty Jackowskiej, tutaj].

 

ROZSZERZANIE DIETY DZIECKA

 

Wszystkie zalecenia sformułowano w następujących dokumentach:

 

 

W skrócie: zaleca się karmić dziecko wyłącznie piersią do szóstego miesiąca życia, a po szóstym miesiącu życia mleko mamy nadal stanowi podstawę, uzupełnianą przez produkty, które wprowadzamy do diety dziecka. Fajne jest zdanie „Na podstawie konsensusu ekspertów sformułowano zalecenie, że po 12. m.ż. karmienie piersią powinno być kontynuowane tak długo, jak będzie to pożądane przez matkę i dziecko”, które stwierdza, że mleko mamy jest ważne także po skończeniu przez dziecko „roczku” i nie ma potrzeby rezygnować z karmienia po pierwszych urodzinach. A dodatkowo jasno jest napisane, że to dziecko decyduje o tym, ile chce zjeść i czy w ogóle jest głodne.

 

Co do reszty odwołam się do wpisu dietetyczki, Małgorzaty Jackowskiej, która pięknie opisała nowy schemat rozszerzania diety dziecka [tutaj i tutaj]. Bo to wpis o BLW, a nie o podstawach 🙂

 

[Zaskoczeniem w tych nowych wymogach jest… jajko, które można podawać od razu w całości, co mnie nie dziwi, bo ja też nie podawałam tej słynnej połówki, bo wydawało mi się to absurdem – połówka nic nie zrobi, a druga połówka tak? o.O]

 

 

O CO CHODZI W BLW?

 

BLW [Baby led weaning], czyli kierowane przez dziecko stopniowe odstawienie od piersi. W Polsce tłumaczone na „Bobas lubi wybór”, co mi się akurat podoba, bo mniej więcej o to właśnie chodzi. Dać dziecku wybór, a nawet więcej: możliwość decydowania o tym, ile i jak chce zjeść. W tej metodzie pomija się etap „papek” i przecierów, a dziecko je całkowicie samodzielnie, bez pomocy rodzica. Czasem, gdy ktoś się mnie pyta, czy nie martwię się tym, czy dziecko zaserwuje sobie odpowiednią ilość witamin i składników odżywczych, odwołuję się właśnie do nowych Zasad Żywienia Niemowląt, w których jak wół stoi, że podstawą diety dziecka do roku czasu powinno być mleko, a rozszerzanie diety to po prostu wprowadzanie dziecku stałych pokarmów, a nie nakarmienie go nimi po uszy. Nakarmić w dalszym ciągu powinniśmy mlekiem.

 

EDIT: Jedzenie w pierwszych miesiącach rozszerzania diety nie służy temu, żeby dziecko się najadło, choć oczywiście może, czemu nie? Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby dziecko samodzielnie poznało smaki, polubiło, znielubiło, badało faktury, kolory i z tego wszystkiego wybrało te, które mu najbardziej smakują. Owszem, bywa tak, że zrobię jakieś pyszne jedzonko, a dziecko powie „nie” i pacnie talerzem o podłogę. No cóż. Następnym razem zrobię coś innego 😉

 DLACZEGO ZDECYDOWAŁAM SIĘ NA BLW?

 

To nawet nie była kwestia decyzji, po prostu naprawdę nie lubiłam siedzieć nad dzieckiem i wpychać mu te łyżeczki. Nie dość, że długo to trwało, a ja się nudziłam, to jeszcze on się tym brudził, a Chłop nie mógł zrozumieć, czemu to dziecko się brudzi, skoro go karmisz, pewnie źle to robisz, daj, ja spróbuję! I siedział nad Kosmykiem, skrupulatnie ścierając mu każdą plamkę z ust i karmiąc go obiadkiem do kolacji [przepraszam, synku!]. Konwencjonalna metoda wyraźnie nam nie przypasowała, ale nie znaleźliśmy alternatywy, jedynie tę, intuicyjną, żeby pozwolić mu wreszcie jeść samemu.

 

 PLUSY BLW

 

-> rozwija zmysły: dziecko podczas jedzenia poznaje kolory, smaki, dźwięki [rzucanego o podłogę jedzenia :D], konsystencję i zapach.

-> ćwiczy koordynację: dziecko uczy się celować jedzeniem do buzi, trenuje zręczność, chwytanie i… przeżuwanie.

-> no pressure, czyli dziecko nie czuje presji związanej z tym, ile powinno zjeść według rodzica.

-> pozwala poznać swoje możliwości: związane z tym, ile mogę zjeść, co mogę zjeść i kiedy czuję się najedzony.

-> integracja z rodziną: dziecko je wspólnie przy stole, a mama może w tym czasie zjeść ciepły posiłek.

-> dzieci jedzące samodzielnie i samodzielnie decydujące o momencie sytości, rzadko są niejadkami w przyszłości.

-> oszczędność, bo nie wydajemy pieniędzy na słoiczki i zupki, jesteśmy w stanie z naszego [zdrowego!] obiadu zawsze coś dziecku dać.

 

MINUSY BLW

 

-> bałagan. Na początku spory. Ja w pewnym momencie to już nawet zrezygnowałam ze śliniaków i innych ochraniaczy. Adaś śniadanie je w tym, w czym spał, a po śniadaniu go po prostu obmywam i przebieram, brudne ubranie wrzucając do odmoczenia, a potem do pralki. Ale pamiętając Kosmyka, wiem, że to niedługo minie i jeszcze trochę, a nasze kocisko Flejtuch, nie będzie miało co podżerać z podłogi.

 

-> udławienie. Największy strach rodziców, z którymi rozmawiałam o BLW. A tak naprawdę u niemowlaka to nie udławienie, a zakrztuszenie [dławienie blokuje drogi oddechowe i trzeba udzielić pomocy, krztuszenie zazwyczaj powoduje odruch wymiotny i dziecko sobie samo potrafi z nim poradzić, jeśli prosto siedzi]. Nic strasznego, choć wygląda okropnie. Wiem to, bo po moich obawach o to, że Adaś udławi się jabłkiem, Adaś udławił się… jajkiem ugotowanym na twardo. Co zrobiłam? To, co się robi w przypadku zakrztuszenia: głowa do dołu i lekkie plaśnięcie w plecy. Wypadło, nawet nie zapłakał, sięgnął po kolejną część jaja.

JAK ZACZĄĆ? 

 

Rozszerzanie diety dziecka metodą BLW zaczynamy gdy dziecko samodzielnie siedzi i potrafi chwytać palcami oraz celować do buzi. Zakłada się, że następuje to po skończeniu szóstego miesiąca. Ja z Adaśkiem miałam tę pewność, że sobie poradzi, jakoś  w połowie siódmego miesiąca. Dietę rozszerzałam zgodnie z Zasadami Żywienia. Po kolei – najpierw ugotowane słupki marchewek [te, całkiem surowe, zmrożone, dawałam dziecku trochę wcześniej, na ząbki], potem pietruszka, jabłko, banan, brokuł – każde przez kilka dni, żeby sprawdzić reakcję, potem dawałam kilka na talerzu, żeby sam sobie wybrał. Następnie zaczęłam szaleć z kaszami różnymi z nich tworami. I to był hit. Kolorowe kuleczki spodobały się nie tylko Adaśkowi, ale też Kosmyk je polubił [buraczkowe, pycha!] i tylko prosi, żeby je silniej przyprawić „majankiem”.

 

Najlepsze przepisy na pierwsze i kolejne dania dla dziecka [nie tylko dziecka blw] znajdziecie na blogu Ala’Antkowe BLW. Dziewczyny też wydały ostatnio książkę z przepisami [pod tym samym tytułem], którą ja osobiście wciąż i wciąż wertuję z Kosmykiem, szukając inspiracji na śniadania i kolacje. Wszystkie potrawy na zdjęciach niżej są właśnie od dziewczyn: albo z bloga, albo z książki.

 

BLW JAKO OPCJA, NIE WYMÓG

Już pokazując pierwsze zdjęcia na instagramie, dostałam kilka odezwów, że stałam się jedną z tych „wyznawczyń” metody BLW i zamierzam teraz wszystkich namawiać, przekonując do swoich racji. No cóż, przekonywać nie zamierzam, w dużej mierze nie muszę, bo oprócz mojego widzimisię, w zaleceniach specjalistów jak wół pisze, że dziecko po szóstym miesiącu nie powinno jadać papek i kleików, a właśnie kilka grudek i większych kawałków mu nie zaszkodzi, a wręcz pomoże. Niemniej to indywidualna sprawa, ja mogę tylko zachęcać do stosowania się do zaleceń. Banan w ręku dziecka to nie koszmar, ugotowany brokuł też nie, a warto pozwolić maluchowi na samodzielne odkrywanie smaków. Wydaje mi się zresztą, że to nie „kawałki” są największym problemem, ale właśnie to danie wyboru dziecku, to uwierzenie mu na słowo, na gest, że więcej już nie zje, że nie ma potrzeby na siłę mu wciskać do buzi. Trudno jest też odeprzeć ataki babć i ciotek, które będą cały czas wmawiać, że „malutko zjadł, pokarm go jeszcze” i podkopywać naszą wiarę, że dziecko wie, że więcej już nie wciśnie.

Czy ja ulegam? Oczywiście, że nie. Wręcz uwielbiam dyskutować z takimi, podsuwając im pod nos łyżkę i namawiając do połknięcia, bo moim zdaniem to babuszka taka mizerna, chudziutka, no jeszcze trochę mięska, no babciu, no, zjedz, za wnuczka, za syneczka, no!

 

Nie mam też problemu z tym, że moja mama czasami da upust swoim zapałom i nakarmi Adaśka łyżeczką, ciesząc się, że „duuużo zjadł!”. Raz czy dwa razy na jakiś czas nic w diecie mojego dziecka nie zepsują, na zdrowie. Wystarczy, że w domu ćwiczy picie z kubeczka i całkiem nieźle mu to wychodzi.

 

PRZEPISY:

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie przepisy pochodzą z książki „Ala’Antkowe BLW”, do kupienia tutaj: Ala’Antkowe BLW. Blog dziewczyn: tutaj.

 

 

A nasze BLW wygląda tak:

 

 

rozszerzanie diety dziecka

 

rozszerzanie diety dziecka

 

DSC_0006

 

DSC_0010

 

DSC_0014

 

DSC_0027

 

DSC_0040

 

DSC_0050

 

DSC_0054

 

DSC_0058

 

DSC_0060

 

DSC_0067

 

DSC_0071

 

DSC_0072

Jemy na stoliku Stokke Steps, które upatrzyłam sobie jeszcze w ciąży, bo idealnie spełnia moją potrzebę posiadania rzeczy „na dłużej”, czyli takich, które rosną razem z dziećmi. Do tego krzesełka [bo podstawa to krzesełko, z którego korzysta również Kosmyk i teraz chce kolejne dla siebie, ale chyba mu kupię to większe Tripp Trapp]. Po kilku tygodniach użytkowania śmiało mogę powiedzieć, że tego krzesełka nic nie zniszczy, nic nie uszkodzi, a można go używać od narodzin [z wkładką dla noworodków] do mniej więcej czterech lat. A jeśli mamy taką potrzebę, można również „usidlić” w nim dziecko na dworze [klik]. Krzesełko razem z potrzebnymi akcesoriami możecie kupić tutaj lub tutaj.

 

DSC_0080

 

DSC_0084

 

DSC_0093

 

DSC_0100

 

DSC_0104

 

DSC_0108

 

DSC_0152

 

DSC_0165

 

DSC_0171

 

DSC_0187

 

DSC_0189

 

DSC_0866

 

Aktualne zdjęcia naszych jedzeniowych potyczek: tutaj.

 

 

Tak, wiem. Z daleka wygląda to przerażająco… te wszystkie rozsypane kawałki, te brudne buzie, te upaćkane łapy… No ale pamiętam, że przy pierwszym początki rozszerzania diety dziecka wcale nie były lepsze. Jedyną różnicą było to, że na siłę wpychałam pokarm do buzi [lub pozwalałam na to], co skończyło się chwilową niechęcią dziecka do jedzenia w ogóle. Na szczęście wspólne gotowanie, a teraz BLW brata powoli przekonuje Kosmyka, że jedzenie to nie tylko przymus i konieczność – to także niesamowita przygoda, w której nie tylko towarzyszy bratu, ale też sam na nowo ją przeżywa.

 

 

A wy jak się na to zapatrujecie?


Jeśli interesują cię wpisy ode mnie, zainstaluj sobie, proszę, aplikację na telefon, gdzie będziesz mogła w każdej chwili spojrzeć, czy nie pojawiają się jakieś nowe wpisy: Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo ?  dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].