Źle rozumiane równouprawnienie robi z miłych kobiet wściekłe potwory

Total
8
Shares

To był zwykły status. Jeden z wielu podobnych, opisujących drobne fragmenty naszego życia – tym razem nie zrobiłam Chłopu kanapek.  I zwykły komentarz. Jeden z bardzo wielu. I kolejny poruszający bardzo ważną kwestię – tego, dlaczego ja robię mu kanapki, czemu się upadlam, czemu on sam sobie nie może zrobić? “Mamy równouprawnienie, niech sam sobie robi, a ty nie narzekaj!”.  Zaczęłam się wgłębiać w te komentarze, czytać kolejne, przejrzałam statusy innych blogerow i trochę się przestraszyłam. Naprawdę w imię równouprawnienia nie stać na na żadne uprzejmości? Czy te zrobione wieczorem kanapki stają się cegłą do trumny naszej kobiecej niezależności? No błagam…

 

 

“No tak, kanapki mu robisz, a jaśnie pan na kanapie”.

 

“Tłumaczysz się, czemu kanapek mu nie zrobiłaś? Powaliło cię?”

 

“Ja nie robię mojemu kanapek. Wystarczy, że mu wypiorę koszule. A też i sam prasuje”.

 

“Ręka mi odpadnie, jakbym miała mojemu robić kanapki, niech sam sobie radzi”

 

 

Takie i inne komentarze pojawiły się pod statusem, w którym pokazałam, jak chciałam przerwać monotonię “zwykłych, suchych” list zakupów i napisać ją trochę inaczej. I doszłam do jednego wniosku: równouprawnienie robi z nas straszne mendy. Nie, nie mówię, że autorki tych komentarzy są mendami [w żadnym wypadku!]. Chodzi mi o ogólne podejście do sprawy równouprawnienia.

 

Trochę jestem feministką

Wiecie, że jestem jak najbardziej za tym, żeby mężczyźni włączali się do obowiązków domowych. Dwa teksty, które o tym napisałam “Mężczyzno, pozwól kobiecie odpocząć” oraz “Do wszystkich mam siedzących w domu” skierowane były właśnie do mężczyzn, by docenili to, co robimy w domu i “pozwolili” na odpoczynek [choć jedna osoba nie zrozumiała tej aluzji i bardzo była oburzona tym “pozwoleniem”, zapominając, że oprócz zgody słowo “pozwolić” oznacza też “nie przeciwdziałać czemuś”, “dopuścić do czegoś”.]. Teksty osiągnęły ponad 100 000 wyświetleń, więc nie dziwię się, że ktoś znalazł jakieś “ale”, jednak sądzę, że swoją cegiełkę do postrzegania pracy mamy w domu dołożyłam i jestem z tego dumna. Ale jeśli w imię równouprawnienia, stajemy się zwyczajnie niemiłe, to jest coś z tą naszą walką nie tak.

 

 

 

Wiecie, ja się może nie znam. Może mieszkam w lesie i nie mam dostępu do obecnych standardów kultury i uprzejmości. Może to jest już norma, że kobieta nawet soli przy stole nie poda bez okrzyku i rozrywania w szale rozpaczy koszuli: “Niedoczekanie twoje! Myślisz, że jestem od usługiwania? Jestem kobietą! Sam sobie weź, bo masz ręce!”. Może. Może i powiesz, że jestem efektem stereotypu, że mi kościół i kultura wmówiły, iż moje miejsce jest w kuchni. Może. Choć na tym blogu wielokrotnie pokazałam, że i od kościoła, i od wściekłości na gender trochę mi daleko. Nieważne. Może tak jest.

 

 

I teraz tak na serio – na serio nie można zrobić partnerowi kanapek do pracy? Na serio on jest taki zły, taki niedobry, że zrobienie mu ich, sprawienie mu tym przyjemności, spowoduje, że wszystkie ideały o które walczysz legną w gruzach? Naprawdę nie można chcieć sprawić komuś przyjemności bez podszywania pod to żadnej ideologii?  Naprawdę sądzisz, że już samo to, że śpisz obok niego w łóżku, daje mu tyle szczęścia, że nic innego nie możesz robić, tylko wściekle bronić swoich granic i szczekać, że tego nie zrobisz, tamtego też nie, sam se zrób, bo ja to zarobiona jestem i nie rób ze mnie, do cholery, kury domowej, no! Naprawdę jestem zniewoloną kobietą, oddającą się bezwolnie w szpony mężczyzny, uciśnioną i smutną, bo… robię mu kanapki do pracy?

 

 

Kilka słów o pomaganiu w domu

A może po prostu jestem uprzejma i jeśli widzę, że Chłop po powrocie do domu dwie godziny bawił się z dziećmi, rozpalił w piecu, sam wykąpał maluchy, potem wspólnie położyliśmy je spać, a potem jeszcze pobiegł z psem na 10 km przebieżkę, to po prostu w czasie, gdy on pościeli łóżko, ja ruszę tyłek z kanapy i zwyczajnie mu pomogę te kanapki zrobić? Żeby mu milej było? Nie można?

 

Tak, pomogę. I powiem to jeszcze raz głośno, bo wiem, jak to słowo was rozpala: POMOGĘ.

 

Tak samo jak on mi w domu [uwaga] POMAGA.

 

Ja pomagam jemu, on pomaga mi – takie nasze głupie równouprawnienie

Pomagamy sobie, bo mamy jasno określony podział obowiązków. Ja zajmuję się domem: sprzątam, gotuję, robię pranie. On zajmuje się podwórzem: kosi trawnik, rąbie drewno, robi drobne naprawy, wozi drewno do piwnicy i pali w piecu. Wspólnie z dziećmi karmimy króliki, z psem wychodzimy na zmianę, choć nie ukrywam, że częściej robi to on, bo ja nie mam do Kory cierpliwości. I tak: jeśli ja się w czymś nie wyrabiam, to on mi wtedy [to straszne słowo] POMAGA. A kiedy on z czymś się nie wyrabia, to wtedy ja [tak właśnie] mu POMAGAM. Pomagamy sobie wypełnić nasze obowiązki, jeśli nie dajemy rady ich sami wypełnić i kompletnie nie rozumiem ogólnego oburzenia, gdy to słowo padnie. I pewnie, gdybym lubiła kosić i rąbać siekierą stertę drewna, to pewnie bym to robiła, a on by robił pranie [bo umie, nauczyłam]. Ale nie lubię rąbać drewna, nie cierpię kosić, nie znoszę palić w piecu i nic w naszym podziale bym nie zmieniła, nawet jeśli komuś wydaje się mi uwłaczający.

 

 

Bardzo jestem za równouprawnieniem, bardzo. Popieram prawo do aborcji, nie rozumiem, ale chcę, żeby kobiety miały prawo wyboru. Popieram wszystkie działania mające na celu wyrównanie zarobków. Smuci mnie machinalne przypisywanie różowego koloru dziewczynkom, a niebieskiego chłopcom [niezgodne w ogóle z naszą tradycją]. Denerwują mnie sklepy, w których dział z zabawkami dla dziewczynek ma same lale, a z zabawkami dla chłopców same pistolety. Moje dziecko nie płacze jak baba, aktywnie ze mną gotuje i od dawna uczę go, że sprzątanie nie należy wyłącznie do mamy i może mi w nim aktywnie [uwaga, to słowo] POMAGAĆ.

 

Ale wkurza mnie, że jeśli cokolwiek napiszę o tym, co robię w domu albo o tym, czego Chłop nie robi, albo cokolwiek, co ma być zabawnym dialogiem, jakąś metaforą życia sporej liczby par, alegorią rodzinnego życia, standardem, może niechcianym, ale wciąż spotykanym, odezwie się zawsze jakieś stadko, które bez skrupułów zacznie prawić wywody o tym, jakie to straszne, że robię mu kanapki, jakie to okropne, że on się nie domyślił, jakie to smutne, że kobiety wciąż siedzą w kuchni. Postaw się! Nie bądź ofiarą, walcz o swoje życie!

 

Moje życie? Moje życie jest całkiem fajne.

 

Aż mnie strach oblatuje, kiedy pomyślę, że Chłop kiedyś ogarnie, że poodkurzanie jest mniej męczące od rąbania drewna i każe mi się zamienić. Dlatego nawet nie chcę, żeby mi w pewnych rzeczach pomagał. Trochę mnie smuci fakt, że w imię równouprawnienia włącza nam się jakiś taki jad w ustach. Że zamiast walczyć o rzeczy, które realnie nam zagrażają, skupiamy się na pierdołach i psujemy sobie i innym humor. Czemu robisz pranie, a on nie umie? Czemu mu prasujesz? A on nie umie? A może umie, ale, kurde, nie zdążył? To prasuję. I z chęcią zrobię mu kanapki do pracy. Bo chcę, bo mogę. Bo bardzo, ale to bardzo, nie znoszę ścielić łóżka. Bo chcę zrobić coś, czego pobieżnie traktowane równouprawnienie chyba nie przyjmuje do wiadomości: chcę być uprzejma.

 

Do czego sprowadza się polska walka o równouprawnienie?

W całej tej sprawie wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia, że ktoś autentycznie uczepił się tych kanapek, jakby istota ich robienia  stawała na drodze pełnej niezależności kobiet. Jakby fakt możliwości, jaką daje chleb, masło, trochę sałaty, ser, wędlina i pomidor [naprawdę robię dobre kanapki] niszczył całą pracę dziesiątek feministek i sprowadzał wszystkie kobiety świata do roli maszynki do krojenia. I ze smutkiem stwierdzam, że tak! Do tego chyba niektórzy sprowadzają równouprawnienie. Pal  licho aborcje, pal licho umierające kobiety, pal licho to, że dziewczynkom poświęca się mniej czasu na matematyce, pal licho, że facet bije, pije i robi awantury. Czym to jest w obliczu takiego koszmaru, tak jawnej niesprawiedliwości  jaką jest prawdziwa niegodziwość, literalne przestępstwo, realnie okropna rzecz, która czyni z matek wściekłe potwory.

 

Zrobienie komuś kanapek.

 

Zrobienie komuś kanapek.

 

Serio. Zrobienie komuś kanapek.

 

 

Świetnie. Naprawdę świetnie.

 

 

PS. Jest taka zasada, że co komu dajesz, to dostajesz. Jeśli więc oczekujesz od swojego partnera stania na głowie, żeby ci dogodził, to weź rusz tyłek i zrób też coś dla niego. Inaczej cała ta zabawa w równouprawnienie nie ma sensu. A jeśli nie chcesz robić kanapek, bo robisz dla niego tysiąc innych rzeczy, to nikomu nic do tego. Mi również.

 

 

 

You May Also Like