Źle rozumiane równouprawnienie robi z miłych kobiet wściekłe potwory

Joanna Jaskółka
14 września 2016

Udostępnij wpis

To był zwykły status. Jeden z wielu podobnych, opisujących drobne fragmenty naszego życia - tym razem nie zrobiłam Chłopu kanapek.  I zwykły komentarz. Jeden z bardzo wielu. I kolejny poruszający bardzo ważną kwestię - tego, dlaczego ja robię mu kanapki, czemu się upadlam, czemu on sam sobie nie może zrobić? "Mamy równouprawnienie, niech sam sobie robi, a ty nie narzekaj!".  Zaczęłam się wgłębiać w te komentarze, czytać kolejne, przejrzałam statusy innych blogerow i trochę się przestraszyłam. Naprawdę w imię równouprawnienia nie stać na na żadne uprzejmości? Czy te zrobione wieczorem kanapki stają się cegłą do trumny naszej kobiecej niezależności? No błagam...

 

 

"No tak, kanapki mu robisz, a jaśnie pan na kanapie".

 

"Tłumaczysz się, czemu kanapek mu nie zrobiłaś? Powaliło cię?"

 

"Ja nie robię mojemu kanapek. Wystarczy, że mu wypiorę koszule. A też i sam prasuje".

 

"Ręka mi odpadnie, jakbym miała mojemu robić kanapki, niech sam sobie radzi"

 

 

Takie i inne komentarze pojawiły się pod statusem, w którym pokazałam, jak chciałam przerwać monotonię "zwykłych, suchych" list zakupów i napisać ją trochę inaczej. I doszłam do jednego wniosku: równouprawnienie robi z nas straszne mendy. Nie, nie mówię, że autorki tych komentarzy są mendami [w żadnym wypadku!]. Chodzi mi o ogólne podejście do sprawy równouprawnienia.

 

Trochę jestem feministką

Wiecie, że jestem jak najbardziej za tym, żeby mężczyźni włączali się do obowiązków domowych. Dwa teksty, które o tym napisałam "Mężczyzno, pozwól kobiecie odpocząć" oraz "Do wszystkich mam siedzących w domu" skierowane były właśnie do mężczyzn, by docenili to, co robimy w domu i "pozwolili" na odpoczynek [choć jedna osoba nie zrozumiała tej aluzji i bardzo była oburzona tym "pozwoleniem", zapominając, że oprócz zgody słowo "pozwolić" oznacza też "nie przeciwdziałać czemuś", "dopuścić do czegoś".]. Teksty osiągnęły ponad 100 000 wyświetleń, więc nie dziwię się, że ktoś znalazł jakieś "ale", jednak sądzę, że swoją cegiełkę do postrzegania pracy mamy w domu dołożyłam i jestem z tego dumna. Ale jeśli w imię równouprawnienia, stajemy się zwyczajnie niemiłe, to jest coś z tą naszą walką nie tak.

 

 

 

Wiecie, ja się może nie znam. Może mieszkam w lesie i nie mam dostępu do obecnych standardów kultury i uprzejmości. Może to jest już norma, że kobieta nawet soli przy stole nie poda bez okrzyku i rozrywania w szale rozpaczy koszuli: "Niedoczekanie twoje! Myślisz, że jestem od usługiwania? Jestem kobietą! Sam sobie weź, bo masz ręce!". Może. Może i powiesz, że jestem efektem stereotypu, że mi kościół i kultura wmówiły, iż moje miejsce jest w kuchni. Może. Choć na tym blogu wielokrotnie pokazałam, że i od kościoła, i od wściekłości na gender trochę mi daleko. Nieważne. Może tak jest.

 

 

I teraz tak na serio - na serio nie można zrobić partnerowi kanapek do pracy? Na serio on jest taki zły, taki niedobry, że zrobienie mu ich, sprawienie mu tym przyjemności, spowoduje, że wszystkie ideały o które walczysz legną w gruzach? Naprawdę nie można chcieć sprawić komuś przyjemności bez podszywania pod to żadnej ideologii?  Naprawdę sądzisz, że już samo to, że śpisz obok niego w łóżku, daje mu tyle szczęścia, że nic innego nie możesz robić, tylko wściekle bronić swoich granic i szczekać, że tego nie zrobisz, tamtego też nie, sam se zrób, bo ja to zarobiona jestem i nie rób ze mnie, do cholery, kury domowej, no! Naprawdę jestem zniewoloną kobietą, oddającą się bezwolnie w szpony mężczyzny, uciśnioną i smutną, bo... robię mu kanapki do pracy?

 

 

Kilka słów o pomaganiu w domu

A może po prostu jestem uprzejma i jeśli widzę, że Chłop po powrocie do domu dwie godziny bawił się z dziećmi, rozpalił w piecu, sam wykąpał maluchy, potem wspólnie położyliśmy je spać, a potem jeszcze pobiegł z psem na 10 km przebieżkę, to po prostu w czasie, gdy on pościeli łóżko, ja ruszę tyłek z kanapy i zwyczajnie mu pomogę te kanapki zrobić? Żeby mu milej było? Nie można?

 

Tak, pomogę. I powiem to jeszcze raz głośno, bo wiem, jak to słowo was rozpala: POMOGĘ.

 

Tak samo jak on mi w domu [uwaga] POMAGA.

 

Ja pomagam jemu, on pomaga mi - takie nasze głupie równouprawnienie

Pomagamy sobie, bo mamy jasno określony podział obowiązków. Ja zajmuję się domem: sprzątam, gotuję, robię pranie. On zajmuje się podwórzem: kosi trawnik, rąbie drewno, robi drobne naprawy, wozi drewno do piwnicy i pali w piecu. Wspólnie z dziećmi karmimy króliki, z psem wychodzimy na zmianę, choć nie ukrywam, że częściej robi to on, bo ja nie mam do Kory cierpliwości. I tak: jeśli ja się w czymś nie wyrabiam, to on mi wtedy [to straszne słowo] POMAGA. A kiedy on z czymś się nie wyrabia, to wtedy ja [tak właśnie] mu POMAGAM. Pomagamy sobie wypełnić nasze obowiązki, jeśli nie dajemy rady ich sami wypełnić i kompletnie nie rozumiem ogólnego oburzenia, gdy to słowo padnie. I pewnie, gdybym lubiła kosić i rąbać siekierą stertę drewna, to pewnie bym to robiła, a on by robił pranie [bo umie, nauczyłam]. Ale nie lubię rąbać drewna, nie cierpię kosić, nie znoszę palić w piecu i nic w naszym podziale bym nie zmieniła, nawet jeśli komuś wydaje się mi uwłaczający.

 

 

Bardzo jestem za równouprawnieniem, bardzo. Popieram prawo do aborcji, nie rozumiem, ale chcę, żeby kobiety miały prawo wyboru. Popieram wszystkie działania mające na celu wyrównanie zarobków. Smuci mnie machinalne przypisywanie różowego koloru dziewczynkom, a niebieskiego chłopcom [niezgodne w ogóle z naszą tradycją]. Denerwują mnie sklepy, w których dział z zabawkami dla dziewczynek ma same lale, a z zabawkami dla chłopców same pistolety. Moje dziecko nie płacze jak baba, aktywnie ze mną gotuje i od dawna uczę go, że sprzątanie nie należy wyłącznie do mamy i może mi w nim aktywnie [uwaga, to słowo] POMAGAĆ.

 

Ale wkurza mnie, że jeśli cokolwiek napiszę o tym, co robię w domu albo o tym, czego Chłop nie robi, albo cokolwiek, co ma być zabawnym dialogiem, jakąś metaforą życia sporej liczby par, alegorią rodzinnego życia, standardem, może niechcianym, ale wciąż spotykanym, odezwie się zawsze jakieś stadko, które bez skrupułów zacznie prawić wywody o tym, jakie to straszne, że robię mu kanapki, jakie to okropne, że on się nie domyślił, jakie to smutne, że kobiety wciąż siedzą w kuchni. Postaw się! Nie bądź ofiarą, walcz o swoje życie!

 

Moje życie? Moje życie jest całkiem fajne.

 

Aż mnie strach oblatuje, kiedy pomyślę, że Chłop kiedyś ogarnie, że poodkurzanie jest mniej męczące od rąbania drewna i każe mi się zamienić. Dlatego nawet nie chcę, żeby mi w pewnych rzeczach pomagał. Trochę mnie smuci fakt, że w imię równouprawnienia włącza nam się jakiś taki jad w ustach. Że zamiast walczyć o rzeczy, które realnie nam zagrażają, skupiamy się na pierdołach i psujemy sobie i innym humor. Czemu robisz pranie, a on nie umie? Czemu mu prasujesz? A on nie umie? A może umie, ale, kurde, nie zdążył? To prasuję. I z chęcią zrobię mu kanapki do pracy. Bo chcę, bo mogę. Bo bardzo, ale to bardzo, nie znoszę ścielić łóżka. Bo chcę zrobić coś, czego pobieżnie traktowane równouprawnienie chyba nie przyjmuje do wiadomości: chcę być uprzejma.

 

Do czego sprowadza się polska walka o równouprawnienie?

W całej tej sprawie wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia, że ktoś autentycznie uczepił się tych kanapek, jakby istota ich robienia  stawała na drodze pełnej niezależności kobiet. Jakby fakt możliwości, jaką daje chleb, masło, trochę sałaty, ser, wędlina i pomidor [naprawdę robię dobre kanapki] niszczył całą pracę dziesiątek feministek i sprowadzał wszystkie kobiety świata do roli maszynki do krojenia. I ze smutkiem stwierdzam, że tak! Do tego chyba niektórzy sprowadzają równouprawnienie. Pal  licho aborcje, pal licho umierające kobiety, pal licho to, że dziewczynkom poświęca się mniej czasu na matematyce, pal licho, że facet bije, pije i robi awantury. Czym to jest w obliczu takiego koszmaru, tak jawnej niesprawiedliwości  jaką jest prawdziwa niegodziwość, literalne przestępstwo, realnie okropna rzecz, która czyni z matek wściekłe potwory.

 

Zrobienie komuś kanapek.

 

Zrobienie komuś kanapek.

 

Serio. Zrobienie komuś kanapek.

 

 

Świetnie. Naprawdę świetnie.

 

 

PS. Jest taka zasada, że co komu dajesz, to dostajesz. Jeśli więc oczekujesz od swojego partnera stania na głowie, żeby ci dogodził, to weź rusz tyłek i zrób też coś dla niego. Inaczej cała ta zabawa w równouprawnienie nie ma sensu. A jeśli nie chcesz robić kanapek, bo robisz dla niego tysiąc innych rzeczy, to nikomu nic do tego. Mi również.

 

 

 

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
19 czerwca 2019
Pierwsze świadectwo szkolne, czyli jakie wyróżnienie dostał syn na koniec pierwszej klasy

Cały czerwiec na grupach i profilach fejsbukowych trwała walka o to, czyje dziecko zdobędzie lepsze lub gorsze świadectwo.  Któremu dziecku czerwony pasek lub jego brak ułatwi start przyszłość, a któremu zniszczy życie i dostanie się na wymarzone studia. Kompletnie nieprzygotowana weszłam w ten szkolny świat. Z totalną ignorancją, jakie świadectwo przyniesie syn na koniec pierwszej […]

17 czerwca 2019
Jeśli ogarnięcie budżetu domowego i wydatków jest dla ciebie taką czarną magią, jak kiedyś dla mnie, to patrz na to...

Czemu? Czemu? Pamiętam na studiach zajęcia z ekonomii, marketingu, nudne jak schabowe z ziemniakami i mizeria na słodko. Praktycznie niczego z tych zajęć nie pamiętam, mimo że zawsze miałam kolorowe, piękne notatki i piątki w indeksie. W rzeczywistości nie umiałam tej wiedzy ani przełożyć na pracę, ani na życie. Realnie nic nie było tak proste, […]

19 maja 2019
Szymbark - wycieczka, w którą zostałam wrobiona i w którą ja nikogo nie wrobię

Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku to jedno z miejsc, które mi wpadło w oko podczas wyjazdu na Kaszuby. Wybraliśmy się tam w majowe popołudnie, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać, ale chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Kaszubach i ich historii. Wstępnie powiem tak - wzięliśmy za mało pieniędzy.  

16 maja 2019
Po wizycie w ośrodku Zawiaty - czy ucieknę z Mazur i przeprowadzę się na Kaszuby?

Jeśli przeżyjesz wyjazd z rodziną na wakacje i nie wrócicie pokłóceni, przeżyjesz wszystko - tak mi kiedyś powiedziała znajoma. Czyli jestem już jak najbardziej zahartowana, bo pięciodniowy wyjazd majowy mam za sobą, wróciliśmy i nikt się z nikim nie pokłócił. No dobra. Nie wróciliśmy pokłóceni. ZAWIATY

7 maja 2019
Bądź z dzieckiem wtedy, gdy najbardziej cię potrzebuje, a nie tylko wtedy, kiedy jest grzeczne

Jedną  z najcięższych dla mnie rzeczy, które musiałam przepracować, było przepracowanie tego, co dzieje się ze mną, kiedy moje dziecko krzyczy. I kiedy dziś rozmawiałam ze znajomą, która ma małe dziecko, potwierdziłam kolejny raz swoje przypuszczenia. Kiedy dziecko krzyczy lub źle się zachowuje, mamy ochotę uciekać w najdalszy zakątek świata i wrócić jak się uspokoi. […]

28 kwietnia 2019
Drobna rzecz, którą zawsze robię w sklepie, a która pomaga wszystkim

Smutno mi było, kiedy dowiedziałam się, że to jest jakieś wyjątkowe. Że mało kto to robi. Smutno mi, że za każdym razem, kiedy to proponuję, spotykam się z zaskoczeniem jakby to było coś wyjątkowego i nie wiadomo jak miłego. A to przecież normalne. I logiczne. Tak myślę. A ty?  

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official