I kto tu jest pierdołą, harcmistrzu?

Joanna Jaskółka
8 września 2015

Udostępnij wpis

Są zazwyczaj dwie opcje prowadzenia konwersacji przy użyciu stwierdzenia "kiedyś". Nieważne, jak dawno temu to "kiedyś" wystąpiło, to wtedy zawsze było albo gorzej, albo lepiej. To pierwsze wkurza mnie równie bardzo, jak drugie, ale dziś zajmę się tym drugim, po niezwykle popularnym tekście "Dzieci pierdoły", w którym do głosu został dopuszczony reprezentant starszego pokolenia - harcmistrz. Dość tragicznie, bo tekst rozprzestrzenił się po sieci propagując największe bzdury, których nie przypisał mi nawet żaden z moich hejterów.

 

 

Powyższy tekst kilka osób wysłało mi w wiadomościach, licząc na to, że przyklasnę [po tekście "Nie będę pilnować swojego dziecka"]. Przeczytałam raz, przeczytałam drugi i... sprawę odłożyłam na później, bo pierwsza reakcja byłaby nazbyt emocjonalna, a takiej ostatnio unikam. A jak się uspokoiłam, to doszłam do wniosku, że nie zgubi nas ani powódź, ani ocieplenie klimatu, ani żaden inny kataklizm. Zgubi nas zwyczajny radykalizm i totalny brak myślenia. Pozwoliłam sobie wypunktować kilka bzdur, jakie światu ogłosił harcmistrz. Od razu zaznaczam, że w dużej mierze cytuję prezentowane w artykule teorie harcmistrza, z którymi nie mogę się na żadnym poziomie zgodzić, a cały artykuł "Dzieci pierdoły" byłby bliższy mojemu sercu [bo wnioski są poprawne i zgodne z moimi przemyśleniami], gdyby właśnie nie wariactwa starszego pana.

 

 

Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. [...] Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. 

 

Zaczyna się mocno - moją ulubioną siekierą, którą, notabene, mój trzylatek już się bawił. Teoretycznie powinnam przyklasnąć, ale... no właśnie jest ale, bo nie wysłałabym mojego dziecka, żeby samo porąbało drzewo  [lub drewno] ani teraz, ani za rok, ani za trzy lata. Po pierwsze dlatego, że sama kiedyś z tą siekierą walczyłam [nie że mnie rodzice tyranizowali rąbaniem drewna, sama chciałam spróbować] i wiem, jak bardzo trzeba być wysportowanym i silnym, żeby faktycznie uderzeniem roztłuc kołek i nie zrobić sobie krzywdy chociażby odłupanym odłamkiem [tym bardziej, że jak Chłopa zapomni, chcąc nie chcąc, muszę sobie jakiś kołek rozłupać]. Po drugie dlatego, że na porąbanie drzewa w lesie [tego żyjącego] faktycznie potrzebna jest zgoda nadleśnictwa, które najlepiej wie, jakie drzewo i gdzie trzeba wyciąć i działając samowolnie niszczymy skrupulatny plan zalesiania i wycinki drzew. To samo z witkami - nie wszystkie leżą w lesie ot tak, bo są niczyje. Witki drewna z pewnością obgryzą jelenie czy inne kopytne, a stare spruchniałe drzewo pełni w lesie dość ważną funkcję, o której może harcmistrz by wiedział, gdyby z obozu pojechał od razu na lekcję biologii czy innej przyrody.

 

O dziurach w lesie lepiej żebym się nie wypowiadała. Mazurskie brzegi już są wystarczająco zasrane.

 

 

 

– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

 

 

Jeszcze nie spotkałam dziecka, którego gryzłby dym z ogniska, a sporo maluchów i starszaków przyjeżdża do Przystani Jaskółka i własnoręcznie skrobie świeżo złapane ryby i smaży je na ognisku. Może po prostu, staruszku, trochę przynudzasz? Może po prostu dzisiejsze dzieci są sprytniejsze niż te sprzed 20 lat i trzeba je trochę bardziej zachęcić? O osach już pisałam. Bez przesady.

 

 

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał.

 

No pewnie, że bez strachu, bo wówczas nie było aż tyle zarażanych lisów, a nie było ich tyle, bo nie było tylu gryzoni, [odnośnik do tekstu w "Polityce" o pladze szczurów"], a tylu gryzoni nie było, bo ludzie wyrzucali mniej odpadów, a wyrzucali mniej odpadów, bo bieda aż wychodziła żebrami, a chleb z cukrem był niedzielnym rarytasem, dziadku. Swoje dziecko nauczyłam zbierać owoce w lesie wyłącznie do kubeczka, żeby w domu mogło sobie owoce opłukać i zjeść jak człowiek, bo może zginie kiedyś od nieumiejętnie trzymanej siekiery, ale na pewno się nie wścieknie. Swoją drogą, ja też jako dziecko miałam swoją ukochaną polankę, na której zbierałam poziomki prosto z krzaczków. Wracałam do domu napchana owocami i szczęśliwa do czasu, gdy na polankę nie zawędrowałam z babcią. Babcia pokazała mi moje ukochane miejsce i powiedziała, że wieczorami żeruje tutaj ogromne stado łań. Od tamtej pory przestałam jeść owoce prosto z krzaczka, ale jeśli lubicie owoce z jelenim moczem to, oczywiście, smacznego!

 

 

Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba.

 

Ja też po solidnej dawce alkoholu od babci wstałam zdrowa jak ryba. To znaczy mówili mi że wstałam, bo pijana dziesięciolatka niewiele pamięta, ale z pewnością spada ze schodów i skręca obie kostki.

 

 

Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś.

 

Z tym cudownym stwierdzeniem rozprawił się już Blog Ojciec [choć za te owoce, co jego dzieci jedzą z krzaka dostanie opierdziel].

 

 

Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.

 

Jako osoba po kilku kursach ratownictwa, pozwólcie, nie skomentuję i dodam tylko, że moje trzyletnie dziecko sprawdza, co jest pod pomostem, nawet jeśli skakać nie zamierza. Pisałam o tym w bezpieczeństwie dziecka nad jeziorem.

 

Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

 

A potem:

 

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

 

A potem:

 

"Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy."

 

 

No. Miło że w jednym artykule znajduje się pochwała jakiegoś zachowania i od razu podaje się jego efekt.

 

 

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. 

 

 

Brawa dla tego rodzica, co wychowa dziecko bezstresowo! Przyślijcie do mnie takie, wychowane bezstresowo dziecko. Jeśli potwierdzi, że nigdy nie zaznał stresu, nieba mu przychylę i osobiście mu scyzorykiem wyrzeźbię pomnik w bloku drewna, które ostatnio, mieszkając w lesie, legalnie od nadleśnictwa kupiłam.

 

W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

Ok, nie umiemy lutować i wymieniać zepsutej części, mało tego - nie uczymy tego dzieci. Ale ja powiem więcej - niewiele z nas wie, co to są żarna, nie potrafimy posługiwać się broną i dawno temu straciliśmy umiejętność oswajania ciemności, a do tego tylko procent z nas umie powozić bryczką, co jest skandalem, bo przecież dawno temu każde chłopskie dziecko nie tylko wiedziało, jak zaprząc konia do powozu, ale też doskonale potrafiło się zająć każdym zwierzęciem w gospodarstwie. Nasi mężczyźni już od dawien nie potrafiliby skompletować i założyć całkiem przeciętnej zbroi, a ponad 90 procent kobiet nie spędza popołudnia na cerowaniu. Ostatecznie możemy się umówić, że pierdołą jest nie ten, co nie potrafi, ale ten, co nie wie, jak znaleźć tego, co potrafi. I kropka.

I teraz chwila refleksji. W tekście o tym, że nie będę pilnować swojego dziecka lub w obowiązkach trzylatka bardzo gorąco zachęcałam was do angażowania dzieci w prace domowe, do nietrzymania ich w bezpiecznym kloszu pięknego skandynawskiego pokoiku, do zachęcania odkrywania i poznawania świata, wreszcie do zgody na to, że kiedyś sobie obije kolana, kiedyś spadnie, kiedyś się zmoczy w rzece lub zrobi cokolwiek innego. I nie zmieniam swojego zdania - w dalszym ciągu jestem przekonana, że nadmiernie chronimy nasze dzieci. One muszą się przewrócić, muszą poznać świat, żeby go zrozumieć, nie ma sensu stać nad nimi i dbać, by kropla deszczu nie zmoczyła im bluzeczki [wiele tez z omawianego tekstu jest zresztą bardzo mądra i w pełni się z nimi zgadzam, nie są to jednak teorie harcmistrza]. Ale jednemu będę przeciwna zawsze - radykalizmowi, że jeśli ma się zmoczyć w wodzie, wyrzućmy go na pełne morze, jeśli ma spaść z płotu - posadźmy go na drabinie. Chciałabym bardzo podkreślić to, co podkreślam praktycznie zawsze - zdrowy rozsądek i rozmowa z dzieckiem. Nie bez kozery Sokrates prostował ludzi zadając im proste pytania.

Rozmawiaj z dzieckiem. Pytaj go o to, czego chce, o czym marzy, jakie ma potrzeby. A może ono wcale nie chce być tym  harcerzem, mimo że ty byłeś nim przez 10 lat? A może on wcale nie chce pływać kajakiem, tak jak Kosmyk nie chciał jeszcze rok temu, co przyjęłam z szacunkiem i zrozumieniem? A może zamiast wakacji w buszu, lepiej wysłać dziecko na kurs dla programistów? I nie martw się, jeśli naprawi silnik rakietowy, a nie będzie umiał naprawić kranu. Hydraulicy też muszą zarobić!

Na koniec powiem wam jedną rzecz, a propos tego, kto tu jest pierdołą. Kiedyś teściowa, na moją uwagę, że musimy kupić większy samochód, bo w naszym nie mieścimy się z fotelikami, westchnęła z żalem, że kiedyś, dawno temu, to oni w pięcioro, z trójką dzieci, jeździli maluchem do Bytomia i nic im się nie stało. Wszyscy tak kiedyś jeździli i nikt się tego nie czepiał. Wkurzyłam się, bo  na samą myśl, że moje dzieci miałyby jechać taki kawał bez fotelików, oblatywał mnie pot [wizja mandatu to jedno, ważniejsze było wyobrażenie w mojej głowie, jak niezabepieczone dzieci wylatują mi przez okno podczas wypadku]. Teściowa chyba zauważyła mój zabójczy wściekły wzrok, bo od razu dodała:

 - Ale Asiu! Ja się nie chwalę! Ja po prostu pogodzić się nie mogę z tym, że człowiek może być taki głupi, że kiedyś byliśmy takimi niemyślącymi pierdołami!

I w sumie to tyle. Nie musicie trzymać dziecka w klatce, ale musicie myśleć, rozmawiać z nim i pokazywać świat.. Ze zdrowym rozsądkiem, którego w teoriach harcmistrzach zabrakło.

Unknown-8

Unknown-7

Unknown-5

Unknown-2

DSC_0121

DSC_0070

DSC_0060

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
6 sierpnia 2020
17 zabaw, które pomogą ci pracować bez problemu i zawracania gitary

No i jest. E-book o 150 darmowych zabawach dla dzieci już wylądował w sklepie i wzruszam się każdego dnia, gdy czytam pozytywne recenzje i podziękowania. Więc ja też chcę podziękować. Mój e-book by nie powstał, gdybym nie ogarnęła swojego domowego biura i gdyby dzieci skakały nade mną bez zajęcia. Zajęcie udało mi się znaleźć  - […]

29 lipca 2020
Ile tracą nasze dzieci, gdy przeprowadzamy się z miasta na wieś, na zad*pie? [podkast]

Pytań od rodzin, które rozważają opuszczenie miasta i przeniesienie się na wieś, dostaję miesięcznie kilka. Coraz więcej tych rodzin, których kierunek z miasta na wieś bardzo interesuje. Co ciekawe na Mazurach, do szkoły mojego dziecka, dołączy w przyszłym roku kilkoro dzieci, których rodzice schronili się przed pandemią w swoim letnim domku i postanowili zostać tu […]

22 lipca 2020
Do kogo krzyczą rodzice i czemu robię ludzi w ch*ja [podkast]

Otóż i jest. Pierwszy odcinek podkastu. Nigdy nie sądziłam, że zacznę znowu gadać do mikrofonu, ale od kiedy pogadałam  kilka razy z Kamilem Nowakiem, wspomnienia ze stażu w radiu wróciły i idea prowadzenia nowego kanału gdzieś indziej niż tylko na fejsie czy instagramie coraz bardziej mi się zaczęła podobać.  

3 czerwca 2020
7 zdań, które nie działają, a wciąż je dzieciom powtarzamy

Są takie zdania, które wypowiadamy z nadzieją, że w czymś one pomogą. Powtarzamy je, wierząc, że coś one przekażą. I faktycznie - przekazują. To, że nie działają albo to, że potrzebujemy zwyczajnie coś z siebie wyrzucić. Bo na tym polega magia części z tych powszechnych tekstów - służą temu, żebyśmy sami wyrzucili z siebie emocje. […]

1 czerwca 2020
Zobacz, jak ten kącik przemienił się w domowe biuro oraz jak wygląda moja praca z dziećmi w domu.

Osiem lat piszę tego bloga i piszę [a raczej pisałam] go zawsze na kolanie. Pamiętam, że kiedy otworzyłam firmę i postawiłam na internetową działalność, obiecywałam sobie, że za zarobione na blogu pieniądze zrobię sobie wreszcie prawdziwe biuro. Niestety, wszystkie zarobione na blogu pieniądze wydawałam zawsze na jakieś głupoty: jedzenie, rachunki albo drzwi do domu.  

24 maja 2020
Zostań w domu z przyjemnością i zrób z dziećmi kopytka

Kopytka to ulubione danie moich dzieci. I bywa tak, że zanim podam obiad, to chłopcy są już napełnieni po czubki uszu podjadaniem świeżo wyciąganych z wody kopytek. Tylko że... kopytka zawsze robi moja mama. Ja nigdy się nie odważyłam zrobić ich samodzielnie.  

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official