Wspólny front rodziców to największa ściema wszech czasów

Total
1K
Shares

Dostaję odruchu wymiotnego, kiedy słyszę cokolwiek o wspólnym froncie rodziców. Skręca mnie, ale ruszę ten temat, bo za często on wraca na tapet, zarówno na mojej grupie “Wiejskie Matki”, jak i ostatnio na fp. Bo jest jakiś szał na to, że rodzice muszą mówić jednym głosem, że nie mogą robić czegoś, czego nie zaakceptuje drugie i zanim cokolwiek postanowią, muszą wyjść do łazienki czy gdzieś i przedyskutować, czy na pewno oboje się z tym zgadzają. Bzdura. Wspólny front rodziców, to największa ściema wszech czasów.

 

 

A wciska się ją rodzicom jak darmową gazetę w metrze. Musisz być autentyczna, konsekwentna i musisz mięć z mężem wspólny front. Sorry. Nie musisz. Nawet więcej: NIE POWINNAŚ.

 

Taaa, jasne. Fajnie, jak się z mężem zgadzacie i dziecku przekazujecie wspólny komunikat. Warto mieć ustalone ogólne swoje zasady typu: nie chrzcimy dziecka, nie kolczykujemy mu uszu bez zgody drugiego, zanim wyślemy dziecko na dodatkowe zajęcia, przedyskutujemy ten fakt wspólnie. Ale to są takie oczywistości, które kulturalni, wykształceni i mądrzy ludzie raczej uznają za normę. Ale czy to jest wspólny front? No nie. To są zasady, które oboje wypracowaliśmy w rozmowie czy w których jesteśmy jednogłośni.

 

CZYM JEST WSPÓLNY FRONT RODZICÓW?

 

Wspólny front to popieranie każdej decyzji drugiego rodzica bez względu na to, co o tej decyzji sądzimy. “Musisz trzymać wspólny front z mężem” oznacza między innymi to, że jak mąż stwierdzi, że może uderzyć/ukarać/wyzwać twoje dziecko, to musisz przyznać mu rację, bo przecież “wspólny front”, ja pierdzielę. Wspólny front, to akceptacja każdej durnej decyzji swojego partnera, bo ściemniają nam, że tak musi być, a to totalna nieprawda. bo głupia decyzja mojego partnera to głupia decyzja mojego partnera, a nie moja. Ja mogę podjąć swoją.

 

Cała ta ściema, że nic nie budzi większej autentyczności niż jednomyślni rodzice, to pic na wodę, bo sorry, jeśli ja mówię, że nie wolno jeść teraz słodyczy, to jestem w tym moim mówieniu autentyczna. Ale jeśli Chłop ma przekonanie, że wolno jeść teraz słodycze i musi swoje przekonanie zmienić, żeby mnie poprzeć, to on wtedy przestaje być autentyczny, bo mówi wbrew sobie, i sorry, ale teoria autentyczności może się rozbić o pierwsze lepsze zmywanie naczyń. Wspólny front zazwyczaj oznacza w mniejszym lub większym stopniu, że nie możesz podjąć samodzielnie żadnej decyzji, bo druga strona się poczuje urażona. Więc zburz ten mur, przestań go budować.

 

Wspólny front rodziców, jak sama nazwa wskazuje, to zbrojenie się na wojnę. Na wojnę z dzieckiem. Chcesz walczyć ze swoim dzieckiem? A proszę cię bardzo. Mnóstwo rodziców opisuje swoje problemy z nastolatkami, z którymi całe życie walczyło, bo przeciwnik był mniejszy, ale jak podrósł i nabrał sił, to walka zabiera całą jego energię i potem ci rodzice piszą “Oj, zobaczysz, jak twoje dzieci podrosną, zobaczysz”. Chcesz tworzyć front przeciw dziecku? Twórz. Tylko pomyśl, czy ci się to będzie opłacać. Tak z materialnego punktu widzenia. Czy zawsze będziesz miała siłę się zbroić i brać męża na obrońcę.

 

 

OLEJ BUDOWANIE FRONTU Z MĘŻEM, SKUP SIĘ NA SOBIE

 

Nie. Wcale nie musisz mieć wspólnego frontu z mężem. Nawet nie powinnaś. Twój mąż buduje z dzieckiem swoją relację, ty swoją. On czegoś zabrania, to on bierze na klatę emocje dziecka związane z tym faktem. On na coś pozwala? To też bierze za to odpowiedzialność. Ty go możesz wesprzeć. Czy musisz? Niekoniecznie. Czasem wręcz powinnaś się sprzeciwić.

 

Taki głupi przykład, z wczoraj. Chłop usypia dzieci. Młodsze się wierci, kręci, ciągle czegoś chce. Chłop układa, utula, przynosi wodę, ale młodsze się wierci dalej i wreszcie woła, żeby je przytulić. Chłop, z bolącym zębem, jest już tak nabuzowany, że mówi, że teraz nie ma przytulania, teraz idziemy spać i koniec. Proszę leżeć. Czy powinnam trzymać wspólny front z partnerem, bo on w tym momencie nie ma siły i ochoty na przytulenie dziecka? A w dupę! Wchodzę do pokoju i delikatnie przytulam synka. Głaszczę go po plecach i po pięciu minutach synek usypia. Przybijamy sobie z Chłopem piątkę i sprawa załatwiona. Dzięki temu, że nie cierpię trzymać z nim wspólnego frontu. Zresztą nawet nie mogłabym go trzymać, bo mnie nie bolał ząb i zdążyłam się przez 20 minut zregenerować na tyle, żeby udźwignąć humorki syna. W żaden sposób nie mogłabym się identyfikować z jego bólem i zniecierpliwieniem i przyklaskiwać  mu racji w postanowieniu “bo tak”.

 

Inna sprawa. Dzieci chcą iść na spacer. Ja robię obiad. Nie! Nie wyjdziemy teraz na spacer! – krzyczę, bo właśnie mi olej prysnął na rękę i powoli zaczynam czuć coraz większe rozdrażnienie. Decyzja podjęta. Dzieci płaczą. Chłop teoretycznie powinien trzymać ze mną front, ale zgarnia chłopaków na werandę: – Mama nie chce z wami teraz iść, bo gotuje obiad, ale ja mogę. Krzyk radości, harmider butów i kurtek. Wreszcie cisza. O matko, jak dobrze, że on nie trzyma ze mną wspólnego frontu!

 

W sierpniu z kolei byliśmy na jeden dzień w Warszawie. Ja na warsztatach z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę [tekst, który powstał w związku z tym], a Chłop z synem poszli na zakupy wyprawkowe. Syn całą drogę jęczał o klocki lego z Minecrafta, na co ja reagowałam już nerwem, bo ostatnie klocki ułożył, ale potem znów rozebrał, zgubił instrukcję i te klocki walały się z innymi klockami, więc powiedziałam, że nie, ja nie mu nie kupię tych klocków. Po warsztatach spotkałam się z nimi w galerii i zobaczyłam, że syn trzyma torbę lego.

– Zobacz, ty nie chciałaś mi kupić, to zapytałem taty, czy mi kupi i on się zgodził.

 

I co? Znany ci obrazek? Mama mu nie dała, to poprosił ojca? I już masz wzburzenie, że jak to tak, że ojciec pozwolił? A dziecko? Jakie przebiegłe… Ale to przecież bardzo dobry obrazek! Na tym przecież polega życie! Jak nie dostaniesz się na jedne studia, próbujesz sił na drugich! Jak nie znajdziesz wymarzonych spodni w jednym sklepie, to nie kwękasz w kącie, że ojej, jaka ja bidna, nie było spodni w tym sklepie, tylko idziesz do innego sklepu i szukasz, może będą gdzie indziej. I dziecko, które robi to samo, reprezentuje sobą nie rozwydrzonego i wyrachowanego bachora, tylko człowieka, który MYŚLI.  I bardzo dobrze, że myśli, oby zostało mu to jak najdłużej.

 

Oczywiście, jeśli nie chcesz, żeby ojciec kupował dziecku wszystkiego, czego pragnie, to możesz z nim o tym porozmawiać, przedyskutować [Za Wikipedią: dyskusja: (od łac. discussio ‘roztrząsanie’) – jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, popartych argumentami, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. A teraz ja: nie, dyskusja nie jest oznajmieniem swojego zdania i oczekiwaniem, że każdy się do niego dostosuje i mu przyklaśnie. Dyskusją  nie jest ośmieszanie, ocenianie decyzji rodzica oraz zmienianie wspólnych ustaleń, żeby drugi rodzic się o tym przypadkiem nie dowiedział].

 

TO JAK, DO CHOLERY, TY SOBIE TY WYOBRAŻASZ, ŻE JA MÓWIĘ, ŻE NIE CZAS NA ZABAWĘ, BO WIECZÓR, A OJCIEC TO IGNORUJE I DALEJ SIĘ BAWI, A POTEM JA USYPIAM DZIECKO DWIE GODZINY SAMA, A ON MA W DUPIE, BO WSZYSTKO MOŻE? CZY OCZEKIWANIE, ŻE BĘDZIE TRZYMAŁ ZE MNĄ WSPÓLNY FRONT TO ZA WIELE?

 

Tak. To za wiele. Dostałam kiedyś taki komentarz i aż się roześmiałam. Trochę ze łzami. Bo wiesz. U mnie w domu jest tak, że jeśli Chłopu coś na łeb spadnie i zacznie się bawić z dziećmi o 20, zamiast je usypiać, to on bierze na klatę konsekwencję swojej decyzji. I jak mi coś na łeb spadnie, to ja również biorę na siebie tę konsekwencję. I uważam to za uczciwe. Jasne, możemy sobie pomóc, możemy sobie przypominać, że nie na to się umówiliśmy, bo obojgu nam to psuje wieczór na przykład, ale ostatecznie jest tak, że jeśli ja rozbrykam dzieci przed pójściem spać, to ja odpowiadam za to, żeby je ponownie wyciszyć, a Chłop może w tym czasie pierdzieć w kanapę. I odwrotnie.

 

W ogóle kwestia tego, że mąż/partner wychowuje dziecko inaczej niż matka to kwestia paląca i często poruszana w mailach. Co wtedy robić? Jak go przekonać? Jak go zmienić? Otóż nijak. Człowieka nie zmienisz, póki sam nie zechce. Ja osobiście nie zrobiłam nic. Chłop mógł wychowywać jak chciał. Czasem nawet jego zachowanie było inspiracją do wpisów. Ale za to efekty widziałam ja. I tak. Może być człowiekowi przykro, kiedy dziecko woli zwierzać się jednemu rodzicowi, a nie drugiemu. Tak, może być przykro, kiedy dziecko rysuje tylko jedno z rodziców, a nie drugie. W końcu może opaść kopara kiedy przy tobie dziecko uspokaja się w minutę, a przy nim… no. Pierwsza z książek z tego wpisu została przeczytana w jeden wieczór, a ja popołudniami, zamiast pisać, wyjaśniałam po kolei wpisy na blogu, żeby wszystko było jasne. Ale to ta druga osoba musi chcieć zawalczyć o relację. Jeśli nie chce? To trudno. Dziecko ma dwoje rodziców i jeśli tylko jedno walczy, to jest trudniej, ale lepsza jedna rozumiejąca i wspierająca osoba niż żadna.

 

JAK TO PRZYPOMINAĆ PRZY DZIECKU! NIE MOŻNA SIĘ KŁÓCIĆ PRZY DZIECKU PRZECIEŻ!

 

Kłócić nie, ale dyskutować, spierać się, argumentować, przypominać – owszem. Nie wyobrażam sobie wychowywać dziecka w  rodzinie, w której oboje rodzice jak katarynki we wszystkim się popierają. To znaczy, sorry, wyobrażam, ale nie widzę wielu pozytywów z takiego sposoby wychowania. To od nas, rodziców, dzieci uczą się, jak dyskutować, jak się spierać. To u nas, rodziców, widzą, że nie każdy człowiek musi się z drugim zgadzać i co więcej – że jest wiele sposobów na to, żeby się nie zgadzać. I nerwowe, i spokojne, i rzeczowe, i takie, w których zachodzi kompromis, i takie, w których jeden z rodziców ma rację oraz takie, w których oboje po trochu trafiają w sedno. To dziecko obserwuje u rodziców, że jeśli jedno z nich się z zapędzi, drugie leci mu na ratunek. To dziecko widzi, że kiedy któreś z rodziców podnosi na niego rękę, wkracza drugie i zamiast trzymać wspólny front ostro protestuje przed przemocą. To dziecko uczy się od nas, w jaki sposób dochodzi się do kompromisu. Co śmieszne, tak często wymaganej od dzieci umiejętności, bo przecież daj koledze swoją łopatkę, pójdź na kompromis, mówi mama, ale w domu, zamiast przy dziecku wypracować z ojcem kompromis o to, co jemy na kolację, to albo usłużnie mu przytakuje, albo się kłóci jak wariatka. Skąd te dzieci mają się sztuki kompromisu nauczyć? Z bajek? Jeśli w domu nie są w stanie tego zaobserwować?

 

 

JAK PIĘKNIE JEST SIĘ NIE ZGADZAĆ 

 

Nie. Nie trzymajcie wspólnego frontu. Nie chowajcie się we wspólnym okopie. Rozmawiajcie. Dyskutujcie. Uczcie się komunikacji ze sobą i z dzieckiem. Pozwalajcie sobie na błędy, podważajcie swoje teorie, dyskutujcie o nich i pozwólcie dziecku o tym dyskutować. Bo po to razem jesteście. Nie po to, żeby tworzyć wspólny front przeciwko dziecku, ale po to, żeby razem wychodzić z okopów, konfrontować się  z rzeczywistością, w której różnica zdań nie przekreśla spokojnej i rzeczowej rozmowy, nie przekreśla szczerości, nie przekreśla potrzeb członków rodziny, a przede wszystkim nie przekreśla miłości oraz wzajemnego szacunku.

 


Bardzo mi pomożesz, jeśli skomentujesz lub udostępnisz ten wpis na Facebooku. A jeśli jeszcze nie masz aplikacji blogowej, to koniecznie musisz sobie zainstalować. Dzięki niej w każdym momencie będziesz mógł sprawdzić, co nowego na blogu!  Tu wersja na Android, a tu na IOS.

Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę].

Zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo.

Dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj].

You May Also Like