Dziecko wychowane w lesie

Joanna Jaskółka
31 lipca 2013

Udostępnij wpis

Urodziłam się 31 lipca 1985 roku w małej mieścinie, której nazwa w trybie rozkazującym oznacza czynność kreślenia na kartce papieru dziwnych znaków, co je literami nazywają. Fakt obchodzenia urodzin w wakacje i to  dzień po własnym ojcu stał się moim przekleństwem, a jednocześnie wybawieniem, bo nie musiałam się z nikim dzielić paczką cukierków.

Już wtedy wiedziano, że będę wielka, a matka dodatkowo pasła mnie tymi wszystkimi gównami, których nazw dziś matki boją się wymieniać. Żarłam piach, ciastka, trawę i czekoladę. Jeśli miałam ochotę, to piłam wodę z kałuży, a kiedy rosły mi zęby gryzłam konar starej jabłonki. A wszystko to było obficie posypane granulkami niebieskiego mleka modyfikowanego, a później [za szybko, za szybko!] krowiego. Takiego od krowy o bardzo brudnych wymionach. Ale ja te wymiona zagryzałam pajdą chleba z masłem i cukrem.

Mieszkałam w środku lasu, w domu, w którym temperatura zimą często nie przekraczała 5 stopni. Pamiętam, dziwiłam się, że w innych domach nie ma szronu na ścianach. Wszystkie dzieci tak bały się mojej masywnej postaci, że przegnało je daleko, aż za las, za rzekę i musiałam uciekać z domu na rowerze, żeby je gonić. Nie wszystkie mogłam złapać, więc za przewodników służyły mi psy i koty, a także młoda jałówka, z której nie raz i nie dwa zleciałam, jadąc na oklep. 
Nikt mnie nie pilnował. Biegałam gdzie chciałam. Raz o mały włos nie utopiłam się na moczarach, kiedyś ledwo co uniknęłam stratowania przez dzika.
W wolnej chwili robiłam takie małe nagrobki - kopałam dołek w ziemi i wsadzałam tam śliczne kwiatki, a  potem przykrywałam to ułamanym szkiełkiem. Mogłam się tak bawić godzinami. Dziś, gdy zobaczyłam w rączce Kosmyka szkiełko, głośno wrzasnęłam.

Miałam swoich przyjaciół - drzewa i kiedy mój ojciec chciał ściąć jedno iglaste, przerażona starałam się złapać w ręce dusze wszystkich szyszek i przenieść je na inną sosnę. Bawiłam się, że jestem wiewiórką i uciekam przed wściekłą kuną, co chce mi zabrać moje zapasy. Moja siostra była zawsze wściekła.

Kiedyś rodzice bardzo się kłócili i uciekłam z domu. Rzuciłam smutne ostatnie spojrzenie na naszą chałupę i poszłam w las. Szybko zgłodniałam. Wróciłam wprost na jajecznicę z kurkami, targając ze sobą kawkę ze złamanym skrzydłem.
Skakałam z pięciu metrów na stogi starego siana, a jedyna bura, jaką otrzymałam, była za to, że w moich grubych i długich włosach przyniosłam do domu kilogram słomy.
Odebrałam tysiące kocich porodów, miałam milion zadrapań, wyciągałam kotu szkło z brzucha i opatrywałam rozszarpaną łapę. Pół dnia chodziłam z gwoździem w nodze, a kiedy jechałam na rowerze, pogoniły mnie gęsi i jedna przegryzła mi dziobem cienką, dziecięcą skórę. Nigdy nie miałam toksoplazmozy ani nawet marnego zakażenia.
Zresztą w ogóle nie chorowałam, przez co cierpiałam swą obecnością w szkole, bo nawet katar mi po dwóch dniach przechodził. A cierpiałam bardzo, bo żaden lekarz nie mógł pojąć, że moja wada oczu [efekt Czarnobyla albo dziwnych kropelek babci], czyli jedno oko na minusie, a drugie na plusie, wymaga długiego przystosowywania się do szklanych oprawek. Szklane to zresztą był zły pomysł. Wszystkie dzieci na moje życzenie złośliwie mi te oprawki niszczyły. Dlatego nigdy nie wiedziałam, gdzie jest Rzeszów i miałam tróję z geografii.
Pamiętam te wspaniałe metody wychowawcze - ty debilu, analfabeto, na studia pójdziesz chyba podłogi myć albo inne coraz bardziej wyrafinowane i uwłaczające. Wszystkie je mieliśmy w dupie i z rozkoszą wkładaliśmy na dużej przerwie przydziałową bułkę do przydziałowego kakao i udawaliśmy, że jemy kupę.
Nie mogę zapomnieć, jak bardzo nudziłam się w szkole i buntowałam przeciwko każdemu ograniczającemu mój umysł ćwiczeniu. Przypominam sobie księdza, który wyrzucił mnie z klasy, kreśląc znak krzyża i nazywając nałożnicą szatana. Byłam tym zachwycona. Tak samo jak wyznaniem katechetki, że kobieta używająca dezodorantu, wodzi się z szatanem. W tamtym czasach wodzenie z szatanem można było mieć za pięć złotych w każdym kiosku.
 
Przypominam sobie, jak ktoś na wakacje zostawił nam pod opiekę wiekową klacz, a postronek staruszki zaplątał się wokół drzewa. Z dwie godziny ją ratowałam. Pamiętam piknik na łące i trzy kleszcze na głowie i ten przeraźliwy smród masła, który miał odstraszyć pajęczaka, moje szalone ucieczki przed babcią i to, że zawsze kradłam jej ryby z siatki i wypuszczałam, szpecąc życzenie.

Do dziś mi się lata po głowie wyszeptane wtedy pragnienie, żeby moje dziecko miało kiedyś tak dobrze, jak ja.

Tak sobie teraz myślę - kurde, jakby Kosmyk miał tak, jak ja się kiedyś wychowywałam, już bym miała na karku opiekę społeczną i kuratora!

Wyobrażacie sobie wychowywać tak dzisiaj własne dziecko?

Udostępnij wpis

A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ
Obserwuj nas też na Instagramie
Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku
13 listopada 2019
Poszłam z dzieckiem do teatru i świat nam się zawalił [recenzja "Dzieci z Bullerbyn"].

Nie spodziewałam się tego. No, nie spodziewałam. Syn już był wcześniej w teatrze - zwykłym i lalkowym z przedszkolem. Podobało mu się średnio, głównie dlatego, że jest nadruchliwcem i ciężko mu było te dwa, trzy lata temu wysiedzieć. No, ale - myślałam sobie. Teraz jest już starszy. Wytrzyma.  

6 listopada 2019
Dlaczego nie musimy wychowywać geniuszy, ale wciąż możemy rozmawiać o fizyce kwantowej?

Jestem totalną nogą z fizyki i chemii. Wstyd powiedzieć, że często nawet ośmielam się powiedzieć, że jakieś kosmetyki mają w sobie chemiczne środki, mimo że wiem od lat, że wszystko jest chemią tak naprawdę, nawet to koszmarne H2O. Więc z przerażeniem oczekuję kolejnych lat edukacji mojego syna i tego momentu, w którym on zada mi […]

5 listopada 2019
Kiedy wszystko się wali i myślisz, że nad niczym nie panujesz

Na początku tego roku spadła na nas informacja, której się domyślaliśmy, która zawsze gdzieś tam z tyłu się plątała, ale która dopiero wtedy zyskała całkowite potwierdzenie. Byłam w trakcie otwierania sklepu na blogu, w trakcie planowania kampanii, w trakcie pisania książki, a kolejne potwierdzenia tego, że jest jak jest, sprawiały, że miałam ochotę położyć się […]

21 października 2019
Kubeczek menstruacyjny - byłam pierwsza w kolejce do wyśmiewania tego pomysłu

kubeczek menstruacyjny Wymysły eko wariatek - myślałam sobie, kiedy pierwszy raz na jakimś amerykańskim blogu przeczytałam o kubeczku menstruacyjnym. Serio? - dziwiłam się, kiedy widziałam, że kolejne osoby się nim zachwycają. Aż wreszcie pomyślałam - dobra, trzeba to sprawdzić, żeby wiedzieć na pewno, że to do kitu. I sprawdziłam. kubeczek menstruacy

17 października 2019
Ile czteroosobowa rodzina wydaje na jedzenie?

O ile planowanie posiłków lubię i daje mi to poczucie bezpieczeństwa, tak w wakacje przestałam to robić w ogóle i żyłam z dnia na dzień. Dzieci co i rusz gdzieś wyjeżdżały, my testowaliśmy mazurskie knajpy, które, żeby nie skłamać, najlepiej karmią właśnie w okresie wakacyjnym, bo w zimowym karmić nie ma kogo i  tak przebimbaliśmy […]

15 października 2019
Nasz permakulturowy ogród - jak powstał, jak go zaplanowałam, na czym polega?

Usłyszałam o tym na mojej grupie. Jak to, nie trzeba podlewać? Pielić? Samo rośnie? Nie wierzyłam. I nie uwierzyłabym, gdybym nie zaczęła drążyć w celu udowodnienia sobie samej, jakie to głupie. I wsiąkłam. I wcale nie przekonało mnie to, że wszyscy podkreślają, jak mało przy tym roboty - przekonała mnie ekologia.  

Obserwuj nas na Instagramie

instagramfacebook-official