„Nie zdurnieję,gdy będę siedzieć w domu z dzieckiem” – tak sobie powiedziałam, kiedy zaszłam w pierwszą ciążę. Jak powiedziałam, tak nie zrobiłam, bo ciąża leżąca zmusiła mnie nie tylko do przerwania studiów na rok, ale też do egzystencji, w której ciężko na intelektualne rozrywki, zwłaszcza kiedy w tej pozycji spędza się większość dnia samotnie. Oglądałam filmy, ale po jakimś czasie szeroka gama ambitnych tytułów ustąpiło starym dobrym „Przyjaciołom” i ulubionemu „Family Guy”. Po jakimś czasie musiałam przyznać – trochę jednak zdurniałam.

 

Dopiero po porodzie i odchowaniu maluszka palce zaczęły mnie świerzbić. Powstał blog, zaczęłam się dokształcać z marketingu, uczyć nowego świata, poznawać go z zewnątrz i od podszewki. Miałam jakiś cel – dzięki blogowi znaleźć pracę. Kiedy zaszłam w drugą ciążę, wiedziałam, że już nie zdurnieję, bo blog stał się moją pracą. Nieoczekiwaną i nie taką, do jakiej dążyłam, ale spełniającą moje oczekiwania i dającą olbrzymią satysfakcję.

 

Co to znaczy siedzieć w domu z dzieckiem?

 

A jednak wciąż i wciąż zdarza mi się dzień, w którym czuję się zdurniona, otumaniona i głupia. Szczególnie, gdy dopada nas jeden z tych najbardziej męczących, samotnych, które kręcą się wokół dzieci i wokół ich potrzeb. Gdy jedyną osobą, z którą można w miarę poważnie porozmawiać, jest pięciolatek, całkiem rozsądnie i z sensem prawiący swoje historie o słoniu na motorze, który poleciał w przestworze. Jakie by one nie były znakomite i angażujące, wciąż są tylko historiami pięciolatka.  Dotyczą w sumie jego, nie ciebie. A ty? A ty jesteś gdzieś między dzieckiem a dzieckiem, między zupą, kupą a kolejnym czytaniem bajeczki, a gdy śpiewasz pod prysznicem piosenkę z Psiego Patrolu, nagle stwierdzasz, że jakimś cudem znowu zdurniałaś.

 

Wcale nie tak trudno zdurnieć, siedząc w domu z dziećmi. Przestać myśleć o sobie, zapomnieć o swoich pasjach, potrzebach, pragnieniach i chęci rozwoju. A bo to tobie czy mi jednej się zdarzyło? Pobudka, śniadanie, przedszkole/szkoła, praca, powrót, zakupy, obiad, zabawa, kolacja i spać. Dzień w dzień, a każdy z nich podobnego do drugiego. Monotonia, dryg, wciąż tak samo, bez zmian i widoków na lepsze, bez przyjemności, bo kiedy, kurde? No kiedy? Między dywagacją o kolorze talerza, a pertraktacjami o majtach z minionkiem. Gdy problemem nie jest fakt, czy doczekasz się nowej powieści ulubionego autora, ale rozmiar piżamy czy skład parówek. Ileż można? Przecież każdemu by się odechciało.

 

siedzieć w domu z dzieckiem
Jeśli nie wiesz, co to znaczy non stop siedzieć w domu z dzieckiem, zobacz na moją minę. A potem na dziecko.

 

 

I mnie to złapało. Szczególnie, gdy nie miałam nikogo do pomocy przy dzieciach. Nie wiedziałam, czy drzeć włosy z głowy, czy zasnąć w tym marazmie dnia każdego, codziennego, wciąż i wciąż takiego samego, sprowadzonego do opieki nad małoletnimi i na takim poziomie rozmowami. Monotonia zabija każdą kreatywność, a stałość, do której dążymy, żeby dzieci miały w miarę sensownie zorganizowany dzień, sprawia, że ciężko nam w tym czasie znaleźć chwilę na własną przyjemność. Gdy zrobimy już wszystko, co zrobić mieliśmy, w życie wkrada się niszcząca ospałość, która zabija wszelką chęć robienia czegokolwiek.

 

 

Jak siedzieć w domu z dzieckiem i nie zdurnieć? 

 

I z jednej strony nie dziwię się – to naprawdę trudne, wyjść z tej strefy komfortu, nie dać się „zmamować”, nie pozwolić się skitrasić w pieluchach. Z drugiej – hej! To naprawdę niewiele kosztuje! Trzeba zrobić tylko krok, jeden malutki. Często czytam wypowiedzi mam, utyskujących na swój żywot, że nie ma czasu dla siebie, że ciężko im się zorganizować. Nie dziwię się, gdy pisze to matka trójki, czwórki, piątki dzieci. To naprawdę wyzwanie. Ale kiedy pisze to matka, która ma jedno dziecko i w dodatku nie pracuje, w głowie włącza mi się lampka alarmowa – hej, to nie musi tak wyglądać! Kobieto, rusz się!

 

 

 

Maseczkę na buzię możesz nosić, gdy dziecko się kąpie. I tak musisz być w łazience, więc co ci szkodzi nałożyć maskę? Tym bardziej że teraz można kupić już gotowe, na bawełnie, które nie zostawiają śladów. Wystarczy ją nałożyć, poczekać i zdjąć. Filmy, które lubisz, a których nie możesz obejrzeć, bo dzieci trzeba położyć spać, możesz sobie nagrać. Ja do dziś okrywam mój dekoder pocałunkami, że ma funkcję zatrzymania i przewinięcia programu, to nie jest jakiś nowy i drogi sprzęt, mamy go ponad trzy lata! Sprzątam zazwyczaj, kiedy dzieci się bawią. Ich zabawa to szansa, że dołączą do mnie – zmyją szafki kuchenne albo powkładają sztućce do szuflady. W najgorszym razie będą gadać i jakoś to przeżyję. Uwielbiałam zajęcia tańca starszaka. Kiedy czekałam pod drzwiami sali, miałam czas odpisać na maile, przeczytać książkę, albo sobie pograć w kulki dla odprężenia, ewentualnie polatać po sklepach. Godzina ciszy i spokoju! Zawsze znajdowałam sobie coś do roboty i z niedowierzaniem czytałam kiedyś utyskiwania jakiejś mamy, która przeklinała te zajęcia, bo nudziła się, czekając, aż jej syn je skończy.

 

Jak siedzieć w domu z dzieckiem i nie tracić cennego czasu?

 

Mam w zapasie mnóstwo haczyków, jak zaoszczędzić czas i co mogę robić, żeby zorganizować go sobie tak, żeby mieć go dla siebie i dla swojego rozwoju. Kulminacyjnym sprawdzianem był lipiec, kiedy zostałam sama z dwójką dzieci. Rodzice byli zajęci, znikąd pomocy i w tym wszystkim ja – na urlopie, bez pisania, bez fejsbukowej roboty i z czasem non stop na dworze, bo upał. Szybko znalazłam sobie zajęcie i kiedy dzieci szalały na polu, piaskownicy czy placu zabaw, ja bez większych wyrzutów słuchałam… słuchałam książek!

 

 

siedzieć w domu z dzieckiem
Na tym zdjęciu widać wyraźnie, że nie widzę ani nie słyszę, że moje dziecko właśnie się obudziło. Oczywiście, że winę za to nie ponoszą słuchawki, ale fakt, że gapię się głupio w obiektyw 😀

 

 

Zakochałam się w audiobookach. To taka miłość niespodziewana i nie oczekiwana. Nigdy bym nie nie pomyślała, że kiedykolwiek zrezygnuję w jakimkolwiek stopniu z samodzielnego czytania. A jednak. Ciężko oddać się lekturze przy latającym dwulatku, tak po prostu usiąść i czytać. Można wieczorami, ale tyle innych rzeczy jest do zrobienia… a to naczynia, a to łazienkę posprzątać, a to zadbać o siebie cokolwiek. No ciężko. Książkę zawsze odkładałam na mój stosik w kącie, bo zawsze były ważniejsze sprawy, chociażby to, żeby obiad zrobić, nie umrzeć w kurzu i w moim przypadku, na maile odpisać 🙂 W pewnym momencie, po którymś z kolei zachwycie nad audiobookami jakiejś mojej koleżanki, założyłam konto na Storytel. A co tam, sprawdzę. I wsiąkłam.

 

 

 

Nigdy nie potrafiłam zresztą robić czegoś w ciszy i tak bezczynnie siedzieć w domu z dzieckiem. Zawsze brzęczała mi a to muzyka, a to telewizor, nawet jeśli leciały w nim jakieś głupoty. Wiadomo, że nie będę delektować się „Panem Tadeuszem” gdy zmywam gary. Ale książek słuchać mogę. Jedną słuchałam, gdy sprzątałam łazienkę. Żeby skończyć słuchać oprócz łazienki sprzątnęłam kuchnię. Potem kolejną podczas przesadzania kwiatków. Kiedy dzieci wyjechały udało mi się przesłuchać „Dziennik 1954”  „Przygody Sherlocka Holmesa” i „Dumę i uprzedzenie” po raz enty, ale po raz pierwszy po angielsku Wieczorem zamiast szumu telewizora, słucham „Wiedźmina„. Po raz pierwszy w życiu, bo film i serial oglądałam, ale do książki czułam zawsze dystans. A teraz nie mogę się oderwać!

 

 

Storytel – bo można siedzieć w domu z dzieckiem i nie marnować ani chwili

 

Storytel to serwis z audiobookami – płacisz abonament i dzięki niemu możesz słuchać każdej książki, jaka znajduje się na półce. Każdej, naprawdę każdej. Za setki książek płacisz cenę jednej. Jak ci się nie spodoba konkretny tytuł – zero problemu. Po prostu przestajesz słuchać i bierzesz inny. Odpada problem z półkami w domu zawalonymi niechcianymi książkami. Możesz sprawdzić, jaką chcesz książkę i albo ją dosłuchać do końca, albo odłożyć na później, albo w ogóle wyrzucić ze swojej wirtualnej półki. Moja aktualnie wygląda tak:

 

 

 

 

 

 

W moim przypadku, mieszkanki wsi, ale i matki, która nie ma kiedy zajść do księgarni, Storytel jest o tyle fajne, że nie muszę tak naprawdę się na nic ostatecznie decydować. Mogę siedzieć w domu z dzieckiem i jednocześnie sprawdzić sobie, czy dana książka mi pasuje i w najgorszym wypadku stwierdzić, że nie. I szukać dalej. Decyzję podejmuję w dogodnym dla mnie momencie, nawet na kibelku, bo przecież tylko tam znajduję więcej niż chwilę spokoju, kiedy udaję, że nie widzę ręki młodszego syna wystającej przez szparę w drzwiach 🙂 Książek słucham w każdej wolnej chwili, w każdej, dosłownie każdej. Nie wyobrażam sobie ogarniania kuchni, rozwieszania prania, sprzątania czy nawet przesadzania kwiatków bez znajomego spokojnego głosu lektora lub lektorki i kolejnej wciągającej historii. Oczywiście, słuchawki na zdjęciu są metaforą audiobooka, zdecydowanie częściej głos dobiega bezpośrednio z komórki, co pozwala mi ją po prostu położyć na blacie i mieć obie ręce wolne, a uszy zajęte. Ale słuchawki sprawdzają się… w samochodzie 🙂 Gdy z radia lecą piosenki dla dzieci, a ja jestem pasażerem [tak przeżyłam sześciogodzinne wyjazdy do Łomży  w ramach kursu prawka, z których ja za kierownicą siedziałam tylko trzy godziny, nie wiedziałam, co robić w tym czasie, więc słuchałam :)]. I zdecydowanie rano, gdy obudzę się przed dziećmi i za żadne skarby nie chcę ich obudzić 🙂

 

siedzieć w domu z dzieckiem
Tak, kochanie? To fantastyczna historia! [nie, no dobra, nie robię tak, aplikację można zatrzymać :D]

 

Abonament w Storytel też nie jest wysoki, wynosi średnią cenę jednej książki – 29.90 za 30 dni. W promocji pierwsze 14 dni dostajesz za darmo. A w cenie masz tysiące audiobooków, z których możesz bez limitu korzystać, w tym książki dla dzieci i lektury szkolne. Kosmyk bajek zazwyczaj słucha wieczorami: „Pippi Pończoszankę„, „Dzieci z Bullerbyn” i „Lottę  z ulicy Awanturników„. Czyli te pozycje, które są grube, żebym dała radę je przeczytać 🙂 To moje wyzwolenie, bo kiedy usypiam Adasia, Kosmyk jeszcze jest na nogach i w czasie, kiedy zajmuję się młodszym, starszaka mogę zostawić z telefonem, żeby słuchał ulubionych opowieści. A i młodszy chętniej słucha prawdziwego lektora niż mnie 🙂

 

 

A kiedy chłopcy zasną… kiedy zasną, słucham ja. Rozkładając się na kanapie, sprzątając kuchnię, siedząc w łazience. Nie marnuję ani jednej cennej chwili, jaką podarował mi sen dzieci. Wkrótce, gdy obaj wejdą w progi przedszkola [młodszy, co prawda, nie regularnie i nie na pełen „etat”] tych chwil dla siebie znajdę więcej. I nie będę się zastanawiać, czy marnuję czas, siedząc w domu. Multizadaniowość to domena każdej matki, więc ja ją wykorzystuję maksymalnie. Odpisuję na maile, sprzątam, układam, porządkuję, składam ciuchy, rozwieszam pranie i każda ta czynność to kolejny rozdział, kolejna wciągająca opowieść lub kolejna potężna dawka wiedzy. To pomaga. Daje siłę zebrać się w sobie. Jest poza tym domem życie. Jest i czeka na mnie. Jeszcze chwilę tu z wami, dzieci, posiedzę, moje życie jeszcze przez chwilę będzie podporządkowane wam. Nie zmarnuję nawet sekundy tego czasu. Poświęconego zarówno wam, jak i mnie. Mnie samej.

 


 

 

Borsukowa sukienka, bluza Adasia, koszula Kosmyka – Samodobro, Zdjęcia zrobiła mi cudna Kasia Siwko.

 

Książki na Storytel,  które przesłuchałam lub jestem w trakcie przesłuchiwania:

 

„Dziennik 1954” Tyrmanda – dla każdego, kogo interesują czasy socjalizmu, uwielbiają „Złego” oraz dla zafascynowanych nieprzeciętnie inteligentnymi literatami nie bojącymi się mówić prosto z mostu o pewnych sprawach, a także znajomych pisarzach.

 

Oskarżona Wiera Gran” – o cudownej śpiewaczce, która popełniła najgorszą zbrodnię. Chciała żyć.

 

„Przygody Sherlocka Holmesa” – uwielbiam, po prostu uwielbiam Sherlocka prawie tak samo jak Agathę Christie. Ale Sherlock był pierwszy i co zabawne, ja tę książkę mam w wydaniu papierowym i ją kiedyś czytałam. Miałam się zabrać za nią po raz drugi już po obejrzeniu serialu, ale zgadnijcie co? No właśnie – brak czasu. To sobie słucham 🙂

 

„Duma i uprzedzenie” – zwariowałam, zaczynając słuchać jej w oryginale, zważając na to, że czasem mam problem z podstawowym wysłowieniem się po angielsku, ale te wszystkie noce, gdy oglądałam ekranizacje książek Jane Austen z napisami nie poszły na marne – trochę się osłuchałam.

 

„Wiedźmin” – jak pisałam. Mam za sobą i film, i serial, a czytanie Sapkowskiego jakimś cudem nigdy mnie nie pociągało. Na głos brzmi o wiele lepiej 🙂

 

 

Tak, wpis jest efektem współpracy z serwisem audiobooków, Storytel,

tak się złożyło, bo sam serwis polecałam już wcześniej 🙂