Strony wspomagające naukę szybkiego czytania dziecka piszą do mnie regularnie z prośbą o promocję. Niemalże tak regularnie jak im odmawiam, tak regularnie słyszę przechwałki rodziców, czego to ich dziecko już się nauczyło, jakie literki poznało i jak ślicznie zaczyna już pisać, mimo że ma zaledwie dwa lub trzy lata. Niemalże tak regularnie, jak to wyśmiewam, tak sama jestem pytana o postępy w nauce mojego starszego syna. Rzadko chce mi się to tłumaczyć, ale chyba najwyższa pora powiedzieć, czemu nie nauczę moich dzieci czytać i pisać.

 

 

 

Nasze dzieci urodziły się w pięknych czasach. Przed nikim w historii naszego świata nie roztaczało się tyle możliwości, nie było tyle akcesoriów, pomocy, materiałów dydaktycznych, wiedzy. Nasze dziecko może już w kołysce uczyć się języka angielskiego, jako niemowlę może być stymulowane odpowiednią muzyką, może uczestniczyć w niemowlęcych kursach czytania, jogi, pływania, nauki języka angielskiego czy muzycznych. Nie odpuszczamy po pierwszych urodzinach – zajęcia taneczne, sportowe, książeczki edukacyjne, plansze z literkami, z godzinami, z cyferkami i pierwsze próby wodzenia kredką po wyszlaczkowanych słowach.

 

Upgrejdujemy nasze dzieci, programujemy je od pierwszych dni, żeby szybciej niż inne umiały czytać, pisać, liczyć i znać się na wszystkim, na czym nie znają się inni, albo znać się lepiej. Nasze dzieci muszą być lepsze, mądrzejsze, mieć szybszy i łatwiejszy start niż córka sąsiada, niż inni, niż my sami.

 

Ale czy są szczęśliwe? 

Tak naprawdę nauczenie dziecka jak może bawić się samo,  jest jednym z najlepszych prezentówjakie rodzic może przekazać swojemu potomkowi.

 Kathy Hirsh-Pasek

 

Znam dziecko, które mówi w trzech językach, a nie potrafi sobie butów zawiązać ani założyć kurtki. Znam dziecko, które zaczyna czytać, ale jego plan dnia jest tak napięty, że na wieczornym balecie przysypia przy drążku. Ich rodzice widzą, że gdzieś w tym jest przesada, ale nie potrafią wyzwolić się z tego pędu, bo dziecko znajomych na balecie radzi sobie świetnie, a inne powoli zaczyna sylabizować. Pęd za edukacją naszych dzieci skłania nas do różnych chwytów i nagle budzimy się z podręcznikami do nauki czytania dla dzieci w rękach, stojąc nad naszym roczniakiem i praktykując na nim metodę Cieszyńskiej czy Domana.

 

 

Czy warto przyspieszać?

 

Dziecko do piątego czy szóstego roku życia nie potrzebuje niczego, oprócz nas i… zabawy. Udowodnił to dr David Elking, a potem kolejni po nim. Wczesna nauka czytania nie ma większego sensu, bo dopóki dziecko nie potrafi połączyć tego, co czyta z konkretnym obrazem nie jest niczym, jak zwykłą tresurą. Proces czytania to proces bardzo złożony, nie da się wytrenować w wieku trzech czy czterech lat, potrzeba na to więcej czasu.

 

Myślisz, że jeśli szybko nauczysz swoje dziecko czytać i pisać, to będzie ono miało lepszy start w przyszłości? Psychologowie sądzą zupełnie inaczej:

 

To jest dokładnie to, co tracimy w dzisiejszej kulturze zorientowanej na osiąganie sukcesów. Stworzyliśmy mit edukacyjny, że „więcej znaczy więcej”. Więcej czasu spędzanego na nauce, wcześniejszy rozwój, więcej zadań domowych nie polepsza wydajności naszych dzieci. Wręcz ją zmniejsza! Zmniejszanie czasu poświęconego na zajęcia plastyczne, ruchowe, a także zmniejszanie czasu spędzanego na łonie natury tak, by nasze dzieci mogły poświęcić więcej czasu na czytanie, pisanie i matematykę nie jest dobrym rozwiązaniem. Jest sprawcą tego, że nasze dzieci wypalają się i porzucają naukę w katastrofalnym tempie nie dlatego, że więcej nie znaczy więcej, tylko dlatego, że więcej oznacza przeciążenie.
Mózg funkcjonuje najlepiej tylko wtedy, kiedy jest w optymalnym stanie pobudzenia. Nasze dzieci nie mogą być obecne, słuchać, przetwarzać informacje, zapamiętywać lub dobrze wykonywać swoje obowiązki, kiedy ich mózgi są w stanie nadmiernego lub niedostatecznego pobudzenia. Właśnie przytłoczenie powoduje takie stany. W przypadku, gdy od dziecka wymaga się, zanim jego mózg jest gotowy, udziału w nauce, mediach, technologii, zorganizowanej zabawie takiej jak sporty drużynowe, zbyt wczesny i często przedłużający się stres, jaki staje się dziecka udziałem może w końcu doprowadzić do „wyłączenia systemu”. Nauczyciele z USA i Kanady mówią mi, że zauważają „to” z początkiem trzeciej klasy. Mówią, że w zbyt wielu uczniach „światło zgasło”. Radość, ciekawość i zachwyt, które mają podstawowe znaczenie dla procesu uczenia się zostają stępione przez nadmiar jednej rzeczy i brak innej.

Dr Regalena „Reggie” Melros,  tłum. Iwona Kotlicka [źródło]

A ja sama, mimo dwóch kierunków studiów, sugerujących ten „lepszy start”, czytać nauczyłam się dopiero w drugiej czy trzeciej klasie szkoły podstawowej [owszem, pojechałam z grubej rury i od razu zaczęłam czytać serię o Ani z Zielonego Wzgórza, ale wcześniej moim światem rządziła wyłącznie ta strasznie bezużyteczna wyobraźnia.

Co zamiast czytania?

Nie uczę starszego syna czytać i pisać. Szkoda mi na to naszego czasu, który możemy spędzić na zabawie, spacerach po lesie, na opiece nad zwierzętami, na zwyczajnym „nic nie robieniu” i zaleganiu we trójkę z młodszym w łóżku.  Nie zamierzam niczego w jego edukacji przyspieszać i dopóki nie pójdzie do zerówki, a później do szkoły jako pięcio czy sześciolatek [najzupełniej mi to obojętne], nie wprowadzę go ani w tajniki czytania czy pisania. Nauczy się tego sam w odpowiednim czasie. Zamiast tego namiętnie ćwiczymy emocje, uczymy się razem gotować, sprzątać, zajmować młodszym bratem [jeśli starszy chce, bo, o zgrozo, do opieki nad rodzeństwem też go nie zmuszam], Kosmyk bawi się klockami, układa puzzle, odkrywa las, przyrodę, uczy się samodzielnego ubierania i wszystkiego tego, co potrzebne jest człowiekowi do życia, a nie do kariery. Czerpiemy przyjemność z prostych zajęć, prostych zabawek, a jeśli mamy ochotę – pół dnia siedzimy na podłodze i porządkujemy półkę z książkami, co kończy się zazwyczaj na czytaniu każdej jednej pozycji od deski do deski.

Jak oswoić dziecko z książkami?

Powiecie – nie uczysz go czytać, to jakim cudem będzie chciało czytać w przyszłości? Otóż… hm. Może moje badania i obserwacje nie doczekają się naukowego odczytu, ale są obserwacjami czynionymi przez wiele lat: wszyscy znajomi, którzy wychowali się w domu, w którym były książki, czytają. Ci, których pokoje nie zaznały używanej i często odkurzanej rękawem biblioteczki, nie czytają w ogóle i nic ich do tego nie zmusi. Czytam więc swojemu synowi książeczki, czytam młodszemu, czyta Chłop, czytam ja swoje tomiszcza. Książki leżą u nas na stole, w łazience, w łóżku, na werandzie, koło pilota. Gazetnik zazwyczaj ugina się od tygodników, a ja zastanawiam się nad kupnem dodatkowego regału na książeczki Kosmyka. Prędzej czy później moje dziecko poczuje ten zew i tak ja kiedyś zarwie noc na czytaniu ukochanej książki. Nie ma co go pośpieszać. Niech to do niego przyjdzie naturalnie. Zmuszanie odstrasza i zniechęca.

Czy moje dziecko będzie głupsze od swoich rówieśników? 

Pewnie nie będzie znało tak dobrze liter i cyferek. Pewnie nie będzie umiało od razu wykaligrafować każdej literki. Ale jedno wiem na pewno: do swojej nauki przystąpi z umysłem wypełnionym po brzegi tym, czym umysł dziecka w tym wieku powinien być wypełniony: czystą, naturalną, dającą mu więcej niż zmuszanie i tresura, zabawą.

PS. Przy czym nie jestem ani zwolennikiem wcześniejszego puszczania dzieci do szkół, ani przeciwnikiem. Uważam, co prawda, że obecne manipulacje szkodzą systemowi bardziej, niż pomagają, ale sama idea puszczenia do szkół sześciolatków – czemu nie? Pięć, sześć lat to najlepszy czas na rozpoczęcie nauki i jeśli szkoła jest dobrze do nauczania maluchów przygotowana, warto z takiej opcji skorzystać.