Dwa lata w sieci

Total
0
Shares

 

 

Dochodziła trzecia w nocy, a ja siedziałam przed kompem zalana łzami i usiłowałam napisać cokolwiek, co mogłabym następnego dnia opublikować na blogu. Kosmyk miał gorsze dni, co chwilę się przebudzał, a ja bujałam go nogą w wózku i każde słowo opłakiwałam rzewnymi łzami. Trzy awantury tego dnia – z mamą, ojcem i chłopem, o to, że każdą wolną chwilę spędzam, pisząc, a przecież nic, kompletnie nic, nie będę z tego mieć, wypompowały mnie do reszty. Miałam dość tego pustkowia, tego, że nawet dziecko mnie nie zrozumie, tego, że kot, zamiast słuchać moich wynurzeń, rzyga, jakby nigdy nic, na świeżo wyczyszczony dywan. Ale cóż innego mogłabym robić przez cały dzień na odludziu, jeśli nie czyścić zarzyganego dywanu? Łzy przestają kapać, a spod palców wychodzą pierwsze słowa tekstu. “O samotności matek mówi się rzadko i niewiele…”. Tekstu, po którym nic już nie było takie, jak kiedyś…

 

 


Rok później, siedziałam w tym samym miejscu, i choć trochę bardziej odległa od tamtej samotnej matki, to jednak dalej zapłakana. Z jednej strony, w dalszym ciągu niepogodzona z moją pasją rodzina, z drugiej masa krytyki i niezrozumienia, bo mało kto zdawał sobie sprawę, że moja wieś to nie Legionowo czy Piaseczno, tylko zwykła dziura w środku Puszczy Piskiej, skąd wszędzie jest daleko i zawsze nie po drodze. “Wsiura jakaś – zwykło się takie określać” wystukują moje palce, nieświadome, że wystukują kolejną trampolinę, po której już nic nie będzie takie, jak kiedyś…

 

 

 

 

 

Te dwa teksty już dawno nie są w czołówce tekstów z największą liczbą odsłon. Mają jakieś marne 5, czy 6 tysięcy, a jednak to one, a raczej to, co się po nich zdarzyło, są najważniejszymi tekstami w mojej blogowej karierze. To po nich właśnie, mogłam zapełnić zakładkę “O mnie” w wywiady, wspominki, miłe słowa. To po nich powstał reportaż do “Znaku”, wywiad w Na Temat, ranking Kominka, wywiad w Trójce i wszystko. To one, te wypłakane teksty, są moją jedyną słabością, której opisanie, pozwoliło mi stać tu przed wami w tej formie, w jakiej stoję.

 

 

 

 

 

Czytam raz na jakiś czas wynurzenia mniej lub bardziej znanych blogerów o tym, jaka to blogosfera sprzedajna, wszystko dla kasy, lajki kupione, czytelnicy zapędzeni skądś tam, na blogu nic ciekawego, a sława blogera wzięła się niesprawiedliwie, przez przypadek, znajomości, wróżkę, elfa czy innego tarocistę. Czytam to i przypominam sobie te wszystkie noce, kiedy ukrywając się przed rodziną, pisałam teksty, analizowałam teksty innych, czytałam wszystkie branżowe wypociny, uczyłam się na swoich własnych błędach,  wpadkach, na błędach i wpadkach innych, a z moich krwawiących po kolejnej nieprzespanej nocy oczu wylatywało jedno tylko pytanie: kiedy będę miała czas usiąść i spokojnie coś napisać? Pisanie. Pisanie. Tylko to. I to, żeby ktoś to kiedyś przeczytał. Nie miałam sławnego męża, wujka, siostry, koleżanki, nikogo, kto by wsparł mnie dobrą radą, dobrym słowem, linkiem czy choćby zachętą. Miałam za to wciąż urywający się internet i żeby z niego skorzystać, nie raz, nie dwa, pisałam, a potem stałam na stole, żeby złapać zasięg i w tym jednym momencie nacisnąć “opublikuj”. Wszystko, do czego przez te dwa lata doszłam, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, zawdzięczam wyłącznie sobie i tym wszystkim nieprzespanym, pełnym determinacji nocom oraz wrodzonemu sprytowi, gdy ściemniałam Chłopu, że te ostatnie 50 zł, co mieliśmy na koncie, wydałam na mleko dla dziecka, a nie na większy transfer netu, żeby publikować, publikować, uczyć się, rozwijać.

 

 

Tych wyrzeczeń, tego trudu włożonego w blog, tych godzin, dób, poświęconych na odpisywanie czytelnikom, tworzenie kolejnych tekstów, szukanie tematów, pisanie, badanie, szukanie, wnioski, tego wszystkiego nie zrozumie nikt, kto bez żadnego wsparcia [najbliższych, znajomych, w sumie nikogo] nie blogował przynajmniej przez rok. Czytam te pełne wyrzutów teksty kogoś, kto pisze raz na tydzień i dziwi się, że po dwóch miesiącach dalej nikt go nie czyta, aż wreszcie swoją frustrację wylewa na bogu ducha winną blogerkę, która zdarła paznokcie na klawiaturze, i już nawet nie wie, czy to serio, czy ironia i… się nie wściekam.  Przecież każdy kiedyś sam dojdzie do tego, że machając łopatą od czasu do czasu można wykopać jedynie kilka dołków na psie odchody. I nie pomoże mąż, żona czy koleżanka blogerka, jeśli ten ktoś zwyczajnie nie przykłada do swojej pracy, hobby, zainteresowania, jakkolwiek to nazwać – serca. Serca, tak! Bo mimo powszechnej opinii, że każdy blog, który zarabia, jest zwykłym biznesem, trudno byłoby ten biznes rozkręcić, gdyby nie serce, poświęcenie, determinacja i zwyczajna radość z tego, że można zarobić na życie, robiąc to, co się kocha i czemu poświęciło się kilka tysięcy godzin. Często nocnych. I awantur z tymi, którzy cały czas ci mówią, żebyś skończyła to robić, bo nic z tego nie będziesz mieć.
Gdy wracam myślami do tego czasu, oprócz radości, że przeszłam przez to wszystko sama, w oczach pojawiają się łzy. Jakieś takie sentymentalne, bo mimo wszystko, ten pierwszy  i drugi rok był najlepszym, co mogło mnie w życiu spotkać. Mimo wszystko. Przez te dwa lata miałam sporo zwątpień, wiele zawodów, masę rozczarowań, ale zaczynam trzeci rok blogowania i dochodzę do wniosku, że nic nie było mi tak bardzo niezbędne, jak właśnie to wszystko, co się zdarzyło. Nauczyłam się swoistego ignorowania rzeczy, na które nie mam wpływu, przestałam zwracać uwagę na uwagi ludzi, którzy nawet w jednej dziesiątej nie mają pojęcia, co robię i z pojedynczych zdarzeń starają się wyciągnąć moją średnią, a na koniec – przekonać mnie do swoich własnych wyliczeń. Przez te dwa lata poznałam więcej ludzi niż mogłabym się spodziewać poznać w miejscu na krańcu świata i nauczyłam się najważniejszej chyba w życiu rzeczy – nieoceniania ich po pozorach, po sugestiach, pogłoskach i wciskanych na siłę opiniach. Przez te dwa lata byłam kilkanaście razy wspominana w prasie, w radiu, podobno nawet w telewizji, choć do tej ostatniej nie jest mi po drodze, bo oprócz dziwnego głosu mam jeszcze twarz i słowotok. Przez te dwa lata czytało mnie miesięcznie od 20 do 40 tysięcy ludzi, dostałam prawie 5000 maili od czytelników, udostępniono moje teksty z tryliard [nie byłam w stanie ogarnąć tej ilości] razy, a mnie samą, w tych rzadkich chwilach, gdy byłam w cywilizowanym miejscu, rozpoznano kilkadziesiąt razy właśnie jako Jaskółkę z tego bloga “Matka jest tylko jedna”.

 

 

 

Dwa lata w sieci. W dalszym ciągu nie czuję się częścią blogosfery, bo w dalszym ciągu dzielą mnie od niej kilometry lasu i swoiste uwielbienie, które musiałam w sobie wypracować, do spokoju i samotności. Być może to właśnie pozwala mi darzyć sympatią większość blogerów, bo dzięki odizolowaniu się od podszeptów, plotek, rozgawor i innych dylematów, jestem w stanie darzyć sympatią każdego, kto w swojej blogowej drodze razem ze mną wystukuje na ekran litery i z pewnością zna większość rozterek, jakie i mną targały. To, mimo wszystko, pozwala mi postawić znak równości między mną a resztą, a takie wydarzenia jak Blog Forum Gdańsk czy Blogowigilia [na której w tym roku nie mogłam być] tylko mnie w słuszności tego znaku upewniają. Nie miałabym czystego sumienia, gdybym powiedziała, że kogoś nie darzę sympatią albo nie lubię. Każdy ma swoje dobre strony i tego, mam nadzieję, będę się trzymać do końca.

 

 

 

 

***

 

 

Dwa lata temu usiadłam przed komputerem, korzystając z chwili drzemki rocznego [bez miesiąca] Kosmyka, i przesiedziałam przed nim godzinę, robiąc i czytając wszystko, czyli nie robiąc nic. Moje życie w zasadzie było uzależnione od tych krótkich chwil przy komputerze, bo tylko on od pół roku, od czasu wyprowadzki z Warszawy, był moim kontaktem ze światem. Kontaktem, który prowadził tylko w jednym kierunku, bo ja sama przez pół roku cierpliwie milczałam i… zaczynałam coraz bardziej żałować skazania siebie na to zesłanie. Pamiętam ten dzień, w którym przez przypadek weszłam w zakładkę z blogiem założonym tuż po pierwszym teście ciążowym. Tkwił on w czeluściach netu, a ja pomyślałam, że skoro i tak notuję sobie w zeszycie co nieco, to równie dobrze mogłabym zacząć to robić w komputerze. Przynajmniej ten wyżebrany limit 1 giga transferu na coś się przyda. Miesiąc później miałam już za sobą 50 tekstów na blogu, kilka awantur, że ciągle siedzę przed komputerem i niesamowitą dla mnie ilość – 5 tysięcy unikalnych użytkowników. Myślałam, że złapałam pana boga za nogi. A to było tylko jego pierdnięcie.

 

 

 

 

Dwa lata temu powstała Matka jest tylko jedna. Dziś zaczyna się kolejny rok jej trwania w sieci. Czy odniosłam sukces? Z pewnością, jeśli wezmę pod uwagę to, że udowodniłam kilku osobom i parunastu czytelnikom, że nie trzeba być bogatym, mieć wtyków, znajomości. nie wiadomo jak ładnego domu, dziecka, męża czy kogokolwiek, żeby móc wziąć się w garść i najnormalniej w świecie zacząć robić to, czego się chce. To nie popularność bloga, jaka by ona nie była, stała się moim sukcesem, ale to, że miałam odwagę, nie umiejąc tak naprawdę nic, nie znając świata blogosfery i posiadając jedynie jako taką umiejętność pisania [nawet banera nie umiałam na początku na blogspota wstawić!] i ogromną determinację zrobienia czegoś, postawić wszystko na jedną kartę i poświęcić się bez reszty czemuś, o czym od zawsze marzyłam.

 

 

Na koniec- serdeczne podziękowania dla dwóch osób, które były moimi wędkami [choć ta druga może nawet nie wie, że była] w tej mojej początkowej drodze: Ilona, Marlena. Zawsze będę wam to pamiętać 🙂

 

 

 

 

Czy 2015 rok będzie jeszcze lepszy niż te dwa poprzednie lata? Nie spodziewam się wiele. Zdarzyło się już dość rzeczy, o których nie śmiałam nawet myśleć, więc i tym razem zdaję się na łut szczęścia. Cokolwiek, złego czy dobrego, mi przyniesie ten rok, przyjmę to na klatę. I za wszystko podziękuję. Tak, jak dziękuje teraz wam, że jesteście tu ze mną. Niektórzy od samego początku! To dla was własnie piłam czasami trzecią kawę w nocy i widzę, jestem przekonana, że było warto 🙂

 

 

 

 

 

 

You May Also Like