Siedziałam na kamiennej ławce i gryzłam kanapki od mamy. Byłam po lekcjach i zajęciach z basenu, ale za godzinę czekało mnie jeszcze spotkanie gazetki szkolnej, a późnym wieczorem – samorządu. Nie mogłam wrócić do domu – nie miało to sensu. Rodzice mieliby jechać po mnie, żeby za 15 minut w domu znów odwozić do miasta? Dzieci z miasteczka szły na obiad do swoich mam, a mi czas na kamieniu urozmaicała książka. I zerkanie. Kanapki miałam z serem i pomidorem. Ulubione. Nie byłam dzieckiem z miasteczka. Byłam ze wsi. Z lasu.

 

Rok później dodają nam jakieś lekcje i nie czekam już po basenie na zajęcia gazetki szkolnej. Wychodzę z treningu z mokrymi włosami i mimo siarczystego mrozu, pędzę przez miasteczko, żeby zdążyć porozmawiać o nowym tekście, który ostatnio napisałam. Mokre włosy zaczynają mi po pierwszych metrach zamarzać i do mieszkania nauczycielki wpadam niczym królowa śniegu. Zaczynam od razu gadać i żartować, śmiała i rezolutna, „prawie jak z miasta”. Prawie, bo po wyjściu zaczynam milczeć. I milczę już do późnego wieczora, czytając książki w pokoju na poddaszu. Czasem wyglądam przez okno i wypatruję, czy jenot nie zżera jabłek, czasem zejdę na dół do rodziców. Ale nie mówię dużo. Czasem nie trzeba dużo mówić.

 

– Przepraszam?
– Tak?
– Ja wiem, że pani nie stąd, ale może wie pani, gdzie jest tu jakiś sklep?
– Jestem stąd, tu za zakrętem jest sklep moich rodziców!
– Naprawdę? Pani tu mieszka? I nie chodzi w skórach?

 

Cała rozmowa odbywa się po niemiecku. Trochę dziwnie spotkać dziewczynę ze wsi mówiącą po niemiecku i w nowych lewisach na dupie.

 

 

Wiejskie dziecko

 

 

Zazwyczaj postrzegano mnie stereotypowo. Mieszkam na wsi, to nie mam, nie znam, nie umiem. Tymczasem to ten strach przed stereotypem pchał mnie i moich rodziców do tego, żebyśmy my – jaskółkowe siostry – miały, znały, umiały. Wyjazd na narty, wyjazd na kolonie letnie, weekendowe wypady do Warszawy, żeby zobaczyć, zwiedzić, poznać. Skończyłam liceum świetnie zorientowana w kinie, teatrze, muzeach, a do tego taka, co i na nartach, na łyżwach, na koniu, na żaglówce, a ewentualnie przepłynie wpław. Dopiero na studiach moja chęć poznania zanikła, bo… mieszkając w mieście i pracując, zaczęło mi brakować czasu. Dziwne. A wszystko pod bokiem…

 

 

Samotność

 

 

Stale obecna, po raz pierwszy zaczęła doskwierać, kiedy urodziłam dziecko. Choć  tamten tekst inspirowany był rozmową z innymi. Mi najbardziej doskwierało chyba to, że nie mogę oddychać powietrzem wtedy, kiedy mam na to ochotę. Nie ma takiego wózka, który pokonałby mazurskie drogi. Nie było takiej galerii, która pozwoliłaby mi się skryć z dzieckiem pod dachem i w spokoju zrobić zakupy. Czy to trudne być samemu? Pewnie tak samo, jak być z ludźmi i tolerować ich wybryki i wpadki. Rozmowy o niczym, byle podtrzymać stosunki. Byle wyjść z pewnością, że jeszcze się znamy, jeszcze lubimy. Jakbyśmy do następnego spotkania mieli się diametralnie od siebie odwrócić. Bo nie padło „jak żyjesz” albo „u nas dobrze”.

 

 

Patologia

 

 

Nie, nie umiałam prowadzić życia towarzyskiego. Nawet gdy jeszcze mieszkałam w mieście, nie umawiałam się na wspólne wyjścia do klubów. Wpadałam sama, często grubo po północy. Witana radosnymi okrzykami podpitych koleżanek albo i nie witana. Patrząca. Zawsze się dziwiłam tej jeździe miastowych na upicie się. Ja swoje pierwsze wino wypiłam tuż przed bierzmowaniem [na szczęście od księdza zionęło bardziej niż od nas], a jeszcze w liceum starałam się zagryźć papryką smak czerwonej kartki. Żeby tata nie wyczuł. Za pół godziny po mnie przyjedzie. Później patrzyłam się na dziewczyny, które w swojej dorosłości smakowały zakazany owoc i dziwiłam się, że robią to jak któryś mój kot. Rzygał po mleku, ale dalej je chłeptał jak ocipiały. W sumie na studiach upiłam się jeden jedyny raz.

 

Nie, nie był tego wart.

 

Czasem wychodziłam z wykładu wcześniej tylko po to, żeby nie gadać o tym, jak bardzo ktoś jest fajny czy głupi i zwyczajnie chłonąć rzeczywistość.

 

 

Powiedz mi, że czegoś nie lubisz, a na pewno zechcę to poznać

 

 

 

Nie, nie lubiłam głównych dróg. Wolałam pobocza. Na nic mi informacja, którą ktoś uprzejmie przekazywał, sama musiałam sprawdzić, sama się przekonać. Nie ufaj. Mimo wpojonej jakimś cudem ogłady, dalej byłam jak ten leśny zwierzak, co to może da się pogłaskać raz czy dwa, ale kiedyś skorzysta z okazji i zwieje. Być może to pozwoliło mi ogarnąć tę całą patologię miejskiego splendoru. I rzadko kiedy się na kimś zawiodłam. Nie miałam dużych oczekiwań. Ludzie byli mi potrzebni do tego, żeby ich poznawać, nie po to, żeby ich oceniać.

 

 

 

Po co to wszystko? 

 

 

Co mi dało wychowanie na wsi [na wsi, nie na przedmieściach, przedmieścia czy małe miasteczka to inna bajka]? Przede wszystkim spokój. Czas na zastanowienie się, czego właściwie chcę i czego potrzebuję. Mój pokój na poddaszu był autentyczną twierdzą, rzadko odwiedzaną przez tabuny sąsiedzkich dzieci. Do tej pory w każdym miejscu, w którym jestem, szukam sobie takiego fragmentu przestrzeni, w której ktoś, przynajmniej przez godzinę lub dwie, nie będzie mi zawracał gitary. Cieszę się byciem sama ze sobą. Doceniam to. Umiem być sama. Czasem bardziej niż moje koleżanki i koledzy z miasta, którzy bycie samemu postrzegają czasem jako karę. Dla mnie to w pewnym sensie nagroda.  Być może też dlatego nauczyłam się liczyć przede wszystkim na samą siebie – nie oczekiwać, że ktoś coś za mnie zrobi, naprawi, kupi. Samodzielność, umiejętność radzenia sobie, pracowitość, determinacja – bo z jakiej paki mam oczekiwać, że ktoś, oprócz swoich problemów, zacznie się przejmować moimi? Kogo obchodzi, że do najbliższego centrum handlowego miałam 50 kilometrów? Życie. Inni potrafią, ja też będę umieć, choćbym miała jechać do tego miasta na stopa.

 

Przeważnie mówi się, że wiejskie dzieci są wycofane. Że nie potrafią się socjalizować z dziećmi z miasta. Poniekąd to prawda, ale powód tego jest inny niż wszyscy przypuszczają. Wiejskie dzieci nie lubią hałasu. Hałas je męczy. Kilkugodzinne przekrzykiwania, śmiechy, szum miasta, w pewnym momencie zaczyna ciążyć, mającej w głowie szum lasu i wiatr w polu, głowie. Owszem, do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale ja swoje pierwsze miesiące non stop w mieście wspominam z nieustającą migreną w tle.

 

W pewnym momencie zauważyłam też, że mam wywalone. Nie zależy mi na poklasku wszystkich, nie obchodzi mnie, co inni o mnie mówią. Na wsi, w małych społecznościach, każdy coś o kimś mówi i bardzo szybko nauczyłam się, że nie nie ma najmniejszego sensu tym się przejmować. W świecie, w którym od opinii innych zależy praktycznie wszystko, trochę to rzadkie, ale w rzeczywistości bardzo mi pomogło. Chcę czuć się dobrze sama ze sobą, jeśli ty masz problem ze mną, kiś się z tym w swojej norce i nie psuj mi humoru. Ludzie zawsze będę gadać. W mieście tylko mniej się to słyszy i pewnie dlatego bardziej boli.

 

Czy kiedykolwiek moje wiejskie wychowanie sprawiło mi jakiś kłopot? Zapewne nie mam tej siły przebicia, co walczące przez całe życie w wyścigu szczurów dzieci miejskie. Nigdy nie walczyłam o najlepsze oceny, nie kłóciłam się o piątkę, czwórkę, wiedziałam, że nie muszę być najlepsza we wszystkim, żeby być wartościowa. To cenna cecha, ale jednak stawiająca czasem kłody pod nogi, bo na przykład nie mogę się przełamać, żeby wyrafinowanymi sposobami skłonić was do wysłania na mnie smsa za złotówkę w konkursie na Blog Roku. Miałam mnóstwo pomysłów, ale coś  mi w głowie stuka, czy ten wyścig to ja? Czy to będzie moja droga – przez cały rok walczyć o udowodnienie, że ta złotówka od każdego z was miała sens i spełniłam swoje zadanie? Nie wiem.  Nie lubię prostych dróg. Lubię pobocza.

 

 

 

A ja położę moją wiejską rodziną spać i popatrzę jeszcze na zdjęcia ze spaceru nad jezioro. Czy Kosmykowi wyjdzie na dobre wiejskie wychowanie? Myślę, że wziął tak dużo z mojego charakteru, że nigdzie indziej nie będzie mu lepiej.

 

 

 

download (8)

 

download (9)

 

download (12)

 

download (13)

 

download (14)

 

download (20)

 

download (21)

 

download (22)

 

download (23)

 

download (24)

 

 

download (25)

 

download (16)

 

download (17)

 

download (26)

 

download (27)

 

download (18)

 

download (19)

 

 

 

Tekst jest w pewnym sensie przygotowaniem do obszerniejszego studium o tym, gdzie korzystniej wychowywać dziecko – na wsi czy w mieście? Może pomożecie i napiszcie mi swoje odczucia?