Siedziałam na kamiennej ławce i gryzłam kanapki od mamy. Byłam po lekcjach i zajęciach z basenu, ale za godzinę czekało mnie jeszcze spotkanie gazetki szkolnej, a późnym wieczorem – samorządu. Nie mogłam wrócić do domu – nie miało to sensu. Rodzice mieliby jechać po mnie, żeby za 15 minut w domu znów odwozić do miasta? Dzieci z miasteczka szły na obiad do swoich mam, a mi czas na kamieniu urozmaicała książka. I zerkanie. Kanapki miałam z serem i pomidorem. Ulubione. Nie byłam dzieckiem z miasteczka. Byłam ze wsi. Z lasu.

 

Rok później dodają nam jakieś lekcje i nie czekam już po basenie na zajęcia gazetki szkolnej. Wychodzę z treningu z mokrymi włosami i mimo siarczystego mrozu, pędzę przez miasteczko, żeby zdążyć porozmawiać o nowym tekście, który ostatnio napisałam. Mokre włosy zaczynają mi po pierwszych metrach zamarzać i do mieszkania nauczycielki wpadam niczym królowa śniegu. Zaczynam od razu gadać i żartować, śmiała i rezolutna, „prawie jak z miasta”. Prawie, bo po wyjściu zaczynam milczeć. I milczę już do późnego wieczora, czytając książki w pokoju na poddaszu. Czasem wyglądam przez okno i wypatruję, czy jenot nie zżera jabłek, czasem zejdę na dół do rodziców. Ale nie mówię dużo. Czasem nie trzeba dużo mówić.

 

– Przepraszam?
– Tak?
– Ja wiem, że pani nie stąd, ale może wie pani, gdzie jest tu jakiś sklep?
– Jestem stąd, tu za zakrętem jest sklep moich rodziców!
– Naprawdę? Pani tu mieszka? I nie chodzi w skórach?

 

Cała rozmowa odbywa się po niemiecku. Trochę dziwnie spotkać dziewczynę ze wsi mówiącą po niemiecku i w nowych lewisach na dupie.

 

 

Wiejskie dziecko

 

 

Zazwyczaj postrzegano mnie stereotypowo. Mieszkam na wsi, to nie mam, nie znam, nie umiem. Tymczasem to ten strach przed stereotypem pchał mnie i moich rodziców do tego, żebyśmy my – jaskółkowe siostry – miały, znały, umiały. Wyjazd na narty, wyjazd na kolonie letnie, weekendowe wypady do Warszawy, żeby zobaczyć, zwiedzić, poznać. Skończyłam liceum świetnie zorientowana w kinie, teatrze, muzeach, a do tego taka, co i na nartach, na łyżwach, na koniu, na żaglówce, a ewentualnie przepłynie wpław. Dopiero na studiach moja chęć poznania zanikła, bo… mieszkając w mieście i pracując, zaczęło mi brakować czasu. Dziwne. A wszystko pod bokiem…

 

 

Samotność

 

 

Stale obecna, po raz pierwszy zaczęła doskwierać, kiedy urodziłam dziecko. Choć  tamten tekst inspirowany był rozmową z innymi. Mi najbardziej doskwierało chyba to, że nie mogę oddychać powietrzem wtedy, kiedy mam na to ochotę. Nie ma takiego wózka, który pokonałby mazurskie drogi. Nie było takiej galerii, która pozwoliłaby mi się skryć z dzieckiem pod dachem i w spokoju zrobić zakupy. Czy to trudne być samemu? Pewnie tak samo, jak być z ludźmi i tolerować ich wybryki i wpadki. Rozmowy o niczym, byle podtrzymać stosunki. Byle wyjść z pewnością, że jeszcze się znamy, jeszcze lubimy. Jakbyśmy do następnego spotkania mieli się diametralnie od siebie odwrócić. Bo nie padło „jak żyjesz” albo „u nas dobrze”.

 

 

Patologia

 

 

Nie, nie umiałam prowadzić życia towarzyskiego. Nawet gdy jeszcze mieszkałam w mieście, nie umawiałam się na wspólne wyjścia do klubów. Wpadałam sama, często grubo po północy. Witana radosnymi okrzykami podpitych koleżanek albo i nie witana. Patrząca. Zawsze się dziwiłam tej jeździe miastowych na upicie się. Ja swoje pierwsze wino wypiłam tuż przed bierzmowaniem [na szczęście od księdza zionęło bardziej niż od nas], a jeszcze w liceum starałam się zagryźć papryką smak czerwonej kartki. Żeby tata nie wyczuł. Za pół godziny po mnie przyjedzie. Później patrzyłam się na dziewczyny, które w swojej dorosłości smakowały zakazany owoc i dziwiłam się, że robią to jak któryś mój kot. Rzygał po mleku, ale dalej je chłeptał jak ocipiały. W sumie na studiach upiłam się jeden jedyny raz.

 

Nie, nie był tego wart.

 

Czasem wychodziłam z wykładu wcześniej tylko po to, żeby nie gadać o tym, jak bardzo ktoś jest fajny czy głupi i zwyczajnie chłonąć rzeczywistość.

 

 

Powiedz mi, że czegoś nie lubisz, a na pewno zechcę to poznać

 

 

 

Nie, nie lubiłam głównych dróg. Wolałam pobocza. Na nic mi informacja, którą ktoś uprzejmie przekazywał, sama musiałam sprawdzić, sama się przekonać. Nie ufaj. Mimo wpojonej jakimś cudem ogłady, dalej byłam jak ten leśny zwierzak, co to może da się pogłaskać raz czy dwa, ale kiedyś skorzysta z okazji i zwieje. Być może to pozwoliło mi ogarnąć tę całą patologię miejskiego splendoru. I rzadko kiedy się na kimś zawiodłam. Nie miałam dużych oczekiwań. Ludzie byli mi potrzebni do tego, żeby ich poznawać, nie po to, żeby ich oceniać.

 

 

 

Po co to wszystko? 

 

 

Co mi dało wychowanie na wsi [na wsi, nie na przedmieściach, przedmieścia czy małe miasteczka to inna bajka]? Przede wszystkim spokój. Czas na zastanowienie się, czego właściwie chcę i czego potrzebuję. Mój pokój na poddaszu był autentyczną twierdzą, rzadko odwiedzaną przez tabuny sąsiedzkich dzieci. Do tej pory w każdym miejscu, w którym jestem, szukam sobie takiego fragmentu przestrzeni, w której ktoś, przynajmniej przez godzinę lub dwie, nie będzie mi zawracał gitary. Cieszę się byciem sama ze sobą. Doceniam to. Umiem być sama. Czasem bardziej niż moje koleżanki i koledzy z miasta, którzy bycie samemu postrzegają czasem jako karę. Dla mnie to w pewnym sensie nagroda.  Być może też dlatego nauczyłam się liczyć przede wszystkim na samą siebie – nie oczekiwać, że ktoś coś za mnie zrobi, naprawi, kupi. Samodzielność, umiejętność radzenia sobie, pracowitość, determinacja – bo z jakiej paki mam oczekiwać, że ktoś, oprócz swoich problemów, zacznie się przejmować moimi? Kogo obchodzi, że do najbliższego centrum handlowego miałam 50 kilometrów? Życie. Inni potrafią, ja też będę umieć, choćbym miała jechać do tego miasta na stopa.

 

Przeważnie mówi się, że wiejskie dzieci są wycofane. Że nie potrafią się socjalizować z dziećmi z miasta. Poniekąd to prawda, ale powód tego jest inny niż wszyscy przypuszczają. Wiejskie dzieci nie lubią hałasu. Hałas je męczy. Kilkugodzinne przekrzykiwania, śmiechy, szum miasta, w pewnym momencie zaczyna ciążyć, mającej w głowie szum lasu i wiatr w polu, głowie. Owszem, do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale ja swoje pierwsze miesiące non stop w mieście wspominam z nieustającą migreną w tle.

 

W pewnym momencie zauważyłam też, że mam wywalone. Nie zależy mi na poklasku wszystkich, nie obchodzi mnie, co inni o mnie mówią. Na wsi, w małych społecznościach, każdy coś o kimś mówi i bardzo szybko nauczyłam się, że nie nie ma najmniejszego sensu tym się przejmować. W świecie, w którym od opinii innych zależy praktycznie wszystko, trochę to rzadkie, ale w rzeczywistości bardzo mi pomogło. Chcę czuć się dobrze sama ze sobą, jeśli ty masz problem ze mną, kiś się z tym w swojej norce i nie psuj mi humoru. Ludzie zawsze będę gadać. W mieście tylko mniej się to słyszy i pewnie dlatego bardziej boli.

 

Czy kiedykolwiek moje wiejskie wychowanie sprawiło mi jakiś kłopot? Zapewne nie mam tej siły przebicia, co walczące przez całe życie w wyścigu szczurów dzieci miejskie. Nigdy nie walczyłam o najlepsze oceny, nie kłóciłam się o piątkę, czwórkę, wiedziałam, że nie muszę być najlepsza we wszystkim, żeby być wartościowa. To cenna cecha, ale jednak stawiająca czasem kłody pod nogi, bo na przykład nie mogę się przełamać, żeby wyrafinowanymi sposobami skłonić was do wysłania na mnie smsa za złotówkę w konkursie na Blog Roku. Miałam mnóstwo pomysłów, ale coś  mi w głowie stuka, czy ten wyścig to ja? Czy to będzie moja droga – przez cały rok walczyć o udowodnienie, że ta złotówka od każdego z was miała sens i spełniłam swoje zadanie? Nie wiem.  Nie lubię prostych dróg. Lubię pobocza.

 

 

 

A ja położę moją wiejską rodziną spać i popatrzę jeszcze na zdjęcia ze spaceru nad jezioro. Czy Kosmykowi wyjdzie na dobre wiejskie wychowanie? Myślę, że wziął tak dużo z mojego charakteru, że nigdzie indziej nie będzie mu lepiej.

 

 

 

download (8)

 

download (9)

 

download (12)

 

download (13)

 

download (14)

 

download (20)

 

download (21)

 

download (22)

 

download (23)

 

download (24)

 

 

download (25)

 

download (16)

 

download (17)

 

download (26)

 

download (27)

 

download (18)

 

download (19)

 

 

 

Tekst jest w pewnym sensie przygotowaniem do obszerniejszego studium o tym, gdzie korzystniej wychowywać dziecko – na wsi czy w mieście? Może pomożecie i napiszcie mi swoje odczucia?

  • Marika

    Wiesz co, podczytuję Twój blog od jakiegoś czasu, ale dopiero ten wpis zmusił mnie do komentarza. A będzie on krótki: jakbym czytała o sobie. Pozdrawiam bardzo ciepło!

  • Jowita Romaniuk Miny Niny

    Ja nie jestem ze wsi, jestem z małego miasteczka, ale moje życie idzie w kierunku wsi ogromnymi krokami i zabieram tam ze sobą swoją Dziewczynkę. Kilka dobrych lat spedziałam w miastach. Zawsze zresztą słyszałam, ze powinnam wyjechać, bo jestem „inna” i marnuję się na prowincji. Spróbowałam i wróciłam. Męczy mnie hałas i zgiełk, światła i tłum. Lubie miasto odwiedzać, ale wiem, ze nie chcę tam już żyć. I moje dziecko też nie będzie. Na razie 🙂

  • -JoAnna
    -Jo tyż ze wsi….
    Nie czuję sie gorsza, choć chciano mi to wmówić, ludzie wychowani na wsi, ”idący” do miasta często są bardziej miastowi niż tacy wychowani z dziada pradziada w wielkim mieście… Wiem jak wygląda brzoza, krwawnik i żyto, za płotem zaczyna się las, a kiedyś moze uda mi się mieć jezioro, spokoju mam tyle co kot napłakał i spokojnie moge oglądać tv u siąsiada… za darmo.
    Jestem ze wsi.

    • Pamietam kiedyś uwagę mojej przyjaciółki z wawy – że ja ze wsi lepiej się w mieście orientuję niż ona z Żoliborza 😀

  • Momentami, jakbym czytała o sobie… mazurska (trochę warmińska) wieś, staw, jezioro, pola, więcej pól niż lasów (w lesie strzelnice, przy których rozstrzeliwano niewygodnych wojennych), żurawie, dziki, lisy, sarny, zające, ptaki – mnóstwo ptaków, mrowie kotów, sad i drzewa wszystkie moje i kępa przylaszczek w rowie pod kaliną (do dziś jest)… tak to wspominam. Dzieciństwo na wsi. Bez innych dzieci – tylko ja i trzy koleżanki sosenki.
    Najpiękniejsze dzieciństwo, jakie mogłam wyśnić, najpiękniejszy dom, las, staw. Potem przeprowadzka na inną wieś, już nie moją – dom przy domu, ludzie, psy, samochody. Studia – to samo, co u Ciebie Jaskółko – zgiełk, brak horyzontu, przestrzeni, ptaków, oddechu i rzadkie powroty, i ucieczki rowerem w polne drogi. Życie z przyszłymi polonistkami – osobna bajka na osobny temat.

    Także tak – masz rację, tak to wygląda u wielu dzieciaków ze wsi (znam przynajmniej kilka :). Miastowi powiedzą, że super, że osiedla, trzepaki, boiska pod oknem, kumple, piłka i co tam jeszcze – niektórzy nawet krowy mieli za blokiem! Ale to nie to, Drodzy Państwo, to nie to.

    Kosmyku, trzymaj się puszczy rękami i nogami!! Liźnij miasta (bo trzeba) i wracaj! Pozdrowienia od chłopaków Mamhaki, może kiedyś wpadniemy i pokażesz nam siostrę/brata – a my powiemy Ci, że na początku jest z nią/nim trudno, ale potem już z górki! 😀

    • Lubisz Witkacego

      Myślę, że to kwestia nie tylko wwychowania na wsi, ale także osobowości. Za nic nie oddałabym swego dorastania na wsi i tego, że po życiu w mieście na wieś wróciłam. Ale mieszmieszkając w mieście z miasta korzystałam, lubiłam wychodzić na miasto i spotykać się z licznymi przyjaciółmi i choć przyjaciele odwiedzają i mamy częsty kontakt, to tych miastowych spotkañ bardzo mi brakuje, bo jestem bardzo towarzyska z natury.

  • Niemal całe życie na wsi mieszkam. Też lubię spokój, ciszę i nie boję się samotności. Uwielbiam włóczyć się po lesie, który mam tuż pod domem. Moja córka gdy była pierwszy raz w większym wojewódzkim mieście po kilku minutach od wyjścia z auta spytała co tu tak śmierdzi 🙂 A nawet 3 lat wtedy nie miała.
    Tu dodam że mieszkamy na nie rolniczej wsi więc i te ,,swojskie” zapachy są nam obce.
    Nigdy nie czułam się gorsza od miastowych dzieci i mam nadzieję że moje też nie będą się czuć.
    A w małej wiejskiej społeczności drażni mnie tylko nadmierna chęć plotkowania i zbytnie interesowanie się czyimś życiem. No ale czymś ludzie dla rozrywki muszą tu się zająć 🙂

  • W mieście jest lepiej. Na wsi jest mało (wcale?) latarni, nocą w domu jest ciemno, przed domem jest ciemno i jak tu w takich warunkach zgrywac nieustraszoną matkę, na której zawsze można polegać.

    • Ja mieszkam na wsi i mam lampę uliczną naprzeciwko okien dziecięcego pokoju. Mają całą noc tak jasno, że nie przewrócę się o żadną zabawkę na podłodze.

  • Naprawdę dobry tekst! Od zawsze mieszkam w mieście i najbardziej boli wieczne gnanie i brak czasu.

  • Joanna Krzyżanowska

    Mieszkam na wsi… całe życie… chciałam do miasta ale mąż chciał zostać… więc zostaliśmy… żałuje tylko wtedy kiedy co tydzień trawe trzeba kosić…

    • A ja żałuję tylko wtedy gdy wracam z zakupów i okazuje się, że zapomniałam kupić kawy albo chleba 🙂

      • Wtedy są wiejskie sklepiki na szczęście, tylko czasem tel ULUBIONEJ kawy brak.

        • Joanna Krzyżanowska

          No tak tylko, że jak jesteś w domu sama z dwójką dzieci to wybranie się do wiejskiego sklepiku po „kawe” trwa 2 godziny…

          • I poza kawą zawiera np. słodką bułkę (u nas), ulepienie bałwana po drodze, walkę na śnieżki i kto wie co jeszcze. Wiem co mówię – mam trojkę. Może dlatego kawy nie pijam 😀

  • Całe życie mieszkałam w mieście, i to dużym. Nie umiem inaczej, wieś mnie przeraża… Może gdybym wychowała się na wsi byłabym mniej strachliwa…

  • Kiedyś przez rok pracowałam w małej wiejskiej szkole – łącznie dwadziepare osób od zerówki po szóstą klasę. I dla mnie największa różnica między tymi dziećmi, a dziećmi z wielkich szkół z miasta była taka, że te ze wsi były dużo bardziej samodzielne i dużo bardziej cieszyły się wszystkim niż dzieci z miasta. Już od pierwszej klasy same musiały przechodzić przez ulicę, bo szkoła były w dwóch budynkach po dwóch stronach drogi. Starsze często pilnowały młodszych, nawet do tego stopnia, że sprawdzały, kto nie założył czapki. Praktycznie samodzielnie prowadziły sklepik. Każda wycieczka, czy głupie robienie gofrów w szkole było dla nich powodem do radości.
    Później dla odmiany pracowałam w dużej szkole w większym mieście, gdzie dzieci przez całą pierwszą klasę musiały być sprowadzane przez nauczyciela do szatni po lekcjach, za sklepik odpowiedzialna była pani nauczycielka, a żeby dzieci zainteresować jakimś pomysłem, trzeba się było napracować.

    • O, to ciekawe – odczucia nauczycielki 🙂 A jak oceniasz poziom nauczania? Bo mi na przykład lepiej się uczyło w wąskiej grupie wiejskiej szkoły – nie było szans, żeby nie rozmawiać z nauczycielem 🙂

      • Myślę, że z pojedynczej lekcji dzieci w małych grupach wynosiły więcej. Ale zazwyczaj w większych szkołach są większe możliwości zajęć dodatkowych, częściej organizowane są wszelkiego rodzaju konkursy, zawody. Jest ogólnie atmosfera bardziej nastawiona na wyniki (przynajmniej w moim wypadku zawsze tak się trafiało, chociaż pewnie rola konkretnych nauczycieli ma tu znaczenie). Stąd też poziom mimo wszystko w szkołach w mieście może być wyższy. Ale myślę, że to kwestia konkretnych szkół, bo tak to ciężko porównywać.
        Ale na pewno jedna rzecz była uciążliwa w moim przypadku. W tej szkole klasy były tak małe (od dwóch do 6 osób), a ja zazwyczaj staram się w jak największym stopniu wykorzystywać interakcje między uczniami. Szczególnie, że przy nauce języka ciężko jest prowadzić wykład przez 45 minut. I wystarczyło, że w klasie jedno dziecko zachorowało i już nie było możliwości interakcji, a cały mój plan lekcji się rozmywał. Albo jeśli klasie 20osobowej, dwóch uczniów się pokłóci i nie chce współpracować, to zawsze da się tak grupy podzielić, żeby jednak ktoś z kimś się dogadał. A jeśli w klasie czteroosobowej dwójka pokłóci się na śmierć i życie, to o pracy w grupach można zapomnieć;)
        Zatem wszystko ma swoje plusy i minusy

  • Ja mieszkałam na wsi i było mi z tym bardzo dobrze, potem na studia pojechałam do miasta i jakoś było dla mnie tam mniej miejsca niż na wsi, małe mieszkanka, tłok w autobusie i w sklepach. Miasto na weekend jest ok. ale do mieszkania wybieram wieś, dla moich dzieci też. A jak się chce to zawsze można wsiąść w samochód i pojechać dokąd kto chce 🙂 Pozdrawiam

  • Aleksandra

    Moje odczucia już od jakiegoś czasu na blogu – widzę, że mamy podobne zdanie. Nie chcę ci tu linkować, ale zapraszam do przeczytania tekstu „Dzieciństwo na wsi”, jeśli masz ochotę.

  • Karolina

    A ja jestem miastowa i od zawsze mieszkałam w mieście. Był czas, ze potrzebowałam tej dynamiki, tych milionów atrakcji. Teraz czasami marzę o tym, zeby nie słyszeć tego wiecznego szumu samochodów. Ale nawet mieszkając w stolicy nie trzeba ganiać do upadłego. My żyjemy powoli. Nasze dzieci nie chodzą na setki atrakcyjnych zajęć więc nie potrafią mówić po chińsku, robić origami i grać na wiolonczeli. Ale w szkole mogą sobie wybrać kilka dodatkowych zajęć, co niestety na wsi zwykle jest niemożliwe bo takich zajęć nie ma. Mam koleżankę, która uciekła na wieś i tam po lekcjach jest czarna dziura, a zeby wozić je do jakiegoś miasta ma za daleko. Jej dzieci nie mają znajomych bo z wizytowaniem się są jeszcze większe mecyje niż w mieście, i też odbywa sie to z pomocą wozenia dzieci do znajomych, więc głównie siedzą na FB. (BYć moze mówimy o różnych rodzajach wsi, oczywiście, wieś mojej koleżanki jest 40 km od Warszawy;) Rzeczywiście, moje dzieci nie chodzą same do szkoły, bo trzeba przejśc przez kilka świateł i mówią, ze się jeszcze boją (są jeszcze małe), nie mamy też podwórka. MOja dziatwa takze spędza dużo czasu sama, i uwazam że to swietnie. Bo tylko ten, kto ma dużo czasu może się zastanowić co lubi, i robić to co lubi, zamknąć się w pokoju i budować konstrukcje godzinami czy czytać setną książkę. Nie ma to znaczenia czy mieszka się w głuszy czy w środku miasta. To kwestia priorytetów. Natomiast, kogo najbardziej mi z naszej rodziny żal,to kota;) Kot miastowy ma przerąbane. Gdybym wiedziała, ze tak mu będzie trudno żyć na piątym piętrze, nigdy by z nami nie zamieszkał.

    • MMM

      Amen! Wieś czy miasto – liczy się styl życia i podejście do niego!

  • MMM

    Myślę że najkorzystniej wychowywać jest dziecko tam, gdzie my jako rodzice czujemy się dobrze, umiemy wykorzystywać zalety danego miejsca i staramy się rozsądnie rekompensować wady. Jak można w ogóle przesądzić które miejsce jest lepsze? tak jak nie mogą wszyscy mieszkać w mieście, tak nie mogą wszyscy mieszkać na wsi.

  • ZET

    Nie wiem czy kwestia samodzielności dziecka, jego zorientowania (w przestrzeni, w otaczającym świecie) i zaradności jest kwestią miejsca urodzenia i zamieszkania czy sposobu wychowania. Ja pochodzę z miasta (z dziada pradziada, hehe!;)), z Warszawy. Za to wakacje spędzałam na wsi. Na działce, ale jednak na wsi (takiej zapadłej, do sklepu leśną drogą kilka kilometrów). Jako dziecko , w mieście uczyłam się miasta (w trakcie rodzinnych spacerów – historii, architektury, orientacji w terenie, etc. – ot tak w rozmowie), na wsi uczyłam się świata natury i wsi – rodzajów zbóż, drzew, traw, kwiatów, uprawy, zorientowania w terenie, u miejscowych gospodarzy podpatrywaliśmy z rodzeństwem dojenie krów, ,etc,etc, wymieniać można długo. Kocham wieś. I kocham moje miasto.
    W Warszawie mieszkałam w różnych dzielnicach, w różnych dzielnicach miałam i mam rodzinę, tu mieszkam i wychowuję dzieci. Zdaję sobie sprawę z tego, że „mieszczuchy” i miejskie życie mają wiele minusów, że miasto może męczyć(tak, miasto bywa hałaśliwe i krzykliwe, ale też – nie wszędzie…) . Ale miasto to nie samo zło i patologiczne wypaczenie (szukanie poklasku, pozowanie, wyścig szczurów..). Nie wszystkie miejskie dzieci biorą udział w wyścigu szczurów (ja i moje rodzeństwo, a także przyjaciele znaliśmy swoją wartość bez wykłócania się o piątki, bez popisywania się tym czy tamtym). Może ze względu na to w jakim domu się wychowaliśmy i jakie wartości nam wpajano, jakiego podejścia do świata nas uczono?
    W mieście jest bliżej do ludzi (to już kwestia naszego wyboru z kim i jakie kontakty utrzymujemy), bliżej do kultury ( teatry, kina, muzea, galerie), bliżej na mnogość placów zabaw, bliżej do szkół/uczelni, bliżej do szpitala, lepszy wybór lekarzy, bliżej do sklepów… łatwiej pójść na kawę:)
    Nie mam idealistycznego podejścia ani do życia na wsi ani do życia w mieście, widzę ich plusy i minusy, co nie zmienia faktu, że pociąga mnie i jedno i drugie 😉 Żyję w rozdarciu 😛
    PS: a co do „jazdy miastowych na upicie się” – ja na studiach obserwowałam odwrotną tendencję – parcie przyjezdnych na „melanż” i upicie się jak najczęściej i jak najbardziej. I nigdy tego nie rozumiałam i nie zrozumiem, bez względu czy to miastowi czy przyjezdni.

  • Anett OL

    Fajny tekst. Do 30-tki miastowa, teraz wsiowo-miastowa. Mieszkanie na wsi, praca w mieście. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez miasta. Lubię tętno tego tworu, ale może dlatego, że mam balans w postaci ciszy na wsi? Nie wiem, ale od niedawna uwielbiam duże miasta, uwielbiam jeździć do Wawy i Trójmiasta i tam sobie po ulicach chodzić. Nie przyznaję się do tego przed innymi 😉
    Moje dziecię uczęszcza do gminnego-wiejskiego żłobka, jest cudownie. Grupa 12 dzieci, 3 opiekunki, no jak u „cioci na imieninach”, córka do domu nie chce wracać.
    Na wsi najgorszy jest okres zimowy, bardzo źle go przechodzę, te egipskie ciemności, popołudnia spędzane w domu wpędzają mnie co roku w niezbyt ciekawe nastroje ;/ Lato za to jest przecudowne, wracam z roboty (z miasta 😉 i siedzę na trawie, no czego chcieć więcej??
    Już nawet nie wiemy gdzie na wakacje jechać, no bo gdzie, do lasu? kiedy las na płotem? Wiem! do Warszawy!
    Moje dziecko uwielbia wycieczki do miasta, nie da się ukryć, że dla niej (córki mej) widok samochodów, ludzi, sklepów w galerii, ruchomych schodów jest przeżyciem przeogromnym.
    Dobrze że mamy do miasta blisko, bo jak dla mnie byłoby ciężko…