Wchodzisz z dzieckiem do sklepu. Robicie zakupy. Kupujesz chleb, masło, takie zwykłe rzeczy. I nagle dziecko dopomina się o soczek. Albo o loda. Albo o cokolwiek innego. Prosi, to trzeba kupić, nie zastanawiając się nawet jaki smak, kolor czy w ogóle model wybierasz i wrzucasz do koszyka. Kupujecie i wychodzicie. Twoje dziecko nie zasługuje przecież na nic więcej, prawda?

 

 

Napisała do mnie ostatnio Justyna i zadała bardzo ciekawe pytanie, na które odpowiedzi nie potrafiłam jej w żaden sposób udzielić. Przez kilka dni chodziłam, zastanawiając się, jak ubrać w słowa moje uczucia i wreszcie postanowiłam przekazać jej pytanie dalej. Justyna pisze:

 

Mam pytanie nie wiem czy już pisałaś na ten temat. Pracuję w sklepie, ot taki spożywczy na osiedlu i mam dzięki temu możliwość obserwowania ludzi. Nie mogę ukryć zaskoczenia tym jak niektóre dzieci są pozbawione możliwości decydowania… o prostych sprawach np. Jaki sos do hot doga, jaki smak ma mieć picie… niby to są drobnostki, ale dlaczego by nie zapytać dziecka? W końcu to dla niego jest to kupione. Ja wiem rodzice znają swoje dzieci najlepiej, ale ja gdy idę do sklepu z córką i mam jej kupić jakieś picie pytam jej, co by chciała. Fakt, że nie zawsze trafi ze smakiem, ale wie że już tego nie będzie brała… czegoś się uczy. Najzabawniejsze jest to że rodzice decydują też za duże dzieci (10-13 lat). Pomijam już że takie dzieci często boją same o coś zapytać i odruchowo spoglądają na rodziców. Proszę pomóż mi zrozumieć dlaczego niektórzy tak robią?”.

Przeczytałam i zgłupiałam – nie tyle nad tym, że wydało mi się to niewiarygodne, ale nad tym właśnie, że tak częste i przeze mnie również spotykane. Sama przecież toczyłam bój z Chłopem, żeby nie kupował dzieciom tego, co on uważa, ale żeby się zwyczajnie zapytał, bo może te ciasteczka, które chłopcy pożarli tydzień temu, dziś akurat nie będą im smakować, może chcą coś innego?
– Ale przecież oni to kiedyś zjedli i im smakowało! – tłumaczył się głupio Chłop, nie biorąc do wiadomości, że ludzie jedzą różne rzeczy: bo są głodni, bo nie ma nic innego, bo nie chcą komuś zrobić przykrości, bo chcą spróbować i dziubną sobie tylko. Ja kilka razy  w życiu zjadłam makowiec, a nie znoszę tego ciasta całym sercem. Ale kilka razy zjadłam. I co? A starszak ma na swoim koncie w tym roku kilka kawałków mięsa, jeden nawet zjadł ze smakiem. Ale mięso to ostatnia rzecz z jaką bym go kojarzyła i wróżę mu w przyszłości karierę wegetarianina.
Rodzicom się często zdaje. Zdaje, że wiedzą wszystko. Że skoro są z dzieckiem, to wiedzą, co mu smakuje, co lubi, co mu kupić, co się będzie dziecku podobało. Rozumiem ten mechanizm, bo mi też się często zdaje. I łapię się potem na tym, że zdawać mi się może źle. Że jednak nie wzięłam pod uwagę jednego ważnego aspektu: dziecko jest człowiekiem, nie krową, i zwyczajnie może zmienić zdanie. Ba! Nawet smak. Nawet bajka może mu się przestać podobać.
I o dniu, w którym moje dziecko nie powie, że przestało mu smakować coś, co przygotowałam, albo że przestał lubić coś, co mu kupiłam, będę myśleć jak o dniu, w którym poniosłam jakąś porażkę, bo jedną z najfajniejszych rzeczy w rodzinie jest możliwość powiedzenia sobie wszystkiego. Nawet tego, że ukochany sernik, który twoja matka robiła pół nocy dla ciebie, nie smakuje. Czemu? A temu, żeby następnym razem nie robiła go po nocy dla ciebie.
 
Ile z nas może powiedzieć coś takiego rodzicom bez obawy, że przyjmą to z histerią, żalem, płaczem lub przekonywaniem, że „co ty mówisz, przecież zawsze jadłeś!”, bo przez całe życie byli przekonani, że wiedzą lepiej, więc wszelka dyskusja z ich wiedzą skazana jest na porażkę? Ja sobie taką możliwość wypracowałam dopiero po maturze i wciąż znam ludzi, którzy memlą w ustach szarlotki mamusi i boją się powiedzieć, że tak naprawdę to oni nie znoszą ani jabłek, ani kruszonki. Bo będzie przykro. Bo po co. Bo jakoś trudno, przeżyję.
 
I ten sklep, o którym pisze Justyna.
– Dziecko, który chcesz sok? Jabłkowy, pomarańczowy czy wiśniowy?
– Hm… – zastanawia się, a chwile lecą, cenne sekundy, przecież masz tak mało czasu, nie warto ich tracić, zaraz sama zdecydujesz, bo ileż można się zastanawiać, ileż można myśleć nad jednym soczkiem. TO TYLKO SOOOOOK! Masz ochotę krzyknąć, kopnąć, trząsnąć, pośpieszyć z tym myśleniem, żeby już, żebyście już wyszli, wrócili do domu, do spraw, do rzeczy ważnych, ważniejszych niż smak, zapach, konsystencja. Dziecko wybierz już, aaaaaa!
– Wiśniowy!
 
A przecież ty też kiedyś stałaś przed taką kasą. Też myślałaś. Guma czy lizak za tego zeta, co mama włożyła ci do plecaka. Albo i jeszcze papierek, kto starszy. Guma czy lizak, dudniło ci po głowie i za nic nie mogłaś się zdecydować. A kiedy wreszcie podjęłaś decyzję, szłaś radosna, bo nieważne, czy lizak mało słodki, czy guma straciła smak, kupiłaś to sama, samiuśka, bez pomocy. I teraz stoisz przed kasą i zabierasz dziecku coś, co było najważniejszą lekcją życia dla ciebie: możliwość wyboru i poniesienia konsekwencji tego wyboru.  Podstawowe prawo do decyzji.
 
Czy lubię sok czerwony czy może raczej zielony? Czy lubię lizaki, czy raczej cukierki? Chętniej zjem loda czy czekoladę? I idźmy dalej – wybrać zielone spodnie czy czerwone, kółko taneczne czy plastyczne? Profil matematyczny czy fizyczny? Studia polonistyczne czy turystykę? Chłopaka z dredami czy tego blondyna? Imię Kasia czy może Monika?
Wybór.
 
Te cenne sekundy przy kasie. Te kilka minut, podczas których dziecko ćwiczy coś, co pomoże mu w przyszłości. Podejmowanie decyzji.
– Mamo, wiesz, ja chyba nie lubię takich czerwonych soczków. Chyba wolę pomarańczowe i jabłkowe wiesz?
– To są twoje ulubione smaki?
– Tak! Na pewno!
– Może kiedyś polubisz wiśniowy?
– Może. Może kiedyś jeszcze spróbuję, ale na razie będę swoje ulubione wybierał.
Wybieraj. Wytrzymam. Wybieraj dzieciaku, bo nie tylko na to zasługujesz. Ty się musisz tego nauczyć. A moim psim obowiązkiem jest ci to umożliwić.