Po opublikowaniu tekstu „Pochwały wcale nie uskrzydlają” dostałam sporo maili z podkreśleniem, że Asia lub Kasia lubi mój blog i w ogóle, ale z tymi pochwałami to się zupełnie nie zgadza. Sporo komentarzy pod tekstem traktowały też o tym, że Marysia i Justyna nigdy nie były chwalone przez rodziców, dlatego teraz będą chwaliły swoje dzieci, a kilka podkreślało stanowczo, że chwalić, to trzeba umieć. No jasne – trzeba. Więc dziś o tym: jak chwalę moje dziecko?

 

 

Skąd w ogóle pomysł na to, że pochwały i to, jak je formułujemy, mają wpływ na pewność siebie dziecka? Warto zastanowić się najpierw, czego w ogóle dziecko potrzebuje? Odpowiesz, że miłości zapewne i będziesz miała rację. Potem powiesz, że wiary we własne siły. Te słynne już skrzydła, które zazwyczaj – my rodzice – podcinamy. Lubię ten mem, ale mam do niego zastrzeżenie – nie wyjaśnia, co robić, żeby tych skrzydeł nie podcinać. Żeby nie zaburzać wiary dziecka we własne siły i  wzmocnić jego pewność siebie. [Tu, jeszcze raz odeślę do tekstu „Pochwały wcale nie uskrzydlają” i będę prosić cię, żebyś go przeczytała.]. Chciałabym, żebyś wiedziała, skąd ten pomysł, więc pozwól, że opowiem ci pewną historię.

 

 

Ile mi dała pochwała?

Zacznę od wspomnienia, którego nawet nie muszę wyciągać z zakamarków pamięci, bo jest ze mną od ponad 16 lat. To była pierwsza klasa liceum, lekcja niemieckiego. Nie znosiłam tego języka, ciągle go słyszałam w wakacje, bo Niemcy są stałymi odwiedzającymi Mazury turystami. Już sama myśl, że będziemy się też uczyli tego języka przyprawiała mnie o mdłości. Pierwsza lekcja poszła kiepsko. Niczego nie rozumiałam, na domiar złego w klasie mieliśmy dwóch geniuszy językowych i kilka osób, które znało podstawy. Ja, wyłącznie osłuchana, dukałam jak matoł i czułam się totalnie zagubiona.

 

A nauczycielka zdawała mi się charakterkiem najgorszego sortu. Z głosu, aparycji i nawet gestów. Po kilku następnych lekcjach wróciłam do domu i jak zwykle [pisałam już o tym] zaczęłam opowiadać mamie dzień i złorzeczyć na nauczycielkę. Mama coś tam robiła, mruknięciami zachęcając mnie do mówienia i kiedy się już wygadałam, nagle coś ze mnie zeszło. Wzięłam psa, poszłam na spacer, a kiedy wróciłam, przysiadłam do książki z niemieckiego i zaczęłam ćwiczyć to moje dukanie. Ćwiczyłam jeden  dzień do późnej nocy, potem drugi. Nauczyłam się tej krótkiej czytanki na pamięć, a potem kolejnej na zapas i jeszcze kolejnej. Kiedy na lekcji nauczycielka wyznaczyła moją kolej na czytanie wyśpiewałam wszystko jak z nut i odetchnęłam z ulgą. Sala milczała, moi nowi koledzy patrzyli się na mnie z otwartymi gębami, a nauczycielka popatrzyła na mnie z uznaniem i powiedziała słowa, które zapamiętałam do końca życia:

– Musiało cię to kosztować wiele pracy, ale wysiłek się opłacił. Bardzo płynnie przeczytałaś, oby tak dalej!

I nie pamiętam, jaką wtedy dostałam ocenę, nie pamiętam nawet tej czytanki. Przez kolejne lata szkoły niemiecki w dalszym ciągu nie był moim ulubionym przedmiotem, ale dobrze mi się go uczyło, o wiele łatwiej niż znanego mi  wcześniej angielskiego. Bo w uszach cały czas brzmiała pochwała wyrażona w najpiękniejszy sposób, jaki można wyrazić swoje uznanie. Nic mi nigdy nie dało takiego kopa jak te słowa bez ani jednego „super”, „fajnie” czy „na piątkę” jak właśnie to krótkie i życzliwe docenienie moich starań i ciężkiej pracy.

Potem na studiach już, jakaś koleżanka po egzaminie, którego bałam się panicznie, a który zaliczyłam jako jedna z niewielu na pięć. Mimo że jedynie przeczytałam na przerwie notatki. Kiedy wyszłam zdziwiona z sali i pokazałam indeks, ona powiedziała:

– Co się dziwisz? Może teraz się nie uczyłaś, ale jako jedyna przychodziłaś przygotowana na zajęcia. Cały rok pracowałaś, więc zasługujesz na tę ocenę jak mało kto.

I znów refleksja, i znów kolejne słowa, które dały mi więcej niż jakiekolwiek oceny i pochwały. Docenienie pracy, docenienie mojego własnego wkładu i zaangażowania. Kiedy rok później trzymałam Kosmyka na rękach pomyślałam sobie, że zrobię wszystko, żeby jednymi z najczęstszych zdań, jakie usłyszy, były te motywujące go, a nie puste uzależniające frazesy.

 

 

„Bo rodzice mnie nie chwalili!”

 

Tak, było mi przykro, że rodzice mnie nie chwalą. Zaczęłam jednak myśleć, czy na pewno to przez brak pochwał? Spojrzałam się na nich i pomyślałam – a jak oni mogą wiedzieć, w jaki sposób motywować dzieci, jeśli znają jeden jedyny model wychowania i przez całe życie nie mieli okazji poznać innego? Zdało mi się, że i tak zrobili ogromny postęp i jak na miejsce w którym mieszkali oraz wychowanie, jakie otrzymali, wychowywali mnie i siostrę dość nowocześnie i na luzie. Ale z motywacją mieli problem. Znane im było to „super” i „świetnie” używane oszczędnie, żeby nie rozpieścić oraz przekonanie, że tylko krytyką można naprowadzić dziecko na prostą drogę. Wykonałam olbrzymią pracę, żeby się z tego otrząsnąć i spojrzeć z perspektywy plusów na to wszystko. Od nowa uformowałam swoje „ja” i pokochałam siebie ze wszystkimi wadami, pielęgnując i upewniając się w swoich zaletach. Ileż byłoby mi prościej, gdybym od dziecka otrzymywała bardziej motywujące komunikaty! W całym moim życiu wystarczyły tylko dwa, żebym spojrzała na siebie zupełnie z innej perspektywy, które mi pomogły. Gdzie bym była, gdybym dostała takich więcej?

 

 

Rodzice, którzy w dzieciństwie otrzymywali zbyt mało miłości nieobwarowanej żadnymi warunkami, mylnie rozpoznają problem i zakładają, że ich cierpienia brały się z braku pochwał”

Alfie Kohn, „Wychowanie bez nagród i kar”

 

Nie, to nie pochwał ci brakowało. Brakowało ci wsparcia wyrażonego z mądry sposób, brakowało ci motywacji. Uczepiłaś się tych pochwał, bo to były nieliczne momenty, w których czułaś się dobrze.

 

 

Niewiarygodnie głupie pochwały

Jeśli spojrzysz się na to mniej emocjonalnie, sama jesteś w stanie zauważyć, że nie wszystkie pochwały dają ci cokolwiek, a niektóre wręcz wkurzają. Ostatnio ktoś pochwalił mój skalniak. „Ładnie ci wyszedł ten skalniak”, a ja nie wierzyłam w to, co słyszę. Skalniaka nie pieliłam od kilku tygodni, bo nie miałam kiedy, wolałam zająć się dziećmi i miałam też sporo pisania. Naturalne, że zarósł, wyglądał okropnie. Słowa pochwały wydały mi się nienaturalnie wysilone i nie poczułam się miło, tylko trochę tak – oszukana. Pamiętam też słowa mojej koleżanki „Aśka zawsze się ładnie ubiera”, a ja poczułam się nieswojo, bo wrzuciłam na siebie byle co i podejrzewałam że trochę ironizuje. Sporo  było takich sytuacji. Sama wiesz, jakie to dziwne uczucie, gdy słyszysz, kiedy ktoś mówi coś, co nie jest prawdą. I ty o tym wiesz. A zapewne osoba mówiąca też, tylko zaprogramowane ma w głowie pochwały, które nic nie znaczą.

 

 

Kochaj bezwarunkowo

To właśnie o warunkową miłość chodzi. Dziecko widząc zadowolonego rodzica czuje jego miłość. Widząc niezadowolonego, jest mu przykro. Mówiąc dziecku „jak będziesz grzeczny, to dam ci to i to” stawiamy dziecku warunek „Jak będziesz grzeczny, to będę cię lubił i coś ci dam”. W efekcie „Jak nie będziesz grzeczny, to cię lubić nie będę”. W końcu warunkowa miłość „będę dla ciebie dobry, jak będziesz zachowywał tak, jak chcę” powoduje, że dzieci przestają same wiedzieć, czego chcą i są zagubione. I spada ich pewność siebie, bo zaczynają polegać nie na tym, co same o sobie myślą, a na tym, co myślą o nich inni i tylko na tym się skupiają. Manipulowanie dziecięcymi uczuciami „jak to zrobisz, to wtedy…” jest niczym więcej, jak pokazaniem, że na miłość trzeba sobie zasłużyć. Na każdą. Witajcie zastępy kobiet, żebrzące o miłość mężczyzn i poniewierane przez nich, bo przecież miłość zależną wyniosły, wyssały wręcz, z mlekiem swoich własnych matek.

 

Pomijam już ciągłą huśtawkę nastrojów: pochwali, nie pochwali, kocha, nie kocha? Co zrobić, żeby mnie kochała? Nie ma lepszej drogi od uzależnienia dziecka od swojej opinii jak właśnie chwaląc je, krytykując, manipulując nim na szali stawiając jego emocje. A przecież, kurde, my kochamy te dzieci, nie wierzę, że nie! Czemu fundujemy im takie skrajne huśtawki?  I czemu dziwisz się, że tak naprawdę nie jesteś w stanie wytrzymać ze swoją własną matką, która tobie robi to samo, co ty swojemu dziecku? I czemu zawsze przy niej czujesz się jak mała dziewczynka, choć masz już od dawna swoją własną rodzinę?

 

 

Ostatnio długo rozmawiałam z czytelniczkami pod zdjęciem, które dodałam na facebooku. Mama szukała porady, starałam się pomóc, ale też nie jestem ideałem i być może napisałam jej coś nie tak, co źle zinterpretowała. Naskoczyła na mnie, że uważam ją pewnie ze złą matkę, nieudolną i w ogóle to ona stąd idzie, bo została u mnie skrytykowana. Tylko że… ja nie napisałam w jej stronę ani słowa krytyki. Nie napisałam, że jest nieudolna, nie napisałam, że jest złą matką, wręcz przeciwnie, wyraziłam podziw, że daje radę z dzieckiem nad wyraz inteligentnym i zdolnym i że się stara. Ale ona tego nie widziała, bo skupiła się na tym, co ja mogę o niej myśleć, a człowiek, który jest uzależniony od opinii, wyczyta ją nawet między słowami, znajdzie ją wszędzie, nawet tam, gdzie jej nie ma. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do braku ocen, bo całe życie byliśmy wychowywani w tym systemie. Możemy się starać to zmienić. Możemy walczyć, żeby życie naszych dzieci było wolne od uzależnienia opiniami innych ludzi. Możemy sprawić, by im żyło się łatwiej, pełniej, by nie musiały tracić kilku lat na budowanie swojej pewności siebie na nowo. By ufały swojej intuicji.

 

 

 

Jak wzmocnić pewność siebie? 

Wystarczy wyrzucić ze słownika kilka pustych słów, które znaczą wszystko i nic [piękny, grzeczny, ładny, piękny]. Nawet nie wyrzucić – zminimalizować, zabrać im trochę miejsca ze słownika. Zastąpić to opisem. Powiesz, że to trudne. Ok, rodzicielstwo w ogóle nie jest łatwe, nikt ci tego nie obiecywał. Ale po ponad roku stwierdzam, że rutyna bardzo pomaga. Znając mechanizmy działania, jest już prościej, nie myślę już, co mam powiedzieć dziecku, odpowiedzi same mi przychodzą, a jeśli coś mi się nie uda, zawsze mogę porozmawiać z synem i zacząć od nowa.

 

 

 

Tak jak z tymi jajkami

Kosmyk bardzo lubił mi pomagać w kuchni i razem ze mną gotować. Dużo rzeczy wychodziło mu świetnie i dziękowałam mu za pomoc, ale z jajkami miał problem. W ogóle nie umiał ich rozbijać. Pewnego dnia, gdy zobaczyłam, że zabrał się za te jajka i chciał spróbować je rozbić, ale wszystkie rozmemłał mi na blacie, a skorupki ze złości strzepnął na podłogę, nie wytrzymałam i syknęłam:

 

– I znowu, kolejny raz, będę miała masę sprzątania po gotowaniu, tylko dlatego, że wpadłeś na głupi pomysł rozbijania tych jajek, kiedy cię nie prosiłam.

 

Syn spuścił głowę i od tamtej pory jajek się nie tykał. Wciąż lubił gotować, ale rozbijanie jajek zostawiał mi. Gryzło mnie to, bo czułam, że coś mu zabrałam. Jakieś doświadczenie o wiele ważniejsze niż rozbijanie jajek. Kilka dni temu postanowiłam to naprawić. Kiedy poprosił o kluski lane, zapytałam, czy ma ochotę mi pomóc.

 

– Nie, bo to tylko wlanie mleka i zmieszanie jajek z mąką. Mąkę rozsypuję, a jajek nie umiem wbijać.

 

– A może spróbujesz? – podjęłam się próby zachęcenia dziecka do pokonania czegoś, co sama mu wmówiłam – Ja za to spróbuję ci pokazać, jak to zrobić prościej.

 

Robiliśmy te kluski jakieś piętnaście minut. Pierwsze jajo trzymałam z nim i pokazywałam, w jaki sposób je rozbić. Drugie rozbił sam. I niczego nie zachlapał.

 

– Widzisz? Udało ci się i mam wrażenie, że zrobiłeś to bez kłopotu! Myślałeś, że nie potrafisz, a po prostu nie znałeś sposobu, jak to zrobić?

 

– Tak! – duma z syna parowała każdym kawałkiem ciała – Teraz już wiem, jak to zrobić i mogę rozbijać jajka, bo mam bardzo zręczne palce, wiesz? Będę je teraz ćwiczył, żeby rozbijać wszystkie rzeczy do garnka.

 

 

 

Nie jestem idealna i ty też pewnie nie, ale to nie o to chodzi

Tak, popełniam błędy. Nie jestem psychologiem. Ale wystartowałam w macierzyństwo z ogromną chęcią wychowania mojego dziecka na silnego człowieka, którego nie będą trapiły te dylematy, które mnie trapiły. Czy skoro mama powiedziała, że jestem fajna, to czy dalej jestem, czy już przestałam? Nie powtórzyła tego, pewnie już przestałam. Czy ten rysunek jest tak samo ładny, jak poprzedni? A ten, a ten, a ten, mamo? Nie odzywa się już, nic nie powiedziała, pewnie mnie kocha. Na pewno. O, pochwaliła siostrę, ją pewnie kocha bardziej.

 

Mogłam powiedzieć „Świetnie rozbiłeś jajka!”. I myślę, że byłyby to takie słowa jak inne, może syn po prostu częściej upewniałby się, czy dalej robi to świetnie, czy już nie i do końca życia zastanawiał się, czy robi to dobrze. Ale na litość, ja nie chcę go upewniać, nie czuję się na siłach na każdym kroku zapewniać go, że robi dobrze, męczy mnie komentowanie każdego pokazywanego obrazka, wkurzają mnie te pytania „A czy na pewno ładne? A czy fajne? A czy ja jestem dalej fajny?”. Nie!

 

Obrazki, które maluje mój mogą mi się podobać lub nie. Słowo fajne czy ładne ich nie określa, bo nic nie znaczy. Robię to inaczej:

 

– To na obrazku to koparka? Czemu jest taka czarna? Nie ma kolorów? Gdzie ona jedzie? A co kopała? O, zrobiłeś jej owalne koła!

– Tak, bo nie umiem rysować kół.

– Możesz poćwiczyć obrysowując korek od butelki, czekaj, masz tu jeden.

– Dziękuję, mamo!

Jeśli już muszę być ekspertem od sztuki, będę ekspertem, który pyta, a nie który ocenia. Ileż można się od dziecka dowiedzieć po prostu pytając, nie oceniając! Komentując „super, ładny obrazek” trudno byłoby mi wychwycić, że koła stanowią problem, przyjęłabym, że po prostu tak rysuje. „Super”, „ładne”, „fajne” to takie zupki instant dla mózgu dziecka. Nic, kompletnie nic mu nie mówią. Zamiast zupek instant, wolę zrobić dziecku pożywną kanapkę.

 

Nie, nie jestem lepsza od ciebie. Nie jestem też pewnie gorsza. Po prostu mam w sobie chęć, żeby coś zmienić. Jeśli od lat rośnie nam odsetek ludzi z problemami psychicznymi, z depresjami, z różnymi problemami samoakceptacji, jeśli nie potrafimy przyjąć ani pochwały, ani krytyki, to znaczy, że w tym sławnym dawnym wychowaniu czegoś zabrakło. Owszem – zabroniono nam bić dzieci. Ale nie powiedziano, co dalej. Nie wyjaśniono, że nie tylko biciem możesz kogoś skrzywdzić. Są jeszcze słowa. Które mogą czegoś nam nie dać.

 

 

Jesteś jaki jesteś

Całe poprzednie dekady matek i ojców polegały na metodzie oceniania. Robiły dzieciom zupki instant. Stąd wychodziła cała ówczesna filozofia – to rodzic jest od oceniania dziecka i mówienia mu jakie jest. Mało kto lubi słyszeć od ludzi, jakim się im wydaje człowiekiem, jeśli są to słowa krytyki, a jeśli słowa pochwały – czy na pewno można im wierzyć? Wszyscy pytali się mnie, jak myślę, jaki będzie mój syn, bo przecież rodzice wiedzą takie rzeczy, a ja wzruszałam ramionami. Bo może, kurde, wcale nie wiedzą, tylko im się tak wydaje? Czemu tak trudno nam przyjąć, że dziecko rodzi się takie, jakie się rodzi, a my możemy tylko pomagać mu wyzwalać najlepsze cechy? W końcu ktoś się tym zainteresował i przepracował metodę opisywania.

 

Rozmawiałam o niej z czytelniczką, która chciała mnie przekonać, że metoda bez pochwał jej się nie podoba i że ona, owszem, powiedziała swojej córce po szczepieniu, że jest z niej dumna. Ok, zrobiła jak chciała. Poprosiłam ją, żeby się tylko zastanowiła, czy gdyby powiedziała „Już po wszystkim, kochana, już się skończyło. Więcej nikt cię nie będzie kłuć. Bolało, tak? Bardzo? To musiało być trudne wytrzymać ukłucie strzykawki, ale dałaś radę” nie podarowała by córce przekonania, że każdy ból kiedyś mija, a ona jest na tyle silna by go wytrzymać? Co jej dało słowo „dumny” tuż po tym bólu, jaki przeszła? A tylko tyle, że mama lubi, jak ją spotyka coś strasznego, skoro tak entuzjastycznie wyraża swoją radość i zadowolenie.

 

 

 

Jak to wygląda w praktyce?

Kiedyś mieliśmy trochę niebezpieczną sytuację, gdy Adaś dorwał się do kontaktu przed domem. Byłam zajęta czymś i nie widziałam tego, a dziecko z długopisem w ręku zmierzało do prądu. W tym momencie zareagował Kosmyk. Wyrwał Adasiowi długopis z ręki i przybiegł z nim do mnie: Mamo, Adaś chciał to włożyć do kontaktu! Zabrałem mu!

 

– O matko, o raju, jak dobrze, że byłeś taki uważny! Dziękuję synku – wykrzyknęłam przerażona, bo na samą myśl, że Adaś nauczy się coś wsadzać do gniazdka ciarki mnie przeleciały. Nauczyłam się już wyrażać wdzięczność dziecku i zrobiłam to machinalnie. Potem graliśmy w piłkę i resztę dnia spędziliśmy bardzo miło.

 

A ostatnio non stop padało. Kropiło, mżyło, siąpiło, kompletnie nie wiedziałam, co zrobić z dzieciakami. Kosmykowi dałam farby, a sama zaczęłam usypiać Adasia. Już na drzemce wyszłam przed dom i zobaczyłam cały blat stołu zamalowany farbą. Zaniemówiłam. Rety, ile ja będę to zmywać! Nie chcąc wydzierać się na dziecko, rzuciłam mu tylko smutne spojrzenie i pokiwałam głową w niezadowoleniu. Wróciłam do domu.

 

Za jakieś 20 minut doszło do mnie wołanie synka. Poszłam, a moim oczom ukazał się całkiem czysty stół.

 

– O, widzę stół, który przed chwilą był brudny, a teraz jest całkiem czysty!

– Dobrze widzisz, mamo. Jestem uważny, wiesz? Domyśliłem się, że brudny stół to niefajna sprawa dla ciebie.

Pokaż dziecku, jakie jest i jakie może być, a nie będzie się zastanawiał, czy wciąż jest fajny

Po tych kilku miesiącach syn zapamiętał to moje dziękuję i dzięki temu stworzył zupełnie inny obraz siebie – chłopca, który potrafi zauważyć pewne sprawy, posiada taką umiejętność. I lubi ją posiadać, bo jest przydatna. W tym też tkwi sens opisywania rzeczy, które robią nasze dzieci. Zamiast „super”, które nic dziecku nie powie, oprócz chęci bycia kolejny raz super dla kogokolwiek [nie tylko dla siebie], dobrze jest opisywać cechy, którymi wykazało się moje dziecko. Gdy Kosmyk pomaga w czymś swojemu małemu braciszkowi, nie mówię, że jest grzeczny, fajny czy jaki tam. To mu nic nie powie. Zwracam mu uwagę: Zauważyłeś, że braciszek się przewrócił i mu pomogłeś. To było troskliwe zachowanie! Adaś się teraz cieszy! Mój syn rośnie w przekonaniu, że troska o kogoś powoduje uśmiech na czyjejś twarzy, jest dobrą rzeczą i pożądaną dla ludzi, których się kocha.

Kiedy ktoś się ostatnio spytał, czy Kosmyk lubi swojego braciszka [„Nie musisz kochać swojego brata„], synek odpowiedział:

 

– Chyba tak. Jestem dla niego troskliwy.

 

Bo kiedyś zauważyłam, że podanie braciszkowi bułeczki jest zachowaniem troskliwym. Kiedy ktoś się spytał, czy lubi chodzić do przedszkola, odparł, że bardzo, ale wraca z niego zawsze bardzo zmęczony. Gdy ktoś zauważył, że Kosmyk fajnie się bawi z jego dzieckiem, syn podniósł głowę znad piaskownicy i sprostował:

 

– Współpracujemy!

 

Bo zabawa nie musi być fajna. Może być współpracą, może być zawodami, może być wreszcie kłótnią, jeśli rodzice się nie wtrącą i pozwolą dzieciom się dogadać. Gdyby właśnie się dogadywali, Kosmyk by pewnie to odkrzyknął.

 

Kiedy poprosiłam syna, by skończył oglądać bajki, gdy wskazówka będzie na określonej godzinie, a on skończył zgodnie z czasem, zauważyłam ze spokojem: Poprosiłam, żebyś skończył po 15 minutach i skończyłeś. To właśnie jest punktualność i dotrzymywanie umowy.

Z bólem widzę, jak rodzice nie szczędzą dzieciom różnych pustych słów, a zapominają docenić to, co dzieciom wyjątkowo wychodzi lub akurat wyszło. Nie musisz piać peanami nad zdolnościami latorośli. Wystarczy zauważyć:

 

  • Dziękuję ci, że pamiętałeś o porządku i wrzuciłeś brudne pranie do kosza.
  • Widzę, że uważasz, żeby nie zgubić swoich samochodów.
  • Jak długo już układasz ten zamek! To wymaga dużo cierpliwości!
  • Miło wejść do tak czystego pokoju. Napracowałeś się, żeby go posprzątać?
  • Widzę chłopca, który sam się ubrał! Założyłeś koszulkę, majtki, skarpetki i spodenki. Jeszcze tylko buty i dziś będziemy mogli wyjść szybciej na spacer!
  • O, zabrałeś talerz ze stołu. Łatwiej się sprząta, jak się ma pomocnika.
  • O, dałeś bratu inny samochodzik, żeby się pobawił, kiedy chciał twój. To było pomysłowe!
  • Na tym obrazku widzę uśmiechnięte słońce i aż mam ochotę się sama do ciebie uśmiechnąć 🙂
  • Pomożesz mi nakarmić króliki/kota/psa? Ostatnio karmiłeś je tak opiekuńczo, że przyjemnie będzie mi zrobić to jeszcze raz z tobą.

Nie, to nie znaczy, że wychowuję idealne dziecko. Moje, jak każde, ma swoje wybryki i niepożądane zachowania. Wpada na głupie pomysły, mówi słowa, które mi się nie podobają, nie chce sprzątać i nie zawsze ma ochotę współpracować. Czasem, kiedy już zaśnie, oddycham głęboko z ulgą i sama sobie gratuluję kolejnego przetrwanego dnia. Czasem sama siebie karcę za słowa, które wkrótce będę musiała naprawiać i które odbierają mojemu dziecku coś ważnego. Wiecie, jednego dnia dziecko można nazwać „dobrym dzieckiem”, za chwilę można mu to odebrać i nazwać „złym” lub „niegrzecznym”. To naprawdę trudne zadanie połapać się w tym, jak określają nas inni ludzie. Jeden powie o mnie tak, inny tak. Gdzie prawda?

Powiedz dziecku coś, czego samo o sobie nie wie

A prawdą jest, że nasze dzieci bywają zaradne, potrafią wymyślić coś pomysłowego, potrafią być lojalne, pomagające, przyjazne, elastyczne, cierpliwe, punktualne. Potrafią! A do tego słowa, którymi ich o tym informujemy, zostają z nimi na całe życie. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Kosmyka, kiedy płakał, bo jakaś pani mu powiedziała, że nie umie bawić się z dziećmi i jest niegrzeczny [gdy nie chciał bawić się według jej zasad]. W pierwszej chwili miałam ochotę polecieć standardem „Oj, synku, nie przejmuj się! To drobiazg”, jak każdy by odpowiedział. Zamiast tego spytałam się go, czy pamięta, jak się bawił ze Stasiem i Michałem i pokazał im jezioro i króliki i nauczył Michała, jak się celuje do drzewa, a Stasiowi pomógł po upadku. To było takie  koleżeńskie zachowanie, chłopcom na pewno było miło, że się nimi zaopiekowałeś. Nie zawsze zabawa z dziećmi może wychodzić, jak tego byś oczekiwał, ale wtedy zachowałeś się bardzo koleżeńsko. Kosmyk otworzył szeroko oczy i wycedził wolno: „Tak, jestem koleżeński. I umiem się opiekować! Lubię bawić się dziećmi i potrafię, tylko nie zawsze chcę, wiesz mamo?”. Potraktował to jako własne odkrycie i o to, moim zdaniem, chodzi w pochwałach dzieci.

 

Żeby znaleźć takie słowa, które powiedzą dziecku coś, czego ono nie wiedziało lub w co nie wierzyło. Żeby pomóc dziecku uwierzyć w siebie wskazując mu konkretnie na czym polega jego siła i jak wielkie ma możliwości. Żeby twoje dziecko zdawało sobie sprawę, że nawet jeśli popełni błąd, to posiada takie i takie cechy, które ułatwią mu naprawienie szkody.

 

Dziecko, ma w sobie ogromny magazyn pozytywnych emocji, które potem przez całe życie może wykorzystywać i który pomoże mu przetrwać trudne chwile. My rodzice jesteśmy od tego, żeby ten magazyn zapełnić jak najbardziej przydatnymi narzędziami.

 

Sama ocenisz, które przydadzą mu się bardziej: super fajna zupka instant, czy może pożywna, zdrowa kanapka.

 

 

Serdecznie polecam książki „Wychowanie bez nagród i kar”, Alfie Kohn

oraz „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby do nas mówiły” Adele Faber i Elaine Mazlish,

które wpadły w moje ręce, gdy zaczęłam wątpić.