Nigdy nie mów kobiecie, że jest gruba

– Mamo, co to jest inwididuuum?

Przełykam kawę, starając się szybko rozszyfrować, o co chodzi dziecku i po chwili mogę odpowiedzieć:

 

– Indywiduum? To taki dziwny stwór, który nie zachowuje się tak, jak wszyscy i nie wygląda tak, jak wszyscy.

– O. A czy ja jestem inwididuum?

– Yyy, raczej nie. Ty po prostu jesteś Kosmykiem.

– Yhy. A poszukamy Inwididua na łące?

Wolę na łące, niż w domu zostać narażona na kolejne pytania, więc pakuję Adaśka, zabezpieczam się na wszystkie sposoby przed kleszczami i wychodzimy.

Łąka. Trawy szumią niemalże jak jezioro. Gdzieś tam brzdęka świerszcz, hasają wyrośnięte już z pisklęctwa ptaki. Dasio z Kosmykiem przedzierają się przez trawy w stronę sosny i pozostawionych pod nią przez wiewiórkę szyszek. Za sobą słyszę odgłosy spacerowiczów i nie mogę doczekać się, aż przejdą, bo zagłuszają mi piosenkę trawy z akompaniamentem ptactwa.

– No, co tak siedzisz? – przerywa mi mój stan wyrostek w czarnych spodniach, w czarnej koszulce, czarnych brwiach i zapewne czarną zbuntowaną duszą.

– No se siedzę – odpowiadam, nieuprzejmie odwracając wzrok, a najwyraźniej dla wyrostka wystarczająco zachęcająco.

– Też se posiedzę. Kobieta mnie wkurza.

– Kobieta?

– Matka.

Zaczynam się przyglądać młodzieńcowi z ciekawością. Nazwanie matki kobietą zdaje mi się gorsze od najobrzydliwszej inwektywy. Wyrostek siedzi z wyciągniętymi ramionami, ale nagle powstaje i zaczyna rozprostowywać i składać ręce jak do modlitwy. Przy tym potrząsa przydługimi goleniami, niemalże jakby strącał nimi uczepione rzepy. Czuję się jak widz jednoosobowego teatru. W dodatku widz, któremu głupio wyjść z przedstawienia.

– To twoje rodzeństwo? – pyta młodzian, wskazując wymachującą kończyną Kosmyka i Adaśka. Kosmyk właśnie wciska Adaśkowi szyszkę do buzi, zachęcając żarliwie: Jedz, to smaczne!

Na pytanie odpowiadać nie muszę, bo młodzieniec zajęty jest wymachiwaniem, ale trudno mi zgłuszyć trzepot serca.

– Zawsze to nam robią, nie? Naprodukują bachorów, a ty ich pilnuj. Ty się musisz postawić, bo ja właśnie powiedziałem mojej kobiecie, że nie przyjechałem tutaj niańczyć dziecka.

– Z ciekawości pytam:

– A czemu tu przyjechałeś?

– Bo nie mogłem iść na imprezę do Uli. Szlaban mam. – wymachy nóg stosownie do dramatyzmu sytuacji stają się potężniejsze.

– Za co? – pytam, powodując, że młodzian pada na trawę i zaczyna się w niej tarzać jak pies po kąpieli.

– Za wszystko! Za wszystko! – podnosi ręce w stronę słońca – Za to, że chcę żyć! Oddychać! Pędzić przed siebie jak rower puszczony z górki, jak…. i za gówno z matmy.

– Nie umiesz liczyć? – heheszkuję i szczypię się w udo, bo za takie teksty, teoria o byciu siostrą moich dzieci runie jak zrujnowane są zapewne jądra wyrostka ściśnięte niczym szynka przed wędzeniem.

– Umiesz liczyć, licz na siebie! – Najwyraźniej pytanie nie było „dziadowe” i dumny ze swojej ciętej riposty wyrostek zarechotał, podnosząc tym razem nogi w górę i prezentując mi swoje chude poślady.

Przyglądam się tym lichym szyneczkom, dzielnie pnącym się w górę między spokojnymi trawami i opadającym znów na ziemię.

– Ładna jesteś – rzece wyrostek, gdy wreszcie usiadł i wyciągnął kopyta, dotykając trampkiem mojej bosej stopy. Serce trochę mi łopocze, bo ostatnio moją urodą zachwycił się wyłącznie Kosmyk, gdy połączył mi brwi czarnym mazakiem i oponował, kiedy chciałam to z siebie zmyć.

– Gruba, ale ładna. – jakby samemu sobie potwierdza młodzian. – Mogę się z tobą spotkać wieczorem, tu jest taki most, jak się uda, to od mężczyzny wezmę piwo.

Patrzę się, udając, że w trawy, a tak naprawdę za dziećmi, które ewidentnie wpierdzielają szyszki.Czy szyszki się dobrze trawią? Szyszka to już drzewo, czy jeszcze coś jak liść? Ile tego można zjeść?

– No. Nawet mi się podobasz. – snuje dalej chłopak widocznie zachęcony moim milczeniem. – Przyjdź na most. Tacy jak my, muszą się trzymać razem.

Podnoszę się, zaniepokojona tymi szyszkami, a młodzian bierze ze mnie przykład.

– To nara, kobieto z trawy i światła. Do wieczora!

Odmachuję oschle, jak od muchy, i pędzę w kierunku Adaśka, który porzucił szyszki i zmierza na raczkach w stronę lasu. Dobiega do mnie Kosmyk.

– Mamo, czy to było inwididuum?

– Nie, kochanie, to był tylko gimnazjalista.

-To gdzie spotkam inwididuum?

– No szukaj tu gdzieś na łące, na pewno gdzieś się schował – odpowiadam. I po chwili wołam:

– Kosmyku!

– Tak?

– Czy ja jestem gruba?

– Nie, ty jesteś tylko mięciutka, do przytulania.

Opadam znów na trawę i dumam nad tym, jak wiele dziewczyn poderwą moi synowie, tylko dlatego, że od maleńkości wpajam im jedną, ważną życiową zasadę:

– Nigdy nie mów kobiecie, że jest gruba. Siedź cicho i dyskretnie poszerz drzwi.