8 rzeczy, których nie znoszę w macierzyństwie i które doprowadzają mnie do szaleństwa! Grrrr….

Total
640
Shares

Z reguły opisuję, jak fajnie się wychowuje dzieci i że przy odrobinie wysiłku może to nawet nie być aż takie trudne.  W zasadzie lubię być matką, podoba mi się to, że każdego miesiąca uczę się czegoś nowego dla moich dzieci, uwielbiam obserwować efekty tego samokształcenia, bawią mnie wybryki chłopców i w 9 na 10 przypadków, gdy coś zmalują, prędzej zobaczę w tym coś zabawnego, co można dowcipnie opisać niż wielką krzywdę lub zbrodnię. Niemniej są takie momenty, że mam ochotę wyskoczyć przez okno i nie wracać do domu przez trzy dni, a bywa i tak, że perspektywa spędzenia całego dnia z dzieckiem doprowadza mnie do ciarek na plecach. No i jest takie siedem rzeczy, których nie znoszę w macierzyństwie i które czasem wyprowadzają mnie z równowagi.

 

1. Poranne wstawanie. Czasem opisuję nasze cudowne poranki i wy myślicie, że tak jest codziennie. Nie. Ja opisuję wyjątkowe poranki, których wspominanie daje mi siłę, bo jestem jedną z tych wariatek, które wymyśliły sobie wolny zawód z nadzieją, że nie będą musiały wstawać rano do fabryki podbić kartę, ale zapomniały, że dzieci przecież muszą chodzić do zerówki. I nawet budzenie dzieci nie jest wcale takie złe [a niech mają, za budzenie mnie, gdy były małe!], ale sam fakt, że ja muszę wstać o zbrodniczej porze jest dla mnie koszmarem. Gdy mi się uda wstać przed dziećmi i wypić kawę – to jeszcze, przeżyję. Ale gdy wstaję co do minuty i w bezkofeinowej śpiączce muszę ogarnąć starszaka do szkoły, to już na wstępie bywam wściekła i rozdrażniona. A jeszcze musimy być naprawdę bardzo punktualni, bo busik podjeżdża o jednej porze i nie może czekać… Tu pada pytanie, czemu się nie wyśpisz i nie zawieziesz dziecka sama, skoro masz prawko? A odpowiedź na to związana jest z punktem drugim:

 

2. Wyjazd z dwójką dzieci naraz.  Ciężkie przeżycie. Nawet nie sama jazda, ale ogarnięcie nadruchliwca, który zamiast skupić się na tym, żeby się ubierać – skacze, gdy ja skupiam się, żeby pomóc trzylatkowi, który ma dobre chęci, ale ubrać się jeszcze sam nie umie, jest czasami poza moimi możliwościami. To jest to, co mówiłam w podcaście: nie walczę o to, żeby dzieci miały czapki, bo jakbym jeszcze miała walczyć o te czapki, to bym osiwiała. Pierwszy skacze i wymyśla, drugiego ubieram, pierwszy jest dalej nieubrany, zapinam więc drugiego i podchodzę do pierwszego, żeby mu pomóc, a w tym czasie drugi się rozbiera, bo rozbierać się umie i mu gorąco. Stanowczo więc nakazuję pierwszemu się ubrać, drugiego ubieram i wyprowadzam na dwór i zerkając na niego z okna pośpieszam pierwszego, a kiedy podaję elementy ubrania przy jednoczesnym spokojnym przypominaniu, że skok, jeśli musi, i rękawiczka, skok, jeśli musi, i druga rękawiczka, to drugi już pływa w kałuży lub innym błocie, więc wyprowadzam pierwszego i zapinam w fotelik i idę do drugiego, żeby go ogarnąć, a potem wsadzić, ale kiedy wsadzam, to drugi chce na miejscu pierwszego, pierwszy nie chce się zamienić…. o dżizas… czasami, kiedy jadę gdzieś  z dwójką mam ochotę dać sobie medal już za bramą, że udało nam się w ogóle wyjechać. Czasem chcę być cwana i starszaka wysyłam pierwszego do ubrania. Pierwszy wychodzi, ale drugi wtedy strajkuje, bo on chciał pierwszy i nie zdążył wyjść z Homykiem, mam więc jedno dziecko na dworze, a drugie walające się po ziemi. Nie, nie, nie, nie, nie znoszę wyjeżdżać z dwójką dzieci naraz. Serdecznie dziękuję!

 

3. Wrzaski. I ze statusów, i z wpisów wiecie, że cierpliwość jakąś tam mam. Nie powiem. Ale kiedy słyszę wrzaski i to wrzaski związane z kłótnią albo jakimiś przepychankami, mam mord w oczach.  Autentycznie, doprowadzają mnie te krzyki do pasji i często jest tak, że wpadam do pokoju chłopców wściekła, bo mam wrażenie, że dopuszczają się jakichś tortur na sobie, a oni się na mnie obrażają, że im zabawę przerywam, bo się fajnie bawią. Szczerze powiem, że wolę jak się kłócą wrzeszcząc, bo mam to opanowane, ale te wrzaski podczas zabawy zazwyczaj po prostu sprawiają, że staram się z nich jakoś wyłączyć, żeby się nie wściec.

 

4. Problemy pierwszego świata akurat gdy sikam, jem, piszę, lub ratuję przypalony obiad. Znasz to? Nie? Nie wierzę. Zawsze jestem dla moich dzieci i nawet jeśli nie mogę pomóc im w danym momencie, to pamiętam o tym, żeby zrobić to za chwilę, ale autentycznie załamuję ręce, kiedy z łazienki przywołuje mnie głos “Maaaaamooooo” powtarzany po piętnaście razy i ja lecę, obsikując sobie spodnie, bo pewnie sobie któreś głowę albo rękę oderwało, ale nie… po prostu ciężko znaleźć zabawkę, która zamiast na środkowej półce leży trochę niżej. To jest problem. Serio. Nie do odgadnięcia, gdzie ta zabawka jest!!  Albo ta pilna potrzeba picia. Zazwyczaj ogarniają to sami, ale czasem czyste szklanki się kończą i trzeba sięgnąć po kolejne wyżej i oni już nie umieją, więc umierają z pragnienia akurat wtedy, kiedy ja mam na końcu języka coś ważnego do napisania albo znalazłam właśnie chwilę na posiedzenie w kiblu. I jeśli nie wstanę mogę sobie rękę uciąć, że podstawią stołki, krzesła i będą sami próbowali sięgnąć, przy okazji brudząc mi podłogę w kuchni krwią z ewentualnego upadku.

 

5. Składanie ubrań. O tym też chyba głośno trąbię. O dziwo, kiedy uwielbiałam mieć porządek w szafie, teraz, kiedy widzę stos ubrań do poukładania i to nie moich, dostaję gorączki. Bo część trzeba odłożyć, bo za mała, część trzeba doprać, bo się nie doprała, część skarpet nie pasuje, ta koszulka do cerowania, bo mała dziurka i robi się taka sterta, której nie mam z kolei czasu ogarnąć, bo patrz punkt 4 i to tak leży i robi burdel i mi to wtedy przeszkadza i jestem zła.  Uwielbiam za to robić pranie. Ale ozłocę za maszynę do składania ubrań.

 

6. Oceny i durne porównywanie. A dlaczego tak, a dlaczego srak, a dlaczego czapeczka, dlaczego nie, a czemu dziecko bez kasku, a czemu pozwalasz na to, a ja nie pozwalam, a ja to bym na to nie pozwoliła, czemu to robisz, czemu dajesz takie płatki, takich nie można, jarmuż, kurde, a nie płatki, a twoje dziecko płacze, a moje nie, a moje dziecko to już dawno spało, godzinę po urodzeniu już przesypiało noce i samo zmieniało pieluchę, a ja mam porządek w domu, ty nie potrafisz swojego burdelu ogarnąć? A czemu, a po co, a czy ty myślisz, a czy coś tam sroś tam. Pisałam o tym w tekście o życiu z serialu. Tekst polecam. Oceniania nie.

 

7. Wybory. Z im większą liczbą osób rozmawiam, tym bardziej jestem zdumiona, jak wiele z nich przyznaje mi rację. To był główny punkt tekstu “Przestań mi gadać, że kiedyś było lepiej”. No bo dobra, kiedyś trzeba było prać pieluchy i nic w sklepach nie było. Ale teraz, żeby mieć pieluchy, trzeba je wybrać, a na półkach tysiące produktów. Bambusowe, zwykłe, pampersy czy trochę tańsze, eko sreko czy może te lidlowe, tamte uczulają, kolejne mają dziwny rozmiar, a może pantsy i tu też kilkadziesiąt opcji. Krem? A jaki? Z jakim składem? Chusteczki nawilżane? Połowa ze składem jak ze stacji benzynowej, cud znaleźć naprawdę nawilżane wodą. O jedzeniu nie wspomnę. Jeśli chcesz kupić dziecku coś bez syropu glukozowo-fruktozowego, szykuj się na przynajmniej godzinne poszukiwania. Masakra.

 

8. Opieka lekarska. W 90 procentach prywatna, bo publiczna służba zdrowia jest doraźna i niewiele pomoże przy poważniejszym schorzeniu. Umówienie się z NFZ do alergologa, ortopedy, okulisty czy laryngologa? Prędzej dziecku trzeci migdał nosem wyjdzie niż to się stanie. A każda choroba to prosty sposób leczenia – antybiotyk. Lekarzy, którzy uczciwie powiedzą, że antybiotyk nie jest potrzebny do tego konkretnego bólu gardła, ze świecą szukać.

 

I to nie jest aż tak, że co pół godziny tracę panowanie nad sobą, ale takie głupie sprawy mnie totalnie wyczerpują i osłabiają. Takie moje słabe punkty i nawet kiedy myślę o nich, zaczynam być nerwowa. Jak to pokonać? Mieć świadomość i się na nie psychicznie i fizycznie przygotowywać. To dlatego budzik trąbi mi  od szóstej, a nie szóstej trzydzieści. Bo jak wstanę wcześniej i zdążę wypić kawę, to idzie mi jak z płatka. A jak wyślę dziecko busikiem szkolnym do zerówki, to nie muszę jechać z dwójką. To dlatego perfidnie wykorzystuję Chłopa i kiedy jest z chłopakami, podrzucam mu kosze z wypranym praniem, bo on szybciej składa i lepiej mu to idzie niż mi. To dlatego uwielbiam mieszkać w moim lesie, bo kiedy wyjdę przed dom, to wrzasków dzieci nie słyszę, a  w ogóle w wakacje, to one jakoś cichną albo rozchodzą się po lesie i nie są męczące. Na punkt 4 nie mam sposoby. Myślę, że on zniknie, kiedy chłopcy podrosną. Starszak już wiele swoich problemików potrafi rozwiązać bez mojej pomocy [dlatego też powstał tekst “Później będzie łatwiej“].

 

No dobra, to teraz ty mi powiedz, co takiego wkurza najbardziej we współczesnym macierzyństwie lub w ogóle macierzyństwie. Najgorsze rzeczy i od razu pomyśl, co zrobić, żeby je wyeliminować.


Natomiast jeśli interesują cię wpisy ode mnie, zainstaluj sobie, proszę, aplikację na telefon, gdzie będziesz mogła w każdej chwili spojrzeć, czy nie pojawiają się jakieś nowe wpisy: Tu wersja na Android, a tu na IOS.    Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na facebooku [jeśli chcesz widzieć, co tam piszę],  zawsze też jestem na instagramie, więc tam możesz zerkać, co gadam na żywo ?  dziękuję! A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam [tutaj]. 

You May Also Like