Miasto i wieś – dwa światy, które mimo że wciąż się do siebie zbliżają, a na wielu płaszczyznach wręcz przenikają, w dalszym ciągu dzieli subtelna różnica w kwestiach zakupów, dojazdów i… placówek dla dzieci. Dostałam wiele pytań o przedszkole Kosmyka, wiele domysłów, było kilka zdziwień. Postaram się część wyjaśnić, a przede wszystkim podzielić się z tym, w jaki sposób wybrałam wiejskie przedszkole i przygotowałam do niego dziecko.

 

 

Sprawa była prosta – albo publiczne, albo prywatne. Już w zeszłym roku przebadałam kilka placówek pod kątem obecności w nich Kosmyka i wyciągnęłam wnioski. W marcu zdecydowałam się na to, żeby puścić synka na kilka dni na próbę do jednego, ale syn miał wtedy trudny okres i wyszło na  to, że szybciej wróciliśmy do domowych pieleszy niż z nich wyszliśmy. Wiedziałam, że na razie to zły czas na rozpoczęcie nowego etapu w życiu dziecka. Choć przedszkole podbiło moje serce.

 

 

Prywatne czy publiczne? 

 

 

 

Zastanawiając się nad tym, do jakiej placówki puścić syna, bardzo poważnie rozważałam przedszkole prywatne. Dlaczego? A no dlatego, że w jego ofercie jest masa dodatkowych zajęć, o których w przedszkolu publicznym mogę tylko pomarzyć. W jednym moje serce skradła możliwość regularnego uczestniczenia w zajęciach na basenie, podwieczorki, które dzieci przy pomocy pań własnoręcznie przygotowują oraz liczne wycieczki, wyjazdy oraz wszystkie te atrakcje, za które  płacić musiałabym o wiele mniej niż w mieście [różnica w cenie jest kosmiczna!].

 

Co oferuje za to publiczne? Opiekę nad dzieckiem od godziny siódmej do 13.30, zajęcia angielskiego i… zwykły przedszkolny standard nieobejmujący śniadań, lecz tylko obiad na szkolnej stołówce. Teoretycznie nie powinnam się zastanawiać, prawda? A jednak wszystkie prywatne przedszkola, które miałam okazję odwiedzić [niektóre po kilka razy], oprócz tego, że paniom nie do końca zależało na pokazaniu nam przedszkola, opowiedzenia o nim, zachęcenia,  miały tę jedną wadę, której nie mogłam przełknąć, a którą nieopatrzenie dojrzałam: w każdym z nich non stop i dość głośno huczał dziecięcymi bajkami… telewizor. Wiecie, ja nie mam nic przeciwko bajkom, Kosmyk je uwielbia i mógłby nie robić nic innego, jak tylko je oglądać. Ale po co mu przedszkole, skoro może robić to w domu, no nie?

 

 

Wiejskie realia

 

 

Kiedy ktoś mówi, że mieszka na takiej wsi, jak moja, zawsze się pytam „Czy na pewno?”. Bo często wsią ludzie nazywają mieścinkę, gdzie jest sklep, apteka, często poczta, a nawet przystanek autobusowy. U mnie tego nie ma – jest osiem, czy dziewięć domów [część z nich zamieszkiwana wyłącznie sezonowo] i kilka domków typowo letniskowych. Nie ma żadnej infrastruktury, oprócz leśnej, a do najbliższego większego skupiska ludzi mam osiem kilometrów wyboistą drogą przez las [podobną najpiękniejszą na świecie, ale zawsze długą]. No cóż mówić – mieszkam w lesie. Powinnam przestawać nazywać to moje miejsce wsią, bo niektórzy czują dysonans :). I w tym moim lesie jednym z największych problemów są dojazdy – trzeba być bardzo zorganizowanym, zawsze przygotowanym, a najlepiej to przyszyć sobie notes do nogi i zapisywać każdą rzecz, której brakuje, żeby korzystając z okazji wyjazdu, niczego nie zapomnieć. Matka, która mieszka w takim lesie i nie ma swojego samochodu, jest zwyczajnie odcięta od świata, nie mówiąc już o dziecku, którego nie ma kto dowieźć do przedszkola.

 

 

Wiejskie przedszkole – dojazdy

 

 

W naszej okolicy jest mnóstwo dzieci, które mieszkają na takich zadupiach. Odciętych od świata, dalekich, zasłoniętych lasem, jeziorem, mokradłami. Jest ich tak dużo, że gmina już dawno temu wyciągnęła rękę do rodziców, którzy głowili się, w jaki sposób dowieźć dziecko do placówki – powstała instytucja busiku. Dojeżdżałam nim ja, dojeżdżała moja siostra, cała masa dzieci z mojej okolicy jeździła białą nyską na swoje zajęcia w przedszkolu/szkole. Kiedy zorientowałam się, że nie dam rady zrobić w ciąży prawa jazdy, gryzłam paznokcie kombinując, w jaki sposób zorganizować takie dojazdy Kosmykowi. Gdy rozważałam jeszcze przedszkole prywatne, jasne było, że Chłop, jadąc do pracy, może podwieźć Kosmyka o szóstej do przedszkola i odebrać go o szesnastej trzydzieści. Dość długo to rozważałam, ale kiedy zobaczyłam ten telewizor, to już wiedziałam, że będę musiała kombinować. I wtedy jak z nieba spadło na mnie przedszkole publiczne i dojazdy do niego, które w pełni stały w gestii przedszkola.

 

 

 

Jak to zorganizować?

 

 

Z dyrektorką placówki rozmawiałam chyba niezliczoną ilość razy [nota bene ona sama była moją wychowawczynią w przedszkolu], upewniałam się tak długo, aż  przestałam potrzebować upewnień. Sprawa była prosta: Chłop jedzie do pracy w jedną stronę i bardzo rano, Kosmyk do przedszkola w drugą i trochę później. Stanęło na busiku. Jak to zorganizować? Bałam się. Powiem wam, że bałam się wpuścić dziecko do szkolnego busiku, powiedzieć mu papa i liczyć, że wszystko będzie dobrze. Chłopa, oczywiście, w dniu rozpoczęcia przedszkola, nie było, poprosiłam więc babcię o pomoc. I tak pierwszego dnia przedszkola wsiadłam z synem do busiku i odprowadziłam go do przedszkolnych drzwi. Poczekałam, aż powie, że mogę iść i… poszłam. Babcia odwiozła mnie do domu i taką samą trasę przebyłyśmy po południu, żeby odebrać synka i zobaczyć, jak to się odbywa.

 

Drugiego dnia poszłam krok dalej: wsadziłam synka do busiku i… pojechałam za nim z babcią, żeby zobaczyć, jak sobie syn radzi przy wysiadaniu i wsiadaniu. To samo trzeciego dnia. Czwartego dnia powiedział, że da radę sam. I dał. A powiem więcej – uważa, że jazda tym busikiem to największa atrakcja jego przedszkolnego żywota.

 

Jak przygotowywałam syna do przedszkola? Oprócz zwyczajnych rozmów o przedszkolu, o tym, jak tam będzie, czego spodziewam się ja, czego syn, jak to będzie wyglądać plus kilku godzin na dniach otwartych  – nie robiłam kompletnie nic. Rozmowa wystarczyła.

 

 

 

 

Śniadania, obiady, kolacje

 

 

Na facebooku część osób się zdziwiła, że Kosmyk nie dostaje w przedszkolu śniadań, a tylko obiady.Czemu w przedszkolu nie ma śniadań? A pewnie dlatego, że przedszkole korzysta ze szkolnej stołówki, która zaprogramowana jest na obiady.  A czy mogę nieśmiało napomnknąć, że według mnie to jeden z plusów mojego przedszkola? Nie muszę się martwić, co syn zje, a czego nie zje, nie jestem zdana na łaskę i niełaskę przedszkolnej stołówki, a przede wszystkim wiem, mniej więcej, ile zjadł [widzę, ile jedzenia zostało w pojemniku] oraz dostaję szybki feedback, co mu nie smakowało.

 

 

 

Wszystkie zajęcia dzieci

 

 

Nie boję się, że moje dziecko nie będzie miało programowego basenu czy innych atrakcji – na basen z radością pojedziemy z nim sami, a i wycieczkę mu zorganizujemy. Na konie i tak z nim jeździmy w soboty, kajak ma swój prywatny, przy ładnej pogodzie jeszcze nie raz nie dwa wyprawimy się naszążaglówką nad jezioro. A poza tym, czy dzieci naprawdę potrzebują naćkanego zajęciami i atrakcjami dnia? Mi te kilka godzin odpoczynku od Kosmyka w zupełności wystarczają, więcej nie potrzebuję. A gdy syn wróci z przedszkola mam siłę i ochotę, żeby samej upiec z nim placki z jabłkami, czy zwyczajnie iść na pobliską piaskową górę i poszaleć w piachu. W końcu to jego dzieciństwo. Nie miałabym sumienia zabierać mu tego dla prawie dwunastu godzin spokoju.

 

 

 

Unknown-18

 

Unknown-19

 

Unknown-20

 

Unknown-22

 

Unknown-23

 

Unknown-24

 

Unknown-25

 

Unknown-26

 

Unknown-27

 

DSC_1000

 

Plecak ze zdjęcia głównego – SkipHop

Walizeczka na jedzenia – Empik

 

 

  • Katarzyna Jamroży

    No tak… tylko problem z 13:30 i powrotem do domu pojawia się gdy oboje rodzice pracują poza domem. Własnie ostatnio się zastanawiałam jak sobie organizują ludzie życie będąc w takiej sytuacji. Jeszcze w przedszkolu to pikuś, bo w mieście, nawet w publicznych, dzieci chyba mogą zostać dłużej… ale takie siedmiolatki? Jak takiego malucha zostawić na świetlicy na kolejne 5 godzin po skończonych lekcjach? A jeśli nie na świetlicy, to co? Niania ma odbierać?

    • No ja właśnie też intensywnie myślałam nad tym, co gdybym pracowała gdzieś w następnym miescie 20 km dalej? Pewnie zostałaby świetlica albo babcia, albo… niania. W każdym razie, jak będę musiała iść do pracy, to… nie wiem, co zrobię :/

  • Ja mam takie mgliste wspomnienie, że w moim przedszkolu telewizor był od wielkiego dzwonu – dla wszystkich dzieci, w wielkiej sali, jeden mały ekranik na stoliku z kółkami.
    Hype na cały dzień. #dawniejbyłolepiej?
    Ciągle nie mogę wyjść podziwu (a już trochę czytam Cię!), jaki ten Kosmyk jest dzielny. Jaki dorosły. Jaki samodzielny i rezolutny. Zaczynam się serio bać, że będę mieć wobec własnego dziecka oczekiwania. Ładnie to tak? 😛

  • A ja już się po tobie spodziewałam tekstu: „Wiejskie przedszkole jak je wybrałam?” „Nie wybierałam, brałam jedyne możliwe, bo wiecie, mieszkam na wsi ;)”
    A tak na serio. To naprawdę podziwiam jaki ten Kosma jest megadzielny. Jak patrzę na moją Lulkę, która w podobnym wieku to jednak czuję, że inaczej by się taka jazda busikiem skończyła.
    Powodzenia więc Kosmykowi w przedszkolu! A Matce gratuluję zdrowego rozsądku.

  • me rog

    A ja ciągle nie mogę wyjść z szoku, że w przedszkolu telewizor i bajki… A tak ogólnie to super, że wybrałaś opcje z busikiem:) Kosmyk bardzo dzielny a ja wspominam swoje dojeżdżanie do przedszkola busem a do podstawówki pksem jako naprawdę cudowny czas 🙂

    • A ja się nie dziwię… jeśli dziecko siedzi tam 12 godzin prawie, to przecież przedszkolankom już mogą się pomysły kończyć. Nie mam nic przeciwko 20 minutom bajek, ale kurde, wchodziłam tam o różnych porach, a ten tv grał i gral cały kurde czas :/

  • Moja córka w zeszłym roku chodziła do prywatnego na 5h i bajki tez włączali! Teraz jeździ właśnie busem do innego przedszkola, ma dalej, ale są obiady (tam suchy prowiant), własny plac zabaw. Rodzice, którzy nie mogą dziecka odbierać o 13:30, deklarują się sami przywozić. Świetlica niestety (a moze staty?) jest dla starszych dzieci. Chociaż u mnie tez jest świetlica wiejska, an której i przedszkolaki bywają.

  • Z ciekawością przeczytałam Twój wpis o przedszkolu, bo same to mamy właśnie na tapecie. Moja Nilka, choć dużo młodsza od Kosmyka, właśnie rozpoczęła przygodę ze żłobkiem… tyle, że w Berlinie.
    Bardzo fajnie, że Kosma jest taki samodzielny i przede wszystkim – że mu na to pozwalasz! Wyrośnie na fajnego, mądrego mężczyznę.
    Jedyne co mnie bardzo zdziwiło to czas otwarcia przedszkola. Do 13:30? Serio? A co jeśli obydwoje rodziców muszą pracować? Czy przedszkole nie jest instytucją, która ma umożliwić rodzicom (najczęściej matce) podjęcie pracy? Do 13:30 to można wstawić pranie, wypić zimną już kawę i wziąć prysznic (ewentualnie). Jak w takim razie wygląda plan dnia w Waszym przedszkolu?
    Nilka ma 13 mcy, ale nasz żłobek działa od 6:30 do 17:00, my akurat możemy sobie pozwolić na prowadzanie jej od 9:00 do 14:00, ale często rodzice muszą korzystać z dłuższych opcji.
    Jeszcze jedno pytanie, tak z ciekawości – płacicie coś za państwowy żłobek?
    Pozdrawiam ciepło!

    • Ha! Z tym pierwszym to i ja myślałam i myślałam, czemu tak krótko, ale odpowiedzi nie znalazłam – po prostu matka nie powinna pracować zdaniem państwa 🙂 Plan dnia jest prosty: do ósmej schodzą się dzieci, o 9 jedzą śniadanie przyniesione z domu, potem idą na toaletę i mają czas na zabawę: śpiewają z panią piosenki i tanczą, o 10 wychodzą na dwór, potem wracają znów zabawa i mają zajęcia plastyczne, o 12 obiad i znów zabawa do 13.30.

      Prywatne czynne są do 17 i wcale nie są dużo droższe od publicznego – u nas bieda, więc dyrekcja prywatnych zdaje sobie sprawę, że nie każdego bedzie stać.

      Żłobka u nas nie ma – ktoś się mnie pytał, czemu piszę blog, zamiast iść do pracy… no cóż, jestem uziemiona :/

      A za państwowe przedszkole nie płacimy nic. Teoretycznie powinnam dopłacać złotówkę czy coś za każdą dodatkową godzinę [od 12 do 13 bodajże], ale że powrót dziecka uzależniony jest od jazdy busiku, a busik przyjeżdża 13.40, to pani dyrektor nie chce żeby małe dzieci spędzały ten czas na szkolnej świetlicy i są w przedszkolu za darmo. No i obiady: 5 zl za jeden dzień, mleko 0.60 groszy, ubezpiecznie i przybory plastyczne.

      • dzięki za odpowiedź! ciekawie to wygląda, choć bardziej przypomina zawracanie głowy rodzicom niż tak naprawdę odciążenie ich w obowiązkach 😉 ale jedno jest pewne – Kosmyk na tym na pewno dużo zyska. pozdrawiam ciepło całą Waszą czwórkę (no i psa)!

      • Kasiulek

        Dość dużo płacicie za same obiady. Myślałam, ze to jest jakoś odgórnie ustanowione dla wszystkich przedszkoli publicznych. U nas jest 5zl ale w tym śniadanie, obiad dwudaniowy, owoc i podwieczorek np. ciasto, kisiel lub jogurt.
        Ale jestem pełna podziwu dla Kosmka. Odważniak z niego, ze tak jedzie tym busikiem. Naprawdę wielkie brawa. Mój to by na pewno nie wsiadł, ma problem żeby dojść ze mna do przedszkola, musze go zagadywać i odradzać uwagę bo chce wracać do domu.

  • KasiA

    Nasz starszy chodzi do prywatnego, ale dlatego ze: Jest pod ręką tj 200metrow od domu (zaprowadzam go z młodszym wózkiem), bajki w tv sa raz na mw 2 tygodnie w ilości sztuk:1. Teoretycznie mógłby byc w nim do 17( większość dzieci jest odbierana o 15-16) odbieram go po podwieczorku ok 14. W ten sposób omija go większość zajęć dodatkowych, które sa od 14 😛 wydaje mi się jednak ze rytmika i angielski w godz do południa wystarczy. Wybierając przedszkole kierowalam sie wlasna intuicja i organizacja dnia z dwójka dzieci i pracującymi rodzicami (w naszym mieście jest 7 przedszkoli prywatnych i 1 państwowe, ale na drugim koncu miasta). Przyznam szczerze, ze większe zaufanie mam do przeszkoli publicznych, takze nasze tez troche musiałam przetestować, zeby się przekonać, ze zostawiam syna w dobrym miejscu:)

  • Matylda

    Wiejskie przedszkola naprawdę są spoko! Ja dziewucha ze wsi jestem i przeszczęśliwa z tego powodu!
    A teraz, kiedy swoje potomstwo mogę słać do placówki, w której wciąż pracują te same panie, to aż się wzruszam!
    PS. Skip hop też u nas jest! I też nie wysyłam dziecka na miliard godzin do placówki i lanczówka nie zawsze wraca pusta, ale i tak jest fajna 🙂

  • nynka87

    szkoda, że nie na każdej wsi są takie wygody, u nas funkcjonują tylko szkolne autobusy a nimi mogą jeździć dopiero dzieci chodzące do szkoły…

  • Zofia Bogusławska

    To ja mogę z dwóch stron powiedzieć. Pierwsze dziecko całkowicie prywatne 😀 Drugie 9 mc – 3.5 roku w prywatnym. Teraz w publicznym.

    Czemu ? Przeprowadzilismy sie na wieś (do najblizszego przystanku 5km, tak samo jak do sklepu, do „miasta” gdzie są 3 sklepu 7 km) dwa lata temu. Dzieci zostały w prywatnym przedszkolu w mieście (w którym pracowaliśmy wiec codziennie rano/po poludniu i tak bylismy wlasnie tam). Teoretycznie mozna było je do publicznego w miasteczku 7km od nas przepisać, ALE starszemu został w zasadzie rok w przedszkolu, a potem szkoła. Chodzili razem, nie chcielismy rozdzielać etc.

    Jakie mam przemyslenia ? Moze tak trafilismy, ale
    a/ wiekszosc prywatnych przedszkoli ma dość małe sale.. tak po prostu jest i ja widze ze to jest za mało
    b/ wiekszosc prywatnych przedszkoli ma catering.. który żeby nie wiem jak nie bedzie taki fajny jak jedzenie na miejscu robione
    c/ program publicznych jest tak zrobiony ze te dzieci na prawde mają co robić
    d/ nawet jak sie trafi mniej fajny nauczyciel to ten program mowi ze ma zrobic to a to i tyle, nie ma ze caly dzien bajek, po prostu nie.. bo trzeba zrobic z dzieckiem to i to i koniec, kropka 😉 w publicznych jest mniejsza „wolna amerykanka” co uważam za dobre.. nauczyciele w prywatnych wcale nie są lepsi, czesto są tacy, którzy są tańsi.. taka prawda
    e/ bajki są tutaj i tutaj, zazwyczaj po obiedzie albo po drzemce, ważne zeby zapytac ile i jakie.. u nas czesto jest krecik czy inne bajki z zamierzchłych czasów. bo są krótkie, bo są fajne a dzieci naprawde je lubią 🙂

    Młoda publiczne lubi duzo bardziej niz tamto, prywatne, z grupami po 8 dzieci (teraz chyba 22).

    I z wywieszonym jęzorem z „duzego miasta” wracam na wieś żeby do tej 16.30 odebrać 😉

  • Mag Juk

    Zaciekawił mnie wątek tej próby posłania maluszka do przedszkola – ile synek miał wtedy lat? I czy można w przedszkolu publicznym tak sobie właśnie spróbować i ewentualnie wypisać malucha? Mój niespełna 3-latek nie wydaje się na razie zbyt chętny na przedszkole, ale chciałam właśnie, żeby zobaczył z czym to się je i wtedy dopiero ocenił swoim dziecięcym rozumkiem.

    • Coś koło 3,5 i panie przedszkolanki nie robiły problemu, wręcz zachęcały do takiej próby. Natomiast wiem, że niektóre placówki robią problem i są problemy z adaptacją. Czytelniczka pisała kiedyś, że w jej przedszkolu panie oczekiwały, że ona zostawi dziecko i wyjdzie i nie będzie dziecka przygotowywać do takiej zmiany. Więc warto wcześniej się dowiedzieć, pogadać po ludzku 🙂

      • Mag Juk

        Dzięki za odpowiedź, muszę więc dopytać. Nie mam z tym przedszkolem ciśnienia ze względów zawodowych, ot tak chciałam małego dać do ludzi, więc opcja z ewentualnym wypisaniem i zapisaniem innym, lepszym razem wydaje się całkiem dobrą furtką.