– Ej no, Aśka, co ty robisz cały dzień? Ten widelec leży już za drzwiami od wtorku! Nie mogłaś go do tej pory podnieść?

 

Patrzę się na widelec. No leży. Nawet pamiętam, kiedy wleciał za te drzwi. Robiłam obiad, Kosmyk się wściekł, że nie pozwoliłam mu zdjąć garnka z gazu. Rzucił tym widelcem. Nawet się potem rozglądałam, gdzie on, ale zaraz musiałam ratować ściany przed zdemolowaniem przez kredki, więc jakoś tak. Ten widelec wpadł mi jeszcze w oczy wczoraj chyba… ale tak, szłam wtedy z praniem, nie miałam jak podnieść. A potem? Nawet o nim pamiętałam, ale zajęłam dziecko czesaniem kota, a sama zaczęłam myć garnki i coś jeszcze… co jeszcze? A! Sprzątałam kosmykowe doniczki po sianiu pieprzu i soli, pamiętam! I coraz trudniej mi się w sumie non stop schylać. Brzuch rośnie i rośnie. Przestałam nawet buty wiązać.

 

– Aśka! Słyszysz? Nie mogłaś podnieść tego widelca? Pytam się o coś!

 

Jego mina nie wróży nic dobrego. Jakieś chyba tabletki muszę mu kupić na tę minę. Patrzę się na niego z niepokojem. Co to będzie, jak mu odpowiem? Jak to zrobić delikatnie, żeby jego mały móżdżek nie został przygwożdżony zbyt ostrą prawdą o świecie? Jeszcze się wystraszy… zamknie w sobie. I co ja biedna wtedy zrobię? Kogo wyślę do rąbania drewna? Kto wkręci mi żarówkę?

 

Wzrok Chłop staje się coraz bardziej niecierpliwy. Stoi, patrzy się na ten widelec i wyraźnie chce tej brutalnej prawdy. I jedyną osobą, która mu ją objawi, jestem ja. Znowu ja. Z niezwykłą obawą, wręcz strachem przecieram moje spocone czoło. Jestem gotowa na najgorsze, ale cofnąć się nie mogę. To stanie się dzisiaj. To stanie się zaraz. To się stanie już. Z moich ust zaczyna wypływać druzgocząca prawda:

 

– Skoro widziałeś ten widelec już jakiś czas temu, to dlaczego sam go nie podniosłeś?

 

I bach. Jego uszy czerwienieją. Mózg zaczyna pracować na wysokich obrotach, widzę niemalże jak w procesie myślowym coś pod jego kopułą zaczyna się gotować. O rany, czy on to wytrzyma? Na wszelki wypadek łapię go za rękę. Będzie dobrze, mówię, poradzisz sobie z tym!

 

Bez słowa wyrywa się z mojego uścisku, Schyla się. Łapie widelec. Wsadza go do zmywarki.

 

Przez kilka dni go jeszcze obserwuję. Niby jest taki sam, ale kurde, wiadomo, co mu się tam w środku popsuło po burzącej życie informacji?

 

Niedługo później na podłodze znów leży widelec. Widzę go, ale naprawdę coraz trudniej mi się schylać po każdą rzecz, którą rozrzuci dziecko. Macham ręką, jednak po godzinie o widelcu sobie przypominam. Ale on już tam nie leży. Czysto.

 

Dziwne. Chyba zacznę mu mierzyć gorączkę, bo jeszcze się chłopina przemęczy.