Dziś na kawę wpadli do nas dwaj panowie, którzy przyjechali zadbać o mazurski grób rodzinny przy naszym domu. Chłop ich dojrzał i zaprosił na kawę, z czego uprzejmie skorzystali. To miejscowi. Miejscowi, miejscowi, urodzeni, wychowani tutaj, dzieci Mazurów. Wiedzieli wszystko i nawet więcej niż można wyczytać z prac okolicznych badaczy historii.

 

 

 

– Wie pani – mówił spękanymi, starymi wargami – Nie ma kiedy przyjechać, ma się swoje życie, swoje sprawy, trudno znaleźć chwilę, a środki, żeby te groby zachować w jako takiej przyzwoitości, to drogie. A pieniędzy mało. Ale braciszka grób musiałem odwiedzić. Próbowałem tę płytę skleić, ale trudno, chyba nową kiedyś zamówię. Jak odłożę.

 

Braciszka. Mówił o nim „braciszek”, mimo że to dziecko, jak powiedział, zmarło w wieku sześciu miesięcy, przyduszone poduszką, bo „kiedyś to były takie duże, puchowe, z pierza. Nie to co teraz, teraz by pewnie żył”.

 

Braciszek. Tak dorosły chłop mówił o malutkim grobie, który ja, jako dziecko nie raz, nie dwa szorowałam, z myślą, co też tu za dzieciak leży. O grobie, na temat którego mój syn tworzył różne historie. O malutkim grobie, tak podobnym do innego grobu, mojego brata. Ale ja o moim zmarłym bracie mówię „brat”. A on „braciszek”. Malutki, sześciomiesięczny braciszek. Tego konkretnego człowieka, a nie jakiegoś ze świata. „Braciszek” w jego starych, popękanych ustach brzmi miękko, tkliwie. I swojsko. Jakby zaraz miał przybiec i ze śmiechem wleźć mu na kolana. Taki mały. Braciszek.

 

– Wie pani, ja tu dorastałem, pamiętam jeszcze jak sklep w tym czerwonym domu po starej szkole był. W dzień wypłaty chłopy się schodziły i kiedyś wyszedłem z domu i taka chmura czarna na niebie i ja patrzyłem w to niebo, jaka ta chmura wielka, a to chłopy się popiły i bić się zaczęli, aż chmura kurzu w niebo poszła. I pamiętam to niebo, i tę chmurę i mnóstwo butli ochlejmordów na ziemi. Ja tu wszystko znam, z tej górki, co żwir brali, się tarzało i wprost do rzeki, a w rzece drewno spławiali. Nic tu dziś tego nie przypomina.

 

Powiedziałam mu tylko, że całe życie, my, nowe dzieci Mazur, żyjemy w cieniu tej historii, która między tym krzakiem bzu, a ukrytymi w gęstwinach cmentarzami toczyła się gwarnie, upalnie, tragicznie i szczęśliwie. Kleimy ją z połamanych nagrobków, łapiemy z ust tych, co jeszcze żyją, wydobywamy z pamięci tych, których rodzice pomarli już na obczyźnie. Żyjemy tu i tworzymy nową historię.  Ale oni, ludzie, którzy mieszkali w naszych domach i chodzili po naszych obejściach, są wciąż obecni. Ich cienie dalej krążą między ścianami domów, za trzcinowym poszyciem, podczas i naszych turlań z tej samej górki, kąpieli w tej samej rzece. Krążą i przypominają. Że tu kiedyś było inne życie, inna kraina. Że praktycznie nikogo, oprócz nas, tu nie ma. Że kogoś wciąż brakuje.

 

Układanka wciąż nie chce się ułożyć. Tylu puzzli brakuje.  I grobów. Tego, co go zabili w lesie, gdy powiedzieli, że tylko na przysłuchanie zawiozą. Innego, zabitego przed domem w swoje urodziny, bo nie pozwolił zgwałcić córki. I tej matki, o której syn mówił, że gwałciło ją czternastu, a przy czternastym przestała krzyczeć, bo już chyba umarła. I wielu już nie znajdziemy. Przecież mnóstwo grobów na przydomowych cmentarzach dawno się zapadło.

Całe życie żyjemy w cieniu tej historii.

Co robić. Jakoś żyć musimy.

 

 

 

Ziemie mazurskie przez wieki aż do II wojny światowej należały do Prus Wschodnich. Jednak ludność, jaka zasiedliła te terany, od Ełku po Ostródę, Węgorzewo, Szczytno, Nidzicę, była dość specyficzna. W większości pochodziła z Polski, zajmując miejsce dawnych plemion pruskich. Ich język, który wykształcili, a którego badaniem się zajmowałam na studiach magisterskich, nosił w sobie bardzo silne cechy języka staropolskiego, został niemalże zakonserwowany w mowie zaśmieconej niemieckimi nalotami. W wielu domach do lat dwudziestych dwudziestego wieku można było znaleźć polskie wiersze Reja czy polskie modlitwy [więcej pisałam o tym tutaj]. Sama nazwa „mazury” powstała najprawdopodobniej od „z mazowsza”.  Ale jest jeszcze kilka innych interpretacji. Po wojnie, gdy tereny mazurskie trafiły we władze Polski, ludność mazurska musiała zdecydować, czy są wrogami kraju, czy „sprzymierzeńcami”. Byli do tego nakłaniani, zmuszani, często siłą albo odpowiednią sugestią. Problem istniał w tym, że większość Mazurów nie identyfikowała się za bardzo ani z Niemcami, ani z Polakami. Polska nigdy się nimi nie interesowała, Niemcy stosowali na nich zwykłe swoje propagandowe hasła. Niezrozumiani i wyobcowani wśród napływającej polskiej ludności często dobrowolnie wyjeżdżali, „wybierając” ten kraj, który przynajmniej nie robił im pod górę. Sposób, w jaki zostały wyzwolone Mazury, idealnie opisuje film „Róża” Smarzowskiego. Nie polecam matkom z małymi dziećmi. W tym momencie na Mazurach mieszka garstka rodowitych mieszkańców. Z jednymi z nich udało mi się w zeszłym roku porozmawiać. Sama też od dziecka mieszkam w domu należącym w przeszłości do mazurskiej rodziny, która w 84 roku wyjechała po spokojniejsze życie do Niemiec. Wciąż mamy z nimi kontakt.

 

 

Tekst pochodzi z mojego prywatnego profilu,
został opublikowany 17 października 2016 roku.
  • disqus_NvVJ8qCeUR

    To chyba mój pierwszy komentarz na tej stronie, od kiedy czytam Twojego bloga, czyli będzie już ponad dwa lata. Sama pochodzę z Mazur i taka postawa, jak Twoja, nie jest częsta; ludzie napływowi, którzy osiedlają się na Mazurach, robią to często tylko z głodu przygody lub potrzeby zmiany środowiska – ale nie zżywają się z krajobrazem, myślami dalej żyją w Warszawie czy innym Poznaniu.Tak więc dziękuję Ci za to, że będąc nowo-mazurką, utrzymujesz przy życiu też historię regionu. 🙂

  • Pewnie nie pierwszy raz przychodzę tutaj, czytam tekst napisany tak starannie i tak dobrze, wzruszam się i nie potrafię napisać komentarza na tyle treściwego, na jaki zasługiwałby Twój tekst. Cóż poradzić, wzruszasz.

  • Pięknie dziękuję w imieniu tych zapomnianych za twoją pamięć i pióro. Szczególnie to ważne teraz kiedy dziady za pasem, a czasy oczyszczenia nadchodzą. Szczęścia i zdrowia życzę tobie i twojej rodzinie w tych ciekawych czasach dobra kobieto.