Jeśli miałabym wybrać pytanie roku, które dotyczyłoby mojego młodszego syna, nie byłoby słowa o tym, co je, jak je i czy nosi czapeczkę. Najczęściej pojawiającym się pod zdjęciami Adasia pytaniem było: „A gdzie on ma skarpety”. Jakoś się tak utarło, że do tego całego majdanu, jakim trzeba okrasić niemowlaka, należy koniecznie dołożyć pierwsze buty dziecka, najlepiej takie sztywne, zakrywające nogę, dające pewność, że jak dziecko wpadnie w nich do wody, to nie będzie cierpieć, po prostu się szybko utopi.

 

No dobra, jak zwykle przesadzam. Ale faktem jest, że większość rodziców kupuje swoim dzieciom jako pierwsze buciki do chodzenia ciężkie, zabudowane prawie że kozaki, bo mają wrażenie, że kosteczki ich dzieci są tak delikatne, że potrzebują dodatkowego wzmocnienia. Innym faktem jest to, że często zbyt szybko pionizujemy dzieci – nie mogąc się doczekać, aż staną, ciągamy je za rączki, zachęcamy, namawiamy, a one, wlepiając w nas te ufne ślepia, robią to, o co je prosimy, bo nie wiedzą, z jak dużymi to się może wiązać problemami w przyszłości… O tym momencie „pierwszych kroków” świetnie napisał tutaj Paweł Zawitkowski:

Stopy „przygotowują się do swojej roli” już w łonie mamy i zaraz po urodzeniu (od pchania w podłoże, pod różnym kątem, z różnych stron, itp).


Jaka jest praktyka…? Śpiochy, 4 pary skarpetek, śliskie podłoże – kołdra na panelach, na dywanie – żeby było ciepło i nie „ciągnęło” od podłogi… Buty „do nauki raczkowania, do nauki chodzenia”, uporczywe sadzanie na podłodze, wersalce, przyśpieszanie zdobywania kolejnych umiejętności, bo inne dzieci już, a moje nie… Stawianie i prowadzanie dzieciaków od rana do wieczora – bo mu się tak podoba… Prawda jest taka, że nam jest po prostu wygodniej i chcemy szybciej i ktoś nam mówił, że tak lepiej, bo wychował czworo dzieci…

Właśnie w tym momencie NIE WOLNO zabierać stopom możliwości kształtowania swych umiejętności w „bojowych warunkach” zakładając uparcie dzieciakom „buty do nauki chodzenia”… NIEEEE
Jak mają się nauczyć odpowiedniego obciążania stopy, przenoszenia ciężaru ciała, CZUCIA PODŁOŻA I REAKCJI RÓWNOWAŻNYCH, kiedy mają na nodze betonowy ciężar, do tego sztywny i zabierający im możliwość zdobywania koniecznych DOŚWIADCZEŃ SENSOMOTORYCZNYCH – tłumacząc na język polski – „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”?!

 

Cóż mogę dodać? Sama prawda i też już o tym pisałam w tekście „Jak zachęcić dziecko do raczkowania„. Nie czytałam wcześniej Pawła Zawitkowskiego, mignął mi tylko w jakiejś śniadaniówce, ale już kiedy Kosmyk był mały goniłam babcie usiłujące „postawić” dziecko na nogi. Pierwsze buty dziecka? O matko, on chodził bez butów pół roku, bo czas jego największej aktywności akurat przypadł na okres wiosenno letni, a w domu nikt z nas nie używa kapci. Biegał na boso, każdego dnia doświadczając wspaniałego masażu świeżego piasku i mokrej trawy. Doskonale nauczył się chodzić bez butów po pomoście, po wodzie, po szyszkach, po wszystkim, co jego małe paluszki napotkały.

PIERWSZE BUTY DZIECKA

Kiedy pytacie mnie o pierwsze buty dziecka, zawsze odpowiadam: nieważne jakie, ważne, żeby wam się podobały i miały miękką podeszwę dostosowującą się do stopy. Bo to nie but ma chodzić, tylko twoje dziecko. To nie but ma wyznaczać rytm, ale twoje dziecko. Jedynym butem, jaki nauczyć chodzić twoje dziecko jest… jego własna stopa. I to ona tu rządzi. But się musi do niej dostosować, nigdy odwrotnie.

 

Koleżanka, matkawariatka.pl w swoim wpisie o zdrowych stopach również cytuje Pawła Zawitkowskiego:

 

 „Jednym z najkoszmarniejszych pomysłów jest zakładanie niemowlętom, które jeszcze nie chodzę, bucikó do nauki chodzenia lub w innym podobno celu – prawidłowego kształtowania struktury stópki. Innym, dramatycznym pomysłem są jeszcze żywe pokusy, by kupować dziecku i na „po domu”, i na dworze buty ze sztywną, wysoką cholewką, twarym napiętkiem i wyprofilowaną twardą podeszwą z malutkim obcasikiem. Dramat!”.

A dalej już sama pisze:

 

Maluch po domu powinien biegać na bosaka, w skarpetach antypoślizgowych, dopasowanych do stopy tenisówkach (zima) lub kapciach z cienką podeszwą. Buty na dwór nie muszą (a często nie powinny – chyba że jest miękka) mieć wysokiej cholewki. Podeszwa powinna być cienka, wyginająca się na wszelkie możliwe sposoby, sprężysta. Powinna dać się zgiąć w poprzek mniej więcej w okolicy 1/3 długości – patrząc od przodu buta. But powinien dobrze trzymać stopę, ale w śródstopie, a nie w kostce.

DLATEGO WŁAŚNIE CHODZIMY BOSO!

A nawet Adaś. I te wszystkie żarty moich czytelniczek, które już trochę znają moje poglądy i życzliwie mi ten brak skarpet u Adaśka wypominają lub są zdziwione, jeśli na jedno z 50 zdjęć pojawi się takie, gdzie mój syn ma cokolwiek na stopie. Tak, Adasio też śmiga bez butów, bez skarpet, śmiga na bosaka z gołymi nogami. Nie choruje, z wyjątkiem jednego wirusa przywleczonego przez Kosmyka z przedszkola. Przestał po kilku niekontrolowanych ucieczkach z domu, w samym pampersie, po mokrej trawie do ukochanego psa, do kota, czy na podwieczorek z ziemi, po prostu przestał chorować.

CHODZENIE BOSO – NAJWIĘKSZA KORZYŚĆ

I teraz tak – wyobraź sobie małą dziecięcą stópkę, calutką utkaną z nerwów dopiero doświadczających  po raz pierwszy różnych bodźców. Szorstki dywanik, miękki, ciepły piasek, rosa na trawie, twarda szyszka, delikatnie drapiący chodnik przed domem. Przecież to jest orgazm wrażeń, eksplozja doświadczeń, doskonała uczta bodźców, które ni mniej, ni więcej robią dobrze całemu układowi nerwowemu twojego dziecka. W innym miejscu płaciłabyś za taką terapię grube pieniądze, a tak – wystarczy, że zdejmiesz skiery i możesz zafundować ją swojemu dziecku  Z A  D A R M O.

CO JESZCZE DAJE CHODZENIE NA BOSAKA?

Przede wszystkim – uważność. Coś, na co rzadko zwracamy uwagę [sic!]. Nauczenie dziecka uważności to moim zdaniem najtrudniejsza sztuka. Dziecko, biegając boso na trawie musi u w a ż a ć. Nie ma wyjścia. Żeby nie stanąć na czymś zbyt twardym, żeby nie stanąć na czymś obrzydliwie śliskim, żeby się nie skaleczyć. To potem zaprocentuje, bo uczy dziecko zwracania uwagi na rzeczy, których rodzic nie usunie mu sprzed nosa. Do tego kształtujemy nasz bardzo ważny zmysł – zmysł dotyku. Jedną z ulubionych zabaw Kosmyka gdzieś w wieku 3-4 lat było rozpoznawanie, co ma pod stopą. Świetne ćwiczenie!

 

Do tego – wrażliwość. Nie można być bliżej natury, niż stojąc wśród niej i czując ją każdym nerwem swojego ciała, w tym wypadku – stopy. Obcując z przyrodą, stajemy się bardziej empatyczni, wrażliwsi, czujemy się z nią niejako związani.

 

Przy tym – wspomniany już relaks. To naprawdę odprężające, tak przejść się po ciepłym piasku, czy zanurzyć brudne od ziemi stopy w chłodnych wodach jeziora.

 

No i masaż! Jedną z moich ulubionych letnich czynności jest wieczorne podlewanie ogrodu. Gołymi stopami ugniatam trawnik i drobne kamyki, a zimna woda raz na jakiś czas chłodzi mi stopy. Potem biegnę opłukać je pod prysznicem, zakładam ciepłe skarpety i… nie może być lepiej. Cudowne uczucie.

 

A na koniec – moje ulubione – hartowanie. Tak jak pisałam: w momencie, w którym odeszły mrozy, a ja puściłam Adaśka bez skarpet po podwórku, skończył się problem wiecznego kataru, kaszlu i złego humoru. Adasio się zahartował i mimo że praktycznie całą zimę drzemał 40 minut lub nawet godzinę na dworze, nic mu nie dało tej odporności, jak właśnie kontakt bosej stopy z ziemią.

LUDZIE CHODZĄ NA NOGACH, A NIE W BUTACH

Taką krótką sentencją, chciałabym podsumować ten tekst. Bo wiesz, znając realia życia przed dwudziestoma czy trzydziestoma laty, wiem, że sama uczyłaś się chodzić bez butów. Buty, to był rarytas. I większość dzieci ich nie lubiła bo przeszkadzały im chodzić!

I teraz spójrz na stopy swojego dziecka – są doskonałe. 9 miesięcy przygotowywały się do tego, że będą chodzić. Nie miałaś w brzuchu butów, stopy ich nie potrzebowały, rozwijały się z myślą, że same poniosą ciężar ciała twojego malucha. One są zbudowane tak, żeby chodziły. Czemu im przeszkadzasz zbędnymi butami? To trochę tak, jakbyś nakładała na dziecko dodatkowe obciążenie, bo nie dość, że musi nauczyć się chodzić w ogóle, to jeszcze do tego – w butach! Jeśli kiedyś uczyłaś się chodzić na obcasach, to pewnie wiesz, o czym mówię.

 

No ale wróćmy do tych butów.

 

To nie tak, że ja bojkotuję buty i non stop śmigamy na bosych stopach. Kosmyk ma swoje ulubione Blazy [pisałam o nich tutaj, są świetne, bo podeszwa nie jest sztywna, a wyginająca się, czyli taka, jakie powinny mieć wszystkie buty dla dzieci] i swoje skóraki [tutaj]. Lubi też sandały z Zary [tutaj, wciąż je nosi] i granatowe sandały [też z Bobuxa], do przedszkola często śmiga w trampkach z H&M  „z okami”. Trochę tych butów jest, ale… moje dziecko samo decyduje, kiedy i które buty założy. Zupełnie się w to nie wcinam i liczę na to, że zdecyduje dobrze. Jeśli chce iść na spacer na bosaka, proszę go tylko, żeby spakował do wózka z Adasiem buty na założenie, jeśli napotkamy trudny teren. I tyle. Resztę czasu spędza na swoich własnych nogach i uczy się polegać wyłącznie na nich.

 

Boso, moi drodzy.  Uwolnijmy stopy naszych dzieci i nasze własne też. Zrzućmy papcie, kapcie, skarpety, niech czekają na lepszy moment. Pierwsze buty dziecka? Niech będą nimi ich własne stopy!

 

 

DSC_0632

 

DSC_0637

 

 

DSC_0642

 

DSC_0648

 

DSC_0665

 

pierwsze buty dziecka

 

DSC_0730

 

DSC_0737

 

pierwsze buty dziecka

 

DSC_0745

 

DSC_0748

 

DSC_0759

 

DSC_0783

 

DSC_0791

 

DSC_0840

 

DSC_0859

 

DSC_0864

 

DSC_0867

 

DSC_0870

 

pierwsze buty dziecka

 

pierwsze buty dziecka

 

pierwsze buty dziecka