Wczoraj cieszyłam się chwilą spokoju [Chłop zabrał dzieciaki do warsztatu samochodowego] i mignął mi na ekranie zapowiadany od jakiegoś czasu program „Wychować i nie zwariować”. Obejrzałam końcówkę, w której specjalista od wychowania [zaraz o nim będzie] opowiadał młodej mamie, że jak ją dziecko bije, to ona ma udawać płacz. Zaciekawiona, poszukałam pierwszego odcinka programu w internecie i obejrzałam sobie do kawy. Kawę miałam zimną, bo cały czas notowałam i wieczorem dopiero ochłonęłam na tyle, by cokolwiek z siebie wyrzucić.

 

 

No dobra, nie popisuję się. Dzieciaki mi weszły na głowę, jak by to specjalista określił.

 

Jakoś nie zainteresował mnie na początku nowy program TVN Style „Wychować i nie zwariować”. Przyznaję, że samą stację lubię. Uwielbiam oglądać, jak Dorota urządza i poluje na mieszkania, czasem zerkam na „Aferę fryzjera”, rano, kiedy korzystam z chwil skupienia Adaśka i krzątam się w kuchni, ogarniając jednocześnie bajzel po poranku, zerkam na „Perfekcyjną”, która mnie chyba trochę mobilizuje i na „Kuchenne Rewolucje”, bo wciąż mam nadzieję, że zapamiętam nazwy tych restauracji i kiedyś w nich zjem. Ach, „W  dobrym stylu” też polecam. I mimo że ta błogość i doskonałość czasami przyprawia mnie o mdłości [w „Perfekcyjnej…” była przynajmniej rozbita bałaganem uczestniczek] i wolę Rozenek w jeszcze bardziej luzackim wydaniu [jaki zaprezentowała w „Azja Express”, który sam w sobie mi się średnio podobał], tak nie mogę nie przyznać, że sprzedaje w tym programie kilka dobrych trików i zerknąć nie omieszkam, jak się trafi.

 

[Tak, czasem zdarza mi się też obejrzeć coś ambitniejszego, jednak najczęściej z funkcją „zatrzymaj”, dzięki której dwugodzinny film leci nam w telewizorze przez pięć godzin, bo albo pranie trzeba rozwiesić, albo zmywarkę jeszcze załadować, albo dziecko się obudzi, standard, znacie].

 

 

Ale do meritum. No nie czekałam na ten program. Nie byłam ciekawa. Tuż po premierze nawet dostałam kilka wiadomości, co myślę, ale uprzejmie odpisałam, że nie myślę, wszak nie znam, i ok. Podejrzewam, że to moja intuicja. Wiedziałam, że poczuję ciarki na plecach.

 

 

Wychować i nie zwariować – jak bardzo można to schrzanić?

 

 

zrzut-ekranu-2016-10-05-o-14-25-45

 

Ale od początku. Program prowadzi Paulina Krupińska, przedstawiana jako „świeżo upieczona mama i absolwentka pedagogiki„. No ok. Zgadza się.  Kto ma prowadzić program o wychowaniu jeśli nie istota znająca od podszewki życie z dzieckiem? Dodam, że Paulina jest rozkoszna, miło się na nią patrzy i dodaje takiego „ludzkiego” wydźwięku, choć widać, że pierwszym odcinku jest jeszcze trochę spięta, ale to pierwszy odcinek i w ogóle wolałabym ją częściej widzieć. Bardzo dobrze, że sprowadzana nakręconą na perfekcyjność mamę do porządku i namawia do odpuszczenia. Ale, ale. Paulina nie jest sama. Z nią, w roli eksperta lektor przedstawia Pawła Grzesiowskiego… pediatrę. Zgrzyta wam coś?

 

Mi owszem. Przypomnę tylko fragment tekstu Antonoovki „Od tego jest specjalista„:

 

W naszym spoleczeńswie zakorzenione jest przekonanie, że położna, lekarz, w szczególności pediatra, a o neonatologu na oddziale już nie wspominając wie absolutnie wszystko, co z dziećmi związane. Często słyszę, że lekarz kazał dokarmiać po porodzie mieszanką, bo dziecko za duże, albo po cesarskim cięciu pokarmu nie ma. Lekarz kazał wprowadzić mleko modyfikowane, bo za mało przybiera, bo mleko jest mało treściwe, bo alergia. Położna na wszelki wypadek zaleciła dietę eliminacyjną bez wskazań medycznych, a pediatra zaproponował rozszerzanie diety już po czwartym miesiącu, bo na słoiczkach jest napisane…

 

 

i zapytam głośno – z jakiej paki i na jakiej podstawie producenci tego programu stwierdzili, że najlepszym człowiekiem do wychowania dzieci jest pediatra? Żeby była jasność – ja nie twierdzę, że sam Paweł Grzesiowski na wychowaniu się nie zna. Jak najbardziej może się znać, tym bardziej że lektor w programie wspomina, że specjalista jest ojcem. Być może pan Paweł ma świetną wiedzę i sposoby na wychowanie dzieci, tylko czemu jego głównym atrybutem jest studiowanie medycyny? Czy te jego sposoby są tak złe, że musi się podeprzeć lekarskim autorytetem? Żeby jeszcze przez większą część odcinka przeprowadzał poważne badania dziecka, ale on to robi przez pięć minut, non stop doradzając rodzicom w kwestiach wychowawczych. Nie wystarczyło nazwać go ojcem trójki dzieci, z zawodu lekarzem? Kolejność by się zgadzała przynajmniej i nie mielibyśmy wrażenia, że każdy lekarz wie wszystko o wychowaniu dzieci, bo… jest lekarzem. Przykro mi. Szewc jest od robienia butów, aptekarka od sprzedawania leków, laryngolog od leczenia gardła i ucha, a lekarz pediatra leczy dzieci, a nie je wychowuje.

 

 

 

Pediatra nie jest specjalistą od wychowania dzieci

 

 

Pediatra leczy. A nie wychowuje. Czemu mnie to denerwuje? Bo powiela stereotyp, że na wszystkie bolączki pomoże pediatra. Wyleczy, pocieszy, wychowa, gdyby jeszcze ubranie kupił i jeść dał, to już było bosko. Dostaję masę maili od dziewczyn i piszą do mnie między innymi zaczynając „a lekarz mi powiedział” i tu litania największych mitów rodzicielskich. Przykre to. Bo wystarczy wejść na pierwszy lepszy blog czy nawet zajrzeć do gazety o dzieciach [o badaniach, stronach WHO czy amerykańskiej AP nie wspomnę], by przeczytać coś kompletnie innego, co jest normą od wielu lat. A lekarz, zamiast się skupić na wyleczeniu mojego dziecka z choroby, skupia się na czymś, co kompletnie nie powinno go interesować, skoro nawet nie potrafi się douczyć.

 

 

Przy czym, przyznaję i podkreślam stanowczo, gdyby pan Paweł występował w programie jako pan Paweł, ojciec trójki dzieci, nie czepiałabym się tego, że jest lekarzem przy okazji. Ale jest przedstawiany w pierwszej kolejności jako lekarz, a w drugiej jako „specjalista od wychowania”, co daje błędną informację, jakoby lekarze pediatrzy zdobyli na medycynie dodatkowe kompetencje co do wychowania dzieci i jak trwoga, to do lekarza prowadzącego. Lekarskość pana Pawła mocno kłuje mnie w oczy i gdyby został przedstawiony jako Tata, którego metody działają, nie czepiałabym się faktu bycia lekarzem, tylko samych metod proponowanych przez „specjalistę”. Co też uczynię.

 

 

Metody wychowawcze lekarza pediatry

 

 

Bohaterką jest mama dziewięciomiesięcznego chłopczyka, który nie chce spać. W programie pokazują, jak maluch śpi sam łóżeczku w pokoju z zamkniętymi drzwiami i… płacze. Budzi się w nocy. Rozpacza. No, kurde, a co ma robić? Przez połowę swojego życia spędził przytulony do mamy, do tego się przyzwyczaił, to teraz, kiedy jest sam, płacze. Przez moment, jakoś w środku programu widać, jak mama walczy z dzieckiem również na łóżku rodziców, ale wcale się nie dziwię, że dzieciak nie zaśnie tak od razu przy niej, bo już wystarczająco często był do spania samemu w pokoju zmuszany. Ja to przeszłam. Potrzebowałam kilku tygodni, by upewnić Kosmyka, że na pewno, na pewno, nie przełożę go do innego łóżeczka, że będzie spał z nami, jeśli chce i naprawdę nie oszukam go, nie przełożę. Ojej, powiedziałby pan Paweł. PRZYZWYCZAISZ GO. Ale nie, skąd! Teraz piszę ten tekst, a syn śpi w swoim łóżku, bo zaspokoiłam jego potrzebę pewności, że go nie opuszczę. Ale czy to tak trudno zrozumieć, że jeśli raz kogoś zawiedziemy, to trudno nam odzyskać zaufanie?

 

O spaniu z dzieckiem pisałam tutaj. Dodatkowo przywołam słowa koleżanki z  „wymagające.pl

 

Ludzkie (a i małpie) niemowlęta i małe dzieci od zarania dziejów były noszone na rękach czy w chustach przez członków swojego plemienia (wózki nie istniały, a trzeba było przemieszczać się za pożywieniem). Spały wraz z matką, przy piersi – żeby było im ciepło i żeby nie zdążyły się dobrze rozbudzić i płakać, bo to mogłoby zwrócić uwagę drapieżników. Pozostawienie małego dziecka samego na ziemi (=w łóżeczku) było dla niego śmiertelnym zagrożeniem. Współczesne dzieci nie wiedzą, że nie grozi im atak tygrysa, bo ewolucja nie następuje tak szybko. Niemowlęta są jaskiniowcami. Dlatego wiele z nich głośno płacze, gdy próbuje się je odłożyć do samodzielnego snu. Można o tym więcej poczytać w ciekawym wywiadzie z dr Evelin Kirkilionis TUTAJ lub w polecanej przeze mnie książce (nomen omen pediatry) Carlosa Gonzalesa “Przytul mnie mocno”.

 

 

 

 Co się może stać, gdy dziecko śpi samo w pokoju? [mrożąca krew w żyłach historia]

 

 

Pamiętam moment, kiedy którejś majowej nocy obudziło mnie kopnięcie Adaśka. Tego dnia Kosmyk wrócił z przedszkola i dwa razy zwymiotował, ale że ma rewelacyjną odporność, to na dwóch razach się skończyło i pomyślałam, że jakieś dziecko poczęstowało go czymś niezdrowym w przedszkolu i przestałam drążyć. Zwymiotował, co złe i po sprawie. W nocy czuję kopniaki Adasia. Podaję mu pierś, bo pewnie głodny. Ale Adaś piersi nie chce i jakoś dziwnie charczy. Myślę sobie – kurde, znów ma zatkany nos, muszę wstać po fridę i mu wyssać gluty. Wstaję, zapalam światło i widzę moje dziecko całe w wymiotach, leżące trochę boczkiem, bo do karmienia [na szczęście] trochę go przesunęłam i po prostu duszące się wymiotami. Zareagowaliśmy szybko. Ale dość długo chodziło mi po głowie, co by się stało, gdyby spał w swoim własnym łóżeczku. A gdyby spał w swoim własnym pokoju za zamkniętymi drzwiami? Tragedia. Po prostu by się udusił własnymi wymiocinami.

 

 

Niech się wypłacze!

 

Ale pan Paweł z przekonaniem skłania mamę do konsekwencji – należy odłożyć dziecko do łóżeczka, ZAMKNĄĆ drzwi, i niech se zasypia. Trochę popłacze, przestanie i zaśnie.

 

zrzut-ekranu-2016-10-05-o-14-51-36
Oj tam, trochę popłacze i zaśnie.

 

 

Pozwólcie, że zacytuję bardzo ważny fragment  tekstu Agnieszki Stein [psychologa. OD DZIECI] z portalu Dzieci są ważne:

 

Kiedy dziecko przestaje płakać, jednocześnie uczy się bardzo ważnej rzeczy – i nie jest to samodzielne zasypianie. Uczy się, że kiedy woła o pomoc, nikt go nie słyszy i nie reaguje. To poddaje w wątpliwość jego podstawowe zaufanie do świata i wiarę w sens komunikacji.

 

 

Pan lekarz bez refleksji nakłonił zagubioną matkę, by nieustannie i konsekwentnie uczyła swoje malutkie dziecko, że na kogo, jak na kogo, ale na matkę liczyć nie może. Mało? Popatrzmy na fakty:

 

 

Naukowcy, badający pracę dziecięcego mózgu i organizmu, odkrywają:

 

  • że poziom hormonu stresu – kortyzolu – we krwi płaczącego dziecka rośnie i nie opada nawet jeśli dziecko przestanie już płakać w samotności. Czyli, jeśli dziecko płakać przestaje, nie zaspokajając jego potrzeby, w dalszym ciągu na stres, który
  • może być na tyle wysoki, że uszkadza obszary mózgu odpowiedzialne za pamięć i regulację emocji,
  • że małe dzieci nie potrafią się same uspokajać, ponieważ obszary mózgu odpowiedzialne za powstawanie emocji i za ich kontrolę nie mają między sobą żadnych połączeń,
  • że wreszcie obraz mózgu dziecka płaczącego w samotności i dziecka odczuwającego fizyczny ból niczym się od siebie nie różnią. [źródło]

 

 

To nie są jakieś wielkie nowości. To tekst sprzed jakichś czterech lat. To wiedza, którą już teraz posiada gros rodziców. To wiedza, którą powinien dysponować każdy psycholog. Nic nowego. Ale najwyraźniej dla lekarza [pozwólcie, że będę się posługiwała się zawodem pana Pawła, skoro jest ten zawód nam tak wciskany], ta wiedza jest w ogóle z kosmosu. Tym bardziej że nocne pobudki nie są niczym szokującym, powiem więcej – są taką barierą ochronną przed śmiercią łóżeczkową, to też nie jest informacją nową. Oczywistą.

 

 

 

Cudowna rada na zasypianie

 

Kolejny dreszcz mnie przeszedł, kiedy pan doktor z wielką pewnością stwierdził, że dziewięciomiesięczne dziecko nie powinno już w nocy pić mleka mamy. Nie, bo nie. Co prawda WHO i AP mówi co innego i wręcz nawołuje do jak najdłuższego karmienia, ale nie, pan doktor tak nie uważa. Nocne karmienia wybudzają dziecko. Ok, gdyby mama spała z maluchem, wystarczyłoby tylko  wyciągnąć, co trzeba, i byłoby ok, bo wbrew temu, co mówi pan doktor Paweł, nocne karmienie Adaśka i bliskość, uspokaja syna na tyle, że przesypia mi większość nocy od 8-9 do 6-7.  Ale po co, skoro można zamknąć w pokoju dziecko głodne i samotne, niech sobie radzi?

 

zrzut-ekranu-2016-10-05-o-14-51-26
Dziewięciomiesięczny maluch powinien już być samodzielny – sam powinien jeść, sam zasypiać, sam się bawić i w ogóle nie potrzebuje kogoś tak zbędnego jak rodzic.

 

I naprawdę, wybaczyłabym takie gadanie zwykłemu ojcu. Może tego nie wiedzieć. Zgarnęli go z ulicy i kazali coś mówić. Może pomoże, może nie. Ale fakt, że pan Paweł jest lekarzem i podpierając się swoim autorytetem, sugeruje coś takiego w telewizji, prawiąc bzdury o tym, że dziecko w nocy jeść nie powinno, gdy pierwsza lepsza położna wie, że nocne karmienie jest najbardziej wartościowe, a dobry lekarz powinien skierować taką matkę na wizytę z panią od laktacji, która powiedziałaby może mamie, że może za krótko trzyma przy jednej piersi dziecko i ono się nie najada? Że może warto się z nim po prostu położyć do łóżka i niech se ssie ile może i z jednej piersi przynajmniej ponad godzinę, jeśli nie dwie?

 

 

Ale nie. Pan doktor mówi dalej, że trzeba nauczyć dziecko jak najwcześniej samodzielności. Mówi to o dziewięciomiesięcznym, raczkującym jeszcze chłopcu. Trzeba go nauczyć samodzielności. Gdybym to wiedziała wcześniej, to nauczyłabym moje noworodki parzyć kawę, zamiast się z nimi użerać. Kawę mamusi i marsz do pokoju zasypiać – mogłabym mówić i miałabym z głowy. Wychowanie pana Pawła jest takie proste.

 

Nie, nie żartuję. Automatycznie mi się ironia włącza, bo przed nami kolejna złota rada. Mogę tylko przypomnieć, że budzenie się w nocy dziecka na jedzenie jest normalną sprawą. Można je niwelować poprzez odpowiednią dietę matki, wieczornymi rytuałami, sprawdzeniem temperatury, tego, czy w pokoju nie jest głośno,  kontrolowaniem tego, jak światło wpływa na sen. Można udać się do pediatry [tak!], żeby sprawdzić zdrowie [a lekarza powinno interesować tylko zdrowie], czy nie występuje jakaś alergia pokarmowa, refluks, problemy neurologiczne. Dobry pediatra dokładnie wybadałby takie rzeczy, a nie gadał bzdury o głodzeniu dziecka i zamykaniu go w pokoju na całą noc, ludzie, litości. Nawet Superniania nie stosowała takich metod!

 

 

 

Kiedy dziecko jest spokojne, trzeba brać na ręce w nagrodę, ale kiedy jest niespokojne, nie można brać na ręce za karę

 

I teraz słuchajcie. Opowiadałam ten fragment programu Chłopu i naszej rozmowie przysłuchiwał się Kosmyk. Gdy usłyszał, że kiedy dziecko płacze [bo jest zdenerwowane, bo jest złe, bo jest jakieś tam] i chce się przytulić, nie można go przytulać za karę, a trzeba przytulać, jak jest spokojne w nagrodę, to mój syn zrobił się cały czerwony i wykrzyknął z wściekłością, jakiej dawno u niego nie widziałam:

 

– Ale przytulanie nie jest nagrodą! Jest moją potrzebą! Jak można nie przytulić kiedy dziecko płacze! Nawet ja przytulam Adasia, kiedy płacze! Bo on tego potrzebuje!

 

zrzut-ekranu-2016-10-05-o-14-49-48

 

I serio, plułam sobie w brodę, że opowiadałam na głos ten fragment przy dziecku, bo potem musiałam go 35 minut uspokajać. Pisałam już o karach i nagrodach [chwaleniu], przyjmuję, że nie każdy może sobie z tym radzić lub się z tym zgadzać, ale na litość – czułość matki lub ojca ma być nagrodą? Na bliskość rodzica trzeba sobie zasłużyć? Jakie to konsekwencje będzie miało na życie tego dziecka jeśli fizyczną potrzebę kontaktu stawia się jako coś, na co trzeba sobie zapracować?  I od kiedy postawić granicę na tę pracę? Czy płaczący noworodek już powinien nauczyć się „zachowywać”? A może czteromiesięczne dziecko już powinno wiedzieć, że jak obudzi mamę w nocy, to za karę ona go na ręce nie weźmie i jeść mu nie da? I jak czułby się pan doktor, gdyby jego żona powiedziała, że sorry, skarbie, nie bzykniemy się, bo jesteś dziś strasznie niespokojny? Ale dobrze, że Kosmyk zareagował swoim wybuchem tak szybko, bo usłyszałby kolejną rewelację:

 

 

 

Dziecko [kiedy się je przytula, gdy płacze] uczy się takich reakcji, że jak rodzic jest na każde zawołanie, to zawsze jest na każde zawołanie

 

Koszmar, nie? Przytulając dziecko w trudnych chwilach uczysz je, że zawsze może na tobie polegać. Dajesz mu pewność, że zawsze może na ciebie liczyć. Armagedon normalnie. Życie wam się zawali.

 

Wiecie, ja nie twierdzę, że zawsze musisz przytulać dziecko, kiedy targają nim emocje. Moje na przykład przytulać się w złości nie chciało. Ale zabrakło mi informacji pana doktora o nazywaniu uczuć dziecka, informowaniu go od najmłodszych lat, czym jest jego zachowanie. Nie zawsze trzeba przytulać – to prawda. Ale zawsze trzeba poświęcić uwagę. Powiedzieć „Widzę, że nie podoba ci się, że zabrałam ci nóż z ręki” albo „jesteś zły, bo nie pozwoliłam ci wejść na balkon?”. Po perorze pana doktora odniosłam wrażenie, że chodzi raczej o to, by najczęściej uprzejmie dziecko ignorować albo policzyć do 10 zanim się zareaguje. Niech ono sobie wrzeszczy, dopóki nie nauczy się, że jest samo, kompletnie samo na świecie. Że nie warto liczyć na rodziców, bo oni mają cię w dupie. I za kilkanaście lat zostanie zdziwienie, gdy dziecko zostawi swoich schorowanych rodziców tak samo pięknie, jak rodzice zostawiali w samotności je.

 

 

 

Jak wychować i nie zwariować? Dalej nie wiem

 

Te wszystkie kwiatki usłyszałam w pierwszym odcinku. A obejrzałam go, bo zerknęłam na fragment odcinka drugiego, w którym mama prosiła o radę, bo jej  dwu czy trzyletni syn ją bije. Lekarz na nieszczęście podjął się tego zadania:

 

– Niech pani udaje, że płacze.
– Ale, kiedy udaję, to on się ze mnie śmieje i dalej to robi.
– To nic. Zawsze to jakaś reakcja.

 

 

Yhm, serio? Zawsze to jakaś reakcja? I ile ta matka ma robić z siebie idiotkę i udawać aktorkę? Pięć minut? Dziesięć? Naprawdę, udawanie płaczu przed dzieckiem jest jednym z najdurniejszych pomysłów, jaki znam. Kobieto, jesteś dorosła, czemu robisz z siebie wariatkę? Przecież, nawet jeśli jesteś naprawdę dobrą aktorką, twój udawany płacz nie będzie nigdy taki, jakim byłby, gdybyś płakała naprawdę. Pokazując dziecku „pokazowo”, że chlipiesz, nie pokazujesz mu, że ci przykro. Pokazujesz mu, że trzeba robić cyrk, żeby osiągnąć swój cel. A potem piszą mamy, że ich dziecko ostentacyjnie płacze i „wymusza”. No doprawdy, ciekawe od kogo to wzięło.

 

Smutek możesz wyrazić miną, słowem „przykro mi, kiedy mnie bijesz”, „boli mnie, kiedy mnie bijesz”, „nie mam ochoty się dalej z tobą bawić, bo mnie bijesz”. Dezaprobatę na zachowanie dziecka można wyrazić gestem – zatrzymując zamachującą się rękę lub zabierając przedmiot, którym dziecko chce uderzyć. Jest naprawdę mnóstwo sposobów, żeby zareagować, ale udawanie płaczu jest głupie. Niczego dziecka nie uczy – ani zobaczenia naturalnego żalu, więc potem może mieć problem z rozpoznaniem autentycznego płaczu, ani właściwej reakcji na płacz i na to, jak się zachować,  ani tego, co robić,  kiedy ktoś jego bije lub jak się zachować, kiedy on sam  kogoś uderzył [serio, udając że płaczesz, jesteś w stanie dawać wskazówki co do postępowania dziecka? Zdajesz sobie sprawę, jak żałośnie to wygląda? o.O],

 

O tym, jak reagować w sytuacjach, gdy dziecko bije, już pisałam. Warto by było do tego tekstu [oraz do tego, co mówił do tego pan Paweł] dodać, że dużo zależy od tego, co do dziecka mówimy. Wyobraź sobie – czy trudno zareagować agresją, gdy non stop słyszysz, jak ktoś ci ciągle czegoś zakazuje? Nie rób, nie rusz, nie idź, nie psuj, nie plącz się pod nogami. Nie, nie, nie. I ja to widzę po moim młodszym dziecku, które gdy słyszy od Chłopa kolejne „nie” z bezsilności od razu się wścieka. I bardzo pracuję, by Chłop zamiast „nie ruszaj tego” powiedział „weź sobie to i to” lub „to jest dla dorosłych, chodź, dam ci coś innego”. Te stwierdzenie są na „tak”, są dla dziecka konkretną wskazówką, co MA robić, czym się zająć, jak postąpić. Kiedy mówisz dziecku, że ma czegoś nie robić, nie mówisz dziecku nic, nie dajesz mu wskazówki, zostawiasz je z zakazem i hulaj dusza, zaraz wymyśli coś innego, czego ma NIE robić i historia się powtórzy.

 

zrzut-ekranu-2016-10-05-o-14-47-47
Ale przecinka brakuje 😀

 

Wiecie, to nie jest tak, że ja się z dr. Pawłem we wszystkim nie zgadzam. To, co mówił o samodzielności dziecka – ok. Doskonale wiecie, że ja nie pilnuję swoich dzieci. Zgadzam się, że rodzice zbyt często biorą dzieci na ręce w momentach, kiedy dzieci tego nie do końca potrzebują. Wystarczy przy nich uklęknąć i spytać, co się stało. Ale kiedy pan Paweł kazał rodzicom pytać się dziewięciomiesięcznego dziecka „co się stało” zamiast go przytulać, to myślałam, że parsknę śmiechem. Kiedy niespełna lub roczne dziecko płacze, bo coś mu się stało, nie powinniśmy stawać się prokuratorem jego żalu, tylko zwyczajnie nazwać uczucia. Tak, nie trzeba od razu przytulać, jeśli dziecko tego nie potrzebuje, ale można uklęknąć i się zapytać: „Smutno ci?” albo „Płaczesz, tak? Przykro ci się zrobiło?” lub „Uderzyłeś? Boli, tak?”. Cokolwiek, co nazywa uczucia dziecka i pomaga mu odnaleźć się w świecie ze swoimi emocjami. Albo je przytulić, do cholery, bo jak inaczej uspokoić niemowlę, jak nie bliskością właśnie? Starszego syna przytulałam, ile wlezie i jest pewnym siebie i swojej wartości chłopcem, który, ku mojemu żalowi, coraz rzadziej chce się przytulać. Nadchodzi ten czas, gdy jego pojemnik bliskości powoli się zapełnia.

 

Namawianie rodziców do robienia wszystkiego, by ten pojemnik był pusty, powoduje to, że wyrośnie nam kolejne pokolenie sfrustrowanych, niepewnych siebie ludzi, szukających w każdym zdaniu  oceny i krytyki i przede wszystkim bardzo, bardzo samotnych. Co już, w efekcie proponowanej przez pana Pawła techniki wychowawczej, widzimy u sporej liczby nastolatków. Pomijam już głodzenie i opuszczenie w nocy niemowlęcia.

 

 

 


PS. Doktor na sam koniec programu nawoływał, by ruchliwe dziecko nie było stygmatyzowane od razu tym, że ma ADHD. Z czym się zgadzam. Bo i słodycze i całe jedzenie, jakie spożywamy [jeśli jest wysoko przetworzone z niewiarygodną liczbą ulepszaczy smaku] ma wpływ na to, jak zachowuje się dziecko. Dziecko naszprycowane żelkami, cukrem i czekoladą będzie wichrem nie dającym się zatrzymać, do tego histerycznym i wrzaskliwym. Ale po tej uldze, że wreszcie usłyszałam coś mądrego [choć to jedzeniu to sama powiedziałam, lekarz o tym nie wspomniał], padło koszmarne „Bo ADHD to choroba”. Nie, moi drodzy, ADHD to schorzenie. Może zbyt często diagnozowane, ale jednak schorzenie, które wcale nie wyklucza normalnego funkcjonowania w społeczeństwie.

 

 

PS2 Naprawdę wiele mnie kosztowało obejrzenie tego i przetrawienie żalu, że ktoś może w tych czasach gadać takie bzdury. Pewnie ktoś mi powie, że moje podejście jest efektem mody i trendów na bezstresowe wychowanie. To przypomnę po raz setny, że bezstresowe wychowanie nie istnieje, a poza tym – jak można nazwać trendem coś, co jest coraz powszechniejsze w Polsce od kilku lat? Coś, o czym mówi się już w telewizjach [w tym w rzeczonej stacji TVN Style], pisze na blogach [polskich i zagranicznych] i czyta w gazetach [Sens, Zwierciadło, Charaktery] w pozytywnym kontekście i doceniając pozytywne rezultaty? Z całym szacunkiem, ale to nie jest ani moda, ani trend. To po prostu wiedza o tym, jak funkcjonuje człowiek, czego potrzebuje, jak reaguje na konkretne zachowania i w jaki sposób pomóc mu przejść przez życie trochę prościej [przypominam tekst o książkach, które pomogły mi w macierzyństwie]. To już nie jest moda. To czysta wiedza i świadomość, którą lekarzowi, najwyraźniej sięgnąć jest trudno, mimo że jest na wyciągnięcie ręki w każdej bibliotece, księgarni czy nawet w internecie.

 

 

PS 3. Doktor jako doktor, zdawał się niezły w swoim doktorskim fachu. Fajnie zajmował się maluchem podczas badania. Oby został przy tym i nie dawał więcej rad wychowawczych, bo sorry, ale nie do końca mu to wychodzi, a wręcz jest szkodliwe, bo rozpowszechnia najgorsze mity zrywające nie tylko więź rodziców z dzieckiem, ale też mające negatywny wpływ na zdrowie maluszków. Nie polecam.

 

 

Screeny pochodzą z programu „Wychować i nie zwariować” na tvnplayer.